Mężczyzna z kobiecym punktem widzenia (I)

1 tydzień temu

Mężczyzna z kobiecym punktem widzenia

 

O ósmej piętnaście zatrzymał się dla mnie czas.

Umarłam.

Stałam osłupiała w rogu pokoju i patrzyłam jak katują moje ciało. Wokół panował zgiełk, coś mi wstrzykiwano, coś tam wkładano, reanimowano i wymieniano szybkie, krótkie polecenia. A ja trwałam sobie spokojnie, tak z boczku, przyglądając się całemu przedstawieniu. I trzeba przyznać, że wcale nie czułam strachu. Wręcz przeciwnie. Przestało mnie strzykać w krzyżach, kłuć w boku i pozbyłam się w końcu tego nieznośnego bólu głowy. O hemoroidach nie wspomnę…

Powolutku zyskiwałam pewność, że z cudownego wskrzeszenia nici. Zatarłam widmowe dłonie i rozejrzałam się w poszukiwaniu tunelu wraz z światłem na samym końcu. Niestety nic podobnego nie ujrzałam. Za to po mojej prawej ukazał się zarośnięty, tłusty typek, któremu za plecami szeleściły wyskubane pióra nijakiego koloru.

– Idziemy! – zakomenderował gburowatym tonem. – Alleluja, chwalcie pana! Czeka cię sąd boży, duszo nieczysta.

Przyjrzałam mu się podejrzliwie. Tłusty podkoszulek opinał wydatne brzuszysko. Przykrótkie spodnie ukazywały całkiem nieźle owłosione łydki. Do tego okrągła, nalana twarz, kilkudniowy zarost i wyraźnie podpuchnięte oczy.

– Umarłam? – spytałam ostrożnie.

– Tak – i potężnie ziewnął. – Dalej, pospiesz się. Terminy mnie gonią.

– W dupie mam twoje terminy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Nie, to nie.

Wzruszył ramionami, po czym najzwyczajniej w świecie zniknął. Odrobinę się zaniepokoiłam. Czyżbym właśnie skazała się na los błąkającej po tym świecie duszy? Z drugiej strony…

To nawet byłoby niezłe. Mogłabym podglądać ludzi tym razem nie tylko zza gęstej firanki. Przekonałabym się w końcu, co wyczynia ten don Juan z trzeciego piętra, albo Czerniakowska z czwartego.

Ta myśl ogromnie mi się spodobała. Już szykowałam się, by unosząc się kilka centymetrów nad podłogą, majestatycznie podążyć w stronę mojego mieszkania, gdy poczułam silne szarpnięcie. Z zawrotną prędkością zostałam wessana przez ogromny odkurzacz. Zrobiłam coś jakby „yyy” i nabrałam pierwszy haust powietrza.

– Udało się – usłyszałam nad sobą pełen ulgi głos lekarza. – Mamy go.

Go? Czując wyraźną panikę, otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Tym razem nie miałam w swoim wnętrzu żadnych rurek czy innych bajerów. Nie, zaraz. Jedną miałam w gardle. I strasznie bolała mnie klatka piersiowa. Spojrzałam na swoje ciało i zdębiałam.

Zamiast pomarszczonych rodzynek własnych piersi ujrzałam wyraźnie muskularną oraz mocno owłosioną klatę.

Kurwa! Co to miało znaczyć?!

Mało brakowało, a zerwałabym się na równe nogi. Przeszkodziła mi pielęgniarka, która surowym tonem zakazała wszelkich gwałtownych ruchów. Przy okazji posłała promienny uśmiech i zaczęła obmacywać mój tors.

– Miałeś kochaniutki poważny wypadek. Na szczęście trafiłeś na prawdziwych specjalistów – ćwierkała, wpatrując się we mnie głodnym wzrokiem. – Wszystko będzie dobrze, nawet ta śliczna buźka nie straci na urodzie.

