Trzy lata, brat na horyzoncie i wielka ściema. O co naprawdę toczy się gra w Minnesocie?
Pamiętacie te przeróżne dramaty z brazylijskich tasiemców, gdzie każdy łzawiec musiał skończyć się wielką zdradą albo odnalezieniem zaginionego bliźniaka? Dzisiejsze transferowe rewelacje w NHL sprawiają, że tamte scenariusze brzmią jak rzetelny reportaż z życia codziennego. Zaczynam odnosić wrażenie, że żyjemy w szaleństwie, w którym każdy z nas powoli staje się zakładnikiem klikbajtowej fikcji.
Siedzę z telefonem w ręku, przewijam sieć i czytam, że Minnesota Wild niby handluje Quinnem Hughesem. Zanim zdążyłem chociażby zadumać się nad absurdem tej teorii, cały na biało wchodzi Michael Russo (poważany dziennikarz sportowy) i cytuje swoje źródło z ligi. Krótko, po żołniersku, bez patyczkowania się: to całkowita ściema wyssana z palca przez dziennikarzy szukających klików. I powiem Wam szczerze - poczułem ulgę. Nie tylko dlatego, że cenię profesjonalizm, ale dlatego, że mam już serdecznie dość tego ciągłego szumu, w którym powoli zaczynam wariować.
Żyjemy w świecie, gdzie zrobienie kółka na lodzie w nie tę stronę co trzeba urasta do rangi konfliktu w szatni, a milczenie w sprawie kontraktu natychmiast oznacza pakowanie walizek. Tymczasem prawda jest po prostu... nudna i skomplikowana. Bill Guerin i Hughes rozmawiają. Handlu nie ma i nie było. Sukces? Nie, po prostu normalność.
Ale spójrzmy na to z bliska, bo tu dopiero zaczyna się prawdziwy biznesowy majstersztyk i gra psychologiczna, której nie powstydziliby się mistrzowie pokera.
Hughes wchodzi w ostatni rok kontraktu. Złoty medalista z Mediolanu (kto widział ten finał z Kanadą i dociśnięcie gazu przez braci Hughes, ten wie, o czym mówię), zdobywca Norrisa, gość, który gra po 30 minut w fazie play-off i wygląda, jakby robił to przy okazji niedzielnego spaceru. I teraz pomyślcie: Kirill Kaprizov zgarnia w Minnesocie 17 milionów rocznie. Leo Carlsson w Anaheim i Macklin Celebrini w San Jose wciągają nosem po 18 z hakiem. A wokół tej całej układanki czai się jeszcze Cale Makar w Kolorado, który pewnie też patrzy na zegarek i czeka, kto pierwszy pęknie i przesunie sufit finansowy w kosmos.
Wszyscy wiedzą, że Minnesota chce go uwiązać na 8 lat. Ale Quinn? Quinn to cwaniak. Najchętniej podpisałby pomost na trzy lata. Dlaczego? Bo za trzy lata wygasa kontrakt jego brata, Jacka. Przypadek? Nie sądzę. Pieniądze pieniędzmi, ale wizja rodziny na swoim w jednym klubie bije na głowę wszystkie miliony świata.
Zastanawiam się czasem, kiedy zgubiliśmy w tym wszystkim ten zwykły, czysty zachwyt samą grą. Zaraz ruszamy z nowym sezonem, a pół internetu zamiast jarać się tym, jak Hughes tańczy na niebieskiej i wypracowuje setki punktów, woli liczyć cudze miliony i wymyślać abstrakcyjne wymiany.
Ja tam wolę poczekać, aż usiądą przy stole, przybiją piątkę i dadzą nam po prostu oglądać hokej na najwyższym poziomie. A autorom od fakenewsów życzę chłodnego okładu na głowę - czasem warto dać sprawom toczyć się własnym rytmem, zamiast na siłę szukać sensacji tam, gdzie po prostu trwa twarda, męska negocjacja.
A Wy jak myślicie? Zostanie w Wild na dłużej, czy za trzy lata zobaczymy braterskie połączenie sił?
Trwa ładowanie...