pozdrowienia z bezrobocia #3
Dni lecą jeden po drugim. Mam wrażenie, że od zawsze tkwię w tym stanie, a to dopiero 3 tygodnie.
Lecimy cały czas tym samym schematem: wstaję pierwsza, kiedy Gabrysia odsypia wieczorne "fixum dyrdum" i otwieram internety.
Świadomie omijam platformy biznesowe i ogłoszenia o pracę. Idę do obrazków przytulnych wnętrz w małych domkach, pełnych świateł, ciepłych herbat oraz kocyków i poduszeczek.
To jest teraz mój świat. Bukiety żywych kwiatów, zapachowe świeczuszki, książki na półkach i porcelanowe filiżanki.
Ściągam z łóżka wnuczkę i idziemy z psem na spacer. Gabi z rana jest jak śmietana. Słodka i do rany przyłóż. Jej szczebiot miesza się z dźwiękiem lasu, szczekaniem psiura oraz podskokami, które czasami kończą się parterem i bólem kolanka. Szybki buziak w to miejsce pomaga.
Wracamy po skończonej toalecie naszego stworzenia i szybko opuszczamy mały domek. Jeszcze filmiki z porannym raportem dla rodziców Gabi i jedziemy na przystań.
Tam szybciej lub wolniej zostawiam ją z grupą i udaję się na moją ulubioną część dnia: zakupy w pepco.
Chodzę więc między regałami pełnymi jesiennych sztucznych kwiatów i świeczek o zapachach dyni i cynamonu i aż mnie łapa świerzbi, żeby kupić wszystko co popadnie.
Wychodzę zwycięsko jedynie z pudełkami na kawę oraz koszykami na "przydasie".
Wracam do domku i doprowadzam go do porządku. Ścielę łóżko i zmywam naczynia po wczorajszej kolacji i dzisiejszym śniadaniu, robię małe pranie bo jest szansa że wyschnie. Wreszcie kawa na leżaku. Patrzę na kołyszące się sosny, które mówią całkiem wyraźnie: bardzo dobrze, odpoczywaj i ciesz się tą chwilą.
Tak też robię.
Trwa ładowanie...