Taaa. Powyższe słowa pocieszyły mnie jak mało co. Za życia co prawda urodą nie grzeszyłam, ale rozumem owszem, więc szybko dotarło do mnie, że musiała zajść jakaś koszmarna pomyłka. Dusza typka w którego ciele się znalazłam pewnie stoi teraz w kącie i pomstuje, anioł olał sprawę, a ja… Cóż ja… Ja mam niepowtarzalną okazję zakosztować wszelkich uciech po raz kolejny. Tutaj wyraźnie się zawahałam. Może to wcale nie najgorsza sytuacja? Takie życie po życiu, ale bez zasmarkanego dzieciństwa, szkolnych obowiązków i piekła dorastania. Postarałam się lekko unieść głowę, za co od razu zostałam delikatnie zganiona przez pielęgniarkę. To co ujrzałam przez ułamek sekundy musiało mi wystarczyć, ale trzeba przyznać, że zobaczyłam nie byle co. Ho, ho! Ciałko atlety w apetycznym czekoladowym kolorze, kaloryfer na klacie, kędziorki schodzące wąskim paskiem w dół oraz spore wybrzuszenie w okolicach krocza. Tu lekko się zakłopotałam. Matko! Przecież ja jestem facetem! Ciacho czy nie, mam pomiędzy nogami dyndające coś, co przez całe życie stanowiło skryty obiekt mego pożądania. No, nie całe. Po sześćdziesiątce przeszły mi te ciągoty. Ale wcześniej…

Mój pierwszy narzeczony był delikatny i dobrze wychowany. Objęcie mnie ramieniem stanowiło dla niego grzech śmiertelny i bezczeszczenie mej dziewiczej czci. Wytrzymałam z nim dwa miesiące, po czym przerzuciłam się na krewkiego wojaka. Stanowił idealne przeciwieństwo swego poprzednika, ale jakość zastępował ilością. Za pierwszym i drugim razem nawet mi to odpowiadało. Szlag mnie trafił nieco później. Ja tu ledwo się rozgrzałam, a on już kończył i zasypiał na boku smacznie pochrapując. Poddałam się po miesiącu.

Potem poznałam mego męża. Kochaniutki był, czuły, delikatny, a jednocześnie potrafił wykazać się animuszem. Fajerwerków nie było, lecz po czterdziestu latach małżeństwa, szczerze opłakiwałam jego śmierć. Na dodatek zostałam samiuteńka na świecie, bo nie dorobiliśmy się potomstwa. Przez cały okres małżeństwa, jako niewiasta cnotliwa i dobrze wychowana, tylko ukradkiem zerkałam na innych mężczyzn, wzdychając w duchu z boleścią, że nie potrafię choć odrobinę zaszaleć.

Trudno. Było, minęło i nie powinno było wrócić. A tu klops. Okazało się, że wróciło.

Uchyliłam przymknięte powieki. Tym razem byłam sama, a opiekuńcza pielęgniarka zniknęła. Dzięki bogu, bo miałam dość tego macania po mojej klacie. Jakby nie było w duszy pozostałam kobietą o jasno sprecyzowanych poglądach na ludzką seksualność. No dobrze, dość staromodnych poglądach. Nieco strapiona zaczęłam się zastanawiać nad moją obecną sytuacją. Nie zdążyłam pomartwić się dłużej, bo do pokoju wpadła jakaś tleniona blond piękność i runęła w moim kierunku z głośnym łkaniem wydobywającym się z dość pokaźnej piersi.

– Mareczku! – jęknęła owa dama, przypadając do mego boku. – Ty żyjesz!?

Kretynka. Po co ten pytający ton? Jasne, że żyłam. Niestety rura wepchnięta w moją tchawicę skutecznie uniemożliwiła mi okazanie swego niezadowolenia.

– Ukochany ty mój! – wrzasnęła ponownie i załkała. Przez chwilę miałam wrażenie, że zacznie walić w podłogę tym doskonale wyczesanym łbem. – To ja! Virginia przez v. Jesteś cały?

Nie, w kawałkach, pomyślałam ze złością. A potem zamarłam, bo dłoń blond piękności spoczęła dokładnie pomiędzy moimi nogami.

– Ach! Więc jednak! Nic nie ucierpiało!

Co za wredne, samolubne babsko. No po prostu brak słow. Niech ja tylko odzyskam mowę!…

– Załatwię opiekę najlepszego specjalisty. Skorzystam z tego upoważnienia do konta, które mi wystawiłeś. Przy okazji kupiłam sobie te diamentowe kolczyki, no wiesz…

Na dodatek pazerne. Facet wylądował w szpitalu, a ona od razu przyssała się do jego kasy. Nie zdążyłam nic więcej pomyśleć, bo przy wejściu dał się słyszeć głośny rumor i do środka wpadła wysoka, seksowna brunetka, kwicząc przy tym jak zarzynane prosię, co z pewnością miało obrazować jej wewnętrzne cierpienie. Przystopowało ją tuż przy łóżku.

– Mareczku! – jęknęła równie teatralnie co jej poprzedniczka. – To ja! Dolores! Żyjesz?!

Nieee… Czy ten facet otaczał się wyłącznie kretynkami?

– I co robi tutaj ta botoksowa blondyna? – dodała groźnie mierząc wzrokiem rywalkę.

– Ja? –Virginia nadęła się urażona. – Jestem jego narzeczoną – oświadczyła dumnie.

– Ha, ha! – brunetka roześmiała się wzgardliwie. –Przecież masz męża.

– Jeszcze mam. Niedługo nie będę miała. I wyjdę za niego.

– Po moim trupie! – zdenerwowała się Dolores. – Po moim trupie!

Obie mierzyły się teraz takim wzorkiem, że gdyby spojrzenia mogły zabijać, to nawet natychmiastowa reanimacja nic by nie pomogła. Marszczyły przy tym gładkie czoła, czego z uwagi na botoksowe kuracje nie bardzo dawało się zauważyć, nadymały silikonowe wargi, dumnie wypinały do przodu sztuczne biusty. Przypomniał mi się oglądany całkiem niedawno film przyrodniczy, z gorylami w roli głównej, i o mało co nie udusiłam się pod wpływem niezamierzonej wesołości. Jakby tego było mało, drzwi otwarły się z hukiem i do środka wkroczyła kolejna baba. Ta przynajmniej wyglądała nieco normalniej. Miała rude włosy upięte w ciasny węzeł z tyłu głowy, okulary w grubych oprawkach, intensywnie czerwone usta, a na sobie skromną, szarą garsonkę.

– Mareczku? – odezwała się surowym tonem, zaś ja po raz pierwszy pożałowałam, że nie posłuchałam tego pierzastego gnojka w przetłuszczonym podkoszulku. – Co to ma znaczyć?

Nie wiem czego się spodziewała? Że wyrwę sobie rurę z gardła i pokornie wytłumaczę zaistniałą sytuację?

– Te, lala – Dolores dała krok w kierunku nowo przybyłej. – Czego chcesz od mojego Mareczka?

– Twojego? – W głosie rudej słychać było nieskrywana pogardę. – Od kiedy to on jest twój?

Z nieukrywaną ciekawością zaczęłam się przyglądać całej tej sytuacji. Wyglądało na to, że facet uwikłany był nie w jeden czy dwa, ale w kilka związków, przy czym kantowane do potęgi baby nie miały pojęcia o swoim istnieniu. Ciekawe czy było ich więcej?

Nie zdążyłam nawet zastanowić się nad tym pytaniem, gdy w otwartych drzwiach, zakotłowało się ponownie, po czym dał się słyszeć radosny, chłopięcy głosik:

– Tatusiu! – i do środka wtłoczyło się chłopię, latek pięć, za nim jego własny duplikat, a na samym końcu jakaś potwornie gruba, pokudłana baba.

Do diaska, czy to muzeum? pomyślałam zgryźliwie. Skąd oni wszyscy tak prędko dowiedzieli się o tym, że ten facet trafił do szpitala? Wysłał im eskę przed wypadkiem? Zaintrygowana faktem szybkiego pojawienia się „bliskich”, tuż przy łóżku ofiary, postanowiłam nie wyrywać rury z własnego przełyku i jeszcze trochę pożyć. Jednak kto wie, jak się zjawi kilka kolejnych bab, to nie wiem czy dam radę.

– Tatusiu? – wszystkie trzy panie zareagowały w bardzo podobny sposób. Z niedowierzaniem, połączonym ze zgrozą.

Na moje szczęście, do niczego więcej nie doszło. Pojawiła się pielęgniarka i przegnała całe to towarzystwo. Była słusznych rozmiarów, więc poradziła sobie bez trudu. Najbardziej stawiała się ruda, lecz na końcu i ona skapitulowała.

Zostałam sama. Leżałam sobie, tępo gapiąc się w sufit i zastanawiając co powinnam zrobić? Na początek może jakieś dyżury im powyznaczać, żeby sobie nie skakały do oczu i nie próbowały przegryźć gardeł. Cztery baby i dwójka pociech. Ładnie, ładnie. Ciekawe czym jeszcze mnie ten facet zaskoczy?

– Cześć Mareczku – odezwał się ktoś obok głosem pełnym jadowitej satysfakcji. Pięć bab, pomyślałam z melancholią, chociaż nieznajoma wyglądała całkiem zwyczajnie i miała na sobie uniform pielęgniarki. – Jak samopoczucie?

 

Darmowy!
Trwa ładowanie...

Wyszukiwarka

Wybierz