Jesienny szlak. Finlandia 2026
Witajcie!
Za nami kolejne kilometry szlaku. Tak jak w poprzednim wpisie na naszym blogu, mamy dla Was krótkie opowiadanie wprost z dziennika podróży.
Po deszczowej dobie, którą w całości spędziliśmy w wybornym towarzystwie namiotowego piecyka na drewno, rozległ się przenikliwy, metaliczny dźwięk:
„Tit tit, tit tit, tit tit”. Tak, to znów on, największy złoczyńca, który ma w zwyczaju wychodzić rankiem, by czynić spustoszenie. Ale przecież sam na siebie nakręciłem bata dzień wcześniej, nastawiając tego zbója na godzinę 6:30. Po raz kolejny próbowałem oszukać samego siebie… i jak zwykle – nic z tego nie wyszło. Podniosłem więc zadek chwilę po 8:00, jako że nie chciałem przeginać zanadto. Tego dnia nie zapowiadały się doskonałe warunki pogodowe, ale właśnie takie okoliczności pragnąłem wykorzystać jak najbardziej produktywnie.
Po chwili ujrzałem, jak nad taflą jeziora unoszą się kłęby mgły, co było po części zwiastunem dobrej pogody. Przestawiłem wpółprzytomny panele fotowoltaiczne i rozpaliłem w piecyku. Na niego zaś powędrowały bidony na herbatkę świerkową, woda Nanooka i naczynia z wodą. Wodą na strawę mającą zapewnić mi energię od rana do wieczora. No i oczywiście: kawa! Bo bez kawy, jak powszechnie wiadomo, nie ma życia.
Nic dziwnego, że chwilę później powstały tradycyjna kawa i owsianka, a poza tym chlebek, ryż z ciecierzycą i pięć litrów płynów dla nas obojga. Gdy tak upajałem się aromatem i smakiem kawy, przeszywało mnie jakieś rzadko uświadczane poczucie spokoju. Że nie muszę martwić się zbytnio o znalezienie dobrego miejsca na zimowisko. Że mogę spokojnie dziubać sobie trasę, bo na jesieni sezon się nie skończy. Bo gdy spadnie śnieg, to zwyczajnie założę sobie narty, Wydrze płozy, a wierny Nanook pociągnie pulkę. Ten sam spokój podpowiadał, że absolutnie nie ma potrzeby ryzykownego pokonywania trasy w trudnych warunkach pogodowych, byleby tylko machnąć jeszcze kilka marnych kilometrów.
Kwadrans po tej zadumanej posiadówce zwijałem już obozowisko, oczywiście pełen werwy do działania. Na wodzie panowały natomiast warunki idealne, więc czym prędzej zwodowałem naszą łupinkę. Tym razem dobrze wiedziałem, gdzie co idzie, więc szło całkiem sprawnie. Naturalnie, do ideału „zarządzania bambetlami” było jeszcze daleko, ale przynajmniej wchodziłem bez pośpiechu w znaną mi rutynę. Tradycję obejmującą zarówno zwijanie obozowiska, jak i pakowanie się na pokład.
Nanook także wiedział, co i jak – lata praktyki na pokładzie Wydry sprawiły, że na prostą komendę „kamizeleczka” przytuptał niespodziewanie ochoczo. A po założeniu owej kamizeleczki elegancko podszedł do Wydry i zajął swe „królewskie mości”. Ja natomiast na moment wróciłem do miejsca, gdzie stał namiot. Nastąpiły szybkie oględziny, czy aby nic nie zostało, jak i również tradycyjne „dziękuję” z intencją wdzięczności. Lada moment chwyciłem za linkę cumowniczą i wgramoliłem się na pokład, by za sekundę zsunąć wodery poniżej kolan i capnąć pagaj.
Powolutku wyprowadziłem nas z trzcinowiska, po czym obrałem kurs na pas wysepek wchodzących w głąb jeziora. Właśnie gdzieś tam, między nimi, kryła się nasza dalsza droga. Był to przesmyk, który umożliwiał dostanie się do drugiego basenu jeziora. Jezioro zaś było unikatowo spokojne, dzięki czemu przez pierwsze sto metrów mogłem porządnie wczuć się w załadowane kanu. Rozpoznać, jak reaguje; co lubi, a czego nie bardzo.
Kwadrans później wpłynęliśmy w przesmyk między stałym lądem a pierwszą wyspą, Lapinsaari. Chwilkę po tym minęliśmy po lewej zatoczkę Syvälahti i kierowaliśmy się wzdłuż brzegu na malowniczy cypel. Na samym jego końcu stała ostrzegawcza boja, lecz nie zawracałem sobie tym zbytnio głowy. Ot, czerwona boja – taka jak setki innych, które w traperskim życiu widziałem. W dodatku płynąłem żółwim tempem, wypatrując podwodnych głazów i skał.
Wspomniana boja była coraz bliżej i bliżej. Zwolniłem więc jeszcze bardziej, wytrzeszczając gały w stronę wody. Jednak nic oprócz samej wody nie widziałem. Aż w którymś momencie rozległ się głuchy dźwięk. BUUU… i szorowanie. Dziób Wydry uniósł się, a ja już niestety wiedziałem, co się stało.
– Pieprzone głazy, zawsze się musi jakiś napatoczyć!
Tak właśnie syknąłem pod nosem, a następnie (już spokojniej) wrzuciłem na wsteczny. Lecz nic z tego! Wydra stała uparcie w miejscu. Postanowiłem jednak wykonać dość ryzykowny ruch, czyli obrócić się o 90 stopni. Zacząłem więc wachlować wodę po prawej stronie rufy, tak aby skierować tyłek na płytszą wodę. Tak w razie czego. I cyk! Dziób Wydry z gracją zsunął się z okazałej skały.
Ominęliśmy wtedy bardzo ostrożnie felerne miejsce i już kawałeczek dalej pomyślałem o rozprostowaniu kości. Kierowany tą myślą, bardzo powoli – i tym razem niezwykle ostrożnie – ruszyłem w stronę brzegu. Gdzieś w oddali słychać było trzask łamanych gałązek, a tuż po nim mignęła mi w oczach żółta wiatrówka. W końcu wyłoniła się czapka z daszkiem, a pod nią dość sroga twarz starszego pana.
„Hello!”. Tak krzyknąłem na powitanie. Nadmieniony pan nie podzielał jednak mojego entuzjazmu, odpowiedziawszy coś oschle po fińsku.
„I’m sorry, I don't understand” – odpowiedziałem. Po chwili namysłu Fin odpowiedział po angielsku, że to teren prywatny. Nic to, grzecznie zatem przeprosiłem, tłumacząc się, że po prostu nie wiedziałem. No i popłynęliśmy kawałek dalej, z nadzieją na w miarę dogodne i szybkie lądowanie. Wszak me kolana (ale i kiszki Nanooka) domagały się należytej uwagi.
Niespełna 600 metrów dalej udało nam się bezpiecznie dobić do brzegu. Nanook wystrzelił jak torpeda, zaraz niknąc gdzieś w gęstym świerkowym lesie, lecz wiedziałem, że jest wystarczająco blisko. Wyciągnąłem przeto kociołek z porcją obiadową, przycupnąłem… i wraz z powiewem wiatru dotarło do mnie, dlaczego Nanook był taki niespokojny na pokładzie. Jednakże przez moment zwątpiłem, czy aby przypadkiem w coś nie wdepnąłem. Sprawdziłem nawet podeszwy – tak dla pełnej pewności.
Nanook wrócił uradowany, żywszy i najwyraźniej skory do dalszej przygody. Wskoczyliśmy więc z powrotem do kanu i skierowałem nas machnięciami pagaja w stronę zatoki Tontunlahti. Na horyzoncie, na tle ciemnozielonych świerków, mieniły się złote liście brzóz, które skłaniały do refleksji o przemijaniu wszystkiego, co nas otacza. Refleksji o tym, że wszystko ma swój początek i koniec. I że nie doceniałem tej pięknej swobody, która była wszechobecna podczas szlaku w Szwecji. Jakby czas przestał istnieć; jakby nigdy nie miało się to skończyć. A jednak się przecież skończyło, i to gwałtownie, nagle – niczym nadejście zimy na północy. Lecz w tym wszystkim na nowo poczułem, jak to jest być wolnym; każdego dnia mieć przed sobą inny widok, a w perspektywie nowe przygody. I do tego święty spokój oraz przyjaciela u boku, którego z wzajemnością kocham. Tak mi tego brakowało! Szczęście wypełniało dosłownie każdą mą komórkę w ciele.
Minęliśmy wyspę Palosaari i znów dobiliśmy na moment do brzegu. Wyciągnąłem tam mapnik i bardzo uważnie przyjrzałem się dalszej trasie. Zerknąłem także na zegarek, pośrupałem się po swej łepetynie i zastygłem w zadumie. Lecz tym razem kalkulowałem, czy jest w ogóle sens pchać się dalej, gdzie brzeg jeziora obsiany jest domkami letniskowymi. No i czy jest sens rozbijać się po nocy, aby dotrzeć do miejsca, gdzie mógłbym założyć jakieś obozowisko. Długo na decyzję czekać nie musiałem. Ta przyszła niemalże sama po zadaniu sobie kilku wnikliwych pytań. I po plusku żerującego drapieżnika!
– Już bym rzucał, gdybym nie utopił wędki – tak smętnie odbiegłem od rozważań, ale nie na długo.
Jako że mam zasadę, która głosi, iż nigdy nie płynie się do ostatniego potencjalnego miejsca na biwak, podjąłem decyzję, że udamy się na półwysep Mataraniemi. Do tej decyzji skłoniła mnie także inna myśl – aby nie rąbać kilometrów za wszelką cenę. A do tego – pomyślałem – dobrze będzie, jeśli w spokoju się rozładuję i rozbiję obozowisko; niechaj wszystko wejdzie z powrotem w krew! W dodatku miałem sporo nowego sprzętu, który musiałem jeszcze dobrze poznać.
Tak też ok. godziny 16:30 zainicjowałem rozładunek Wydry. Większość ekwipunku spoczęła na samym brzegu, namiot zaś (i to, co najpotrzebniejsze) znalazły miejsce kilka metrów dalej. Naciąłem jakieś kilkanaście polan suchego świerku do piecyka i od razu rozpaliłem w tymże, by przegonić wilgoć z namiotu. Wygrzebałem jeszcze wędkę, którą podarował mi Rafał, a było to kilka lat temu nad jeziorem Lisjön. Uzbroiłem ją w kołowrotek od innego kolegi, Andrzeja, nawinąłem nową żyłkę i chwilkę później sprzęt był już całkiem gotowy do jutrzejszego połowu.
Schowaliśmy się więc do namiotu, z którego biło ciepło i wydobywał się cudny aromat jadła. Rozłożyłem śpiwór, wyciągnąłem bieliznę do spania i zrzuciłem z siebie terenowe ciuchy. „Fajrant” – rzekłem sobie w myślach, toteż fajrantowo dokończyłem ryż z soczewicą. Spisałem jeszcze kilka akapitów do dziennika podróży… i co? I nastawiłem budzik na 6:30. Owszem: nie poddałem się.
Z pewnością domyślasz się, Czytelniku, co potem się stało i jak to „niepoddanie się” w istocie wyglądało. Aczkolwiek na swe usprawiedliwienie dodam, że ruszyłem tyłek godzinę wcześniej niż zwykle. W trymiga ogarnąłem kucharzenie i nawet skrobnąłem kilka zdań do dziennika podróży; oczywiście przy ukochanej kawie. Nie próżnowałem, bo kilka minut po 10:00 zabrałem się za zwijanie tobołków, a trzy godziny później byliśmy już zwarci i gotowi na kolejne wojaże.
Gdy jednak tylko zasiedliśmy na swych miejscach, jak na złość zaczął rozpędzać się wiatr, a fala stworzyła z nim koalicję. Całe szczęście (a może nawet dwa szczęścia) wiało nam w plecy, a ponadto mieliśmy kilka miejsc na trasie, gdzie moglibyśmy osłonić się od wiatru i fal. Były też wprawdzie miejsca, gdzie stała przed nami chwila próby – próby nerwów, ale i umiejętności.
Odbiłem więc od brzegu i obrałem kurs na północ, czyli wprost na wyspę Vähä Konnisaari. Wiatr pchał Wydrę do przodu, toteż nie wkładałem morderczych sił w wiosłowanie. Aby zaś uniknąć bocznej fali, postanowiłem opłynąć wyspę jej północnym brzegiem, chowając się tym samym przed południowym wiatrem. Tam mogliśmy złapać chwilę spokoju przed najtrudniejszym tego dnia odcinkiem do pokonania. Dobiłem zatem do trzcinowego brzegu, aby rozprostować nogi, napić się i wypuścić Maliniaka na załatwienie rzeczy, których każdy się domyśli.
Minęło marne pięć minut i ładowaliśmy się już z powrotem na pokład. „Miejmy to z głowy” – rzekłem do siebie w myślach, mając na uwadze półwysep Ukonniemi, którego południowy brzeg był owiewany dość porywistym wiatrem. Co więcej, musieliśmy go opłynąć od zachodu do wschodu południową stroną, gdzie mieliśmy boczną i krótką falę. Następnie czekała na nas trasa z wiatrem, który pędził tutaj bardzo szerokim przesmykiem. Dalej miało być już jednak spokojnie, teren umożliwiał bowiem chowanie się za naturalnymi osłonami.
Przełknąłem ślinę i odbiłem od brzegu. Chwilę później dostrzegłem przed sobą wzburzone wody, które kontrastowały z niemal gładką powierzchnią, którą właśnie płynęliśmy. Po dziesięciu minutach zaczęło nami bujać to na lewo, to na prawo, toteż cupnąłem na kolana, by złapać maksymalną stabilność. Woda zaczęła pluskać z prawej strony burty, chcąc uparcie wedrzeć się na pokład. Czułem, jak rośnie mi kolejny siwy włos na łepetynie, ale parłem dalej. Odwrotu już nie było.
Około czterystu metrów dalej zacząłem skręcać na północ, pod nami zaś sunęły fale, które nas wyprzedzały, a po chwili załamywały się. „Jeszcze kawałek, dasz radę! Nad jeziorem Vänern miałeś większy bigos, i to często!”. Dopingując sam siebie, walczyłem zarazem ze swoim strachem. Lecz ten miał ponownie tylko wielkie oczy, gdyż niecałe dwieście metrów dalej zaczęło robić się znacznie spokojniej. Ba, gdy wpłynęliśmy za północny brzeg półwyspu, zrobiło się wręcz sielankowo.
Cóż więc mogłem począć, jeśli nie usiąść z powrotem na siedzisko; czułem nadto wyraźnie, jak kolana wołają o litość. Odetchnąłem jednak z ulgą, bo choć było trudno, udało się. Wyglądało na to, że powoli przełamuję w sobie kolejne blokady po długiej przerwie w zakresie pływania. Odprężyłem się, słońce prażyło skórę na twarzy, a w powietrzu unosiły się… pajęczyny; o tak, babie lato w pełnej krasie! Rzucił mi się w oczy odległy, lecz pokaźny klucz dzikich gęsi pędzących na południe, co zwiastowało tylko jedno… Że nadchodzi zima.
Spokojnym tempem dopłynęliśmy wkrótce do wyspy Haukisaari. Zacumowałem tam kanu, wyciągnąłem kociołek i wodę oraz dałem Nanookowi się wyhasać. Usiadłem wtedy na nagrzanej skale oferującej widok na całe jezioro. Nanook kręcił się wokoło i załatwiał swoje psie sprawy, ja natomiast wrzuciłem coś na żołądek; w końcu obiad należy się każdemu bez wyjątku! Przesiedzieliśmy tak jeszcze dobre pół godziny, delektując się krajobrazem i prostując piekielnie ścierpnięte kości.
Wreszcie załadowaliśmy się jednak na pokład i ruszyliśmy znów przed siebie, mijając półwysep Pölkkyniemi, a dalej – Pietarniemi. Ścięliśmy niebawem zatoczkę Pitka-Punkki i na minutkę dobiliśmy znowuż do brzegu, by móc dokładniej przyjrzeć się mapie. Dopływaliśmy bowiem sukcesywnie do zaplanowanego miejsca postojowego! Rzut okiem na topografię… szybka orientacja w terenie… i powolne wpłynięcie do zatoczki Punkunlahti.
Spokojnie wachlując wodę, trzymałem nas stosunkowo blisko brzegu. Uważnie przyglądałem się lasowi, gdyż wypatrywałem dobrego miejsca na założenie obozu. Przepłynęliśmy tak uważnie ponad pół kilometra, lecz złośliwość rzeczy martwych dała się we znaki – fala zaczęła smagać prawą burtę, dno było zawalone klamotami, a jedyne sensowne miejsce na obóz było… kawałek za nami. Spróbowałem jednak wyjść na brzeg – i niestety już przy pierwszej próbie kanu zaczęło szorować o podwodne upierdliwości. „Tutaj nie wyjdziemy, Nanook… Nawracamy do zatoczki”. Gdy wymamrotałem to pod nosem, obrałem kurs powrotny.
Dotarłem do brzegu, a wtedy natychmiast rozejrzałem się. Pierwszy rzut oka był iście obiecujący: mogłem złożyć ekwipunek blisko brzegu, a na dokładkę mieliśmy idealnie płaski teren pod namiot. „Zostajemy” – rzekłem w myślach i wypuściłem zniecierpliwionego Malinowskiego. Ten z miejsca szarpnął mordką swoją zabawkę, zapominając zupełnie o zdjęciu kamizelki. Ja za to chwyciłem wędkę, po czym okrakiem chciałem przejść przez rufę i… TRACH! Spojrzałem z przerażeniem na wędkę, a ta była jednak cała! Co więc tak strzeliło?! Zbadałem wówczas wzrokiem drewniany podbierak i mina mi zmizerniała… Otóż nadpęknięta wcześniej obręcz pękła w końcu doszczętnie i nieodwracalnie. Szlag! Ale cóż, posępnie wlazlem dalej do wody i, choć bez entuzjazmu, zacząłem spinningować.
W końcu odstawiłem wędzisko i zabrałem się za rozładunek, bo tego zajęcia nigdy jeszcze nie zleciłem Nanookowi. Poszło to zasadniczo zgrabnie, bo już chwilę później zacząłem czyścić miejsce pod namiot. Ściąłem siekierą świerkowe, martwe odrosty z drzewa, do którego miałem zamiar dowiązać linę nośną namiotu. Tę, jak później się okazało, dowiązałem zbyt wysoko. Pospiesznie zacząłem rozstawiać namiocisko, bo szarówka na zachodnim brzegu jeziora nadciągała bardzo szybko. Najpierw zacząłem miotać się z linką nośną, ponieważ namiot lewitował. Gdy to z kolei opanowałem, nie mogłem złożyć do kupy rozety do komina. Śrubki plątały się pod palcami, tytanowa blaszka wyginała się we wszystkie strony świata, a na dodatek pieprzone czubatki zaczęły piszczeć mi jakby tuż nad uchem. Brakowało dosłownie iskry do prochu w mojej głowie, by cała okolica, łącznie z biednym Nanookiem, wyleciała z hukiem w powietrze.
Gdy w końcu udało mi się ochędożyć obozowisko, namiot stanął tak, jak konstruktor to zaplanował, a pierdzielone czubatki poleciały chyba spać. Wtenczas naciąłem nieco drewna i wreszcie zaszyłem się w swojej przytulnej gawrze. A tu niespodzianka – jakby tego uprzedniego było mało, jakiś okoliczny pies zaczął ujadać po fińsku!
– Co to jest za miejsce, kuźwa! Oszaleję, jak nie da mi on spać…
Resztę nawrzeszczałem już tylko w swojej głowie i sprawdziłem raz jeszcze prognozy, udając, że nie słyszę tej psiej gaduły. Prognoza jawiła się jako dość złowroga, ponieważ tylko kolejny dzień pozwalał mi na pokonywanie szlaku. Później miało wiać i padać, co dyskwalifikowało nas z gry. Pojawiły się w zasadzie tylko dwa rozwiązania: płynąć na żywioł albo ortodoksyjnie trzymać się pierwotnego planu. Czyli pójść zbadać dalszy szlak, a przy okazji uzupełnić zapasy (w szczególności nanookową beczkę). Tamże pomału zaglądały pająki, co groziło zmianą karty. Tym razem to zatem Nanook podjadałby moje zapasy, a nie ja jego.
Tak też korzystając z ostatniej okazji na pokonanie jeziora Konnivesi, nazajutrz spakowałem tobołki i ruszyliśmy wprost na przesmyk Sulkavankoski, łączący jezioro Konnivesi z Ala-Rääveli. Według mapy było tam bystrze, a po obu brzegach tereny prywatne, na których teoretycznie nie mogłem postawić stopy. Gdyby okazało się, że nie da się pokonać nurtu (pod prąd), zmuszony byłbym do cofnięcia się do zatoczki Pahalampi. Tam zaś czekała mnie przenoska o długości około półtora kilometra.
Niepewnie zmierzaliśmy ku przesmykowi, a gdy minęliśmy wyspę Iso Palosari, w oddali pojawił się most drogowy biegnący nad rzeczonym przesmykiem. Wiatr wzmagał się coraz bardziej. Ruszane powiewami brzozy na potęgę sypały żółtymi liśćmi. Uważnie wsłuchiwałem się we wszelkie docierające do mnie odgłosy, szukając w nich przede wszystkim znajomego szumu kotłującej się wody. Lecz im bliżej było przeszkody, tym stawało się spokojniej i ciszej, co napawało mnie nadzieją. Jakoś niespecjalnie urzekała mnie bowiem wizja targania gratów na drugą stronę.
Wreszcie dopłynęliśmy do mostu, gdzie woda niemal stała. Żadnej piany, żadnego szumu. Ale co dalej? Wpłynąłem więc pod most, na żywioł – co ma być, to będzie! Po chwili ukazało się drugie jezioro i dwa skromne łuki do pokonania, gdzie woda płynęła wyraźnie szybciej. Nabrałem więc tempa, wiosłując naprzemiennie raz to z prawej, raz to z lewej strony. Tym razem masa Wydry działała na moją korzyść, gdyż wystarczyło utrzymywać tempo wiosłowania i trzymać odpowiedni kurs. Wtedy nurt dało się pokonać rozpędem, a jak wiadomo z fizyki, ciężkie ciało wolniej wytraca energię.
Zacząłem więc ostro mielić wodę, aż pojawiła mi się kropla potu na czole. Jeden łuk był za nami, ale wtedy nurt wyraźniej stał się szybszy. W pewnym momencie wydawało mi się, że staliśmy w miejscu pomimo wiosłowania raz z prawej, raz z lewej strony. Lecz powolutku posuwaliśmy się dalej, jezioro było już na wyciągnięcie pagaja. Machnąłem więc jeszcze kilka razy, bardzo intensywnie, aż wypłynęliśmy na spokojną wodę. Udało się!
Szczęśliwi, kawałek dalej zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek. Wypuściłem zniecierpliwionego Nanooka, a potem chwyciłem wędkę. Nastąpiło kilka bezowocnych rzutów, więc szybko spojrzałem do mapy oraz na prognozy pogody. Nasza sytuacja zmieniła się o 180 stopni, toteż trzeba było raz jeszcze przemyśleć, co dalej. Kolejny dzień zapowiadał się jako deszczowy i wietrzny, zatem tylko dziś istniała możliwość pokonywania szlaku. Ale dokąd dopłynąć? To było właśnie zasadnicze pytanie. Oba brzegi jeziora były bardzo mocno zagospodarowane prywatnymi działkami, a w dodatku musieliśmy iść ponad 10 km w jedną stronę do sklepu, coby uzupełnić zapasy, przeto nie było sensu dokładać sobie kilometrów.
Po chwili namysłu podjąłem decyzję, a wybór w zasadzie był tylko jeden. Płyniemy na wyspę Pirisaaret! Zapakowaliśmy się więc na pokład i (pieczeni jesiennym słoneczkiem) ruszyliśmy około półtora kilometra dalej, wprost na wyspę. Tam zastaliśmy piaszczysty brzeg, dzięki czemu mogłem się swobodniej rozpakować. Tym razem obozowisko powstało sprawniej niż dzień wcześniej. Zaczynałem coraz lepiej poznawać swój namiot, a rozetę złożyłem… sposobem. Naciąłem jeszcze kilka polan suchej olchy do piecyka, by następnie zwodować na nowo Wydrę. Tym razem uszykowani do połowów wypłynęliśmy kawałek za trzcinki wychodzące z brzegu wysepki.
Krótkie wideo ze szlaku.
Kilka pierwszych rzutów i nic. „Jakieś bezrybie tutaj”. Tak właśnie wymamrotałem. Jednak rzucałem obrotówką cierpliwie, obławiając pas trzcin kawałek po kawałku. Przy którymś z rzutów nagle coś szarpnęło przynętę. Wędka wygięła się, a szpula kołowrotka zagrała melodię wędkarskiej przygody. Ryba zaczęła uciekać w głębszą wodę, raz po raz robiąc spore odjazdy. Wiedziałem, że muszę ją wymęczyć, bo w innym przypadku nie dam rady wyciągnąć jej z wody. Podbierak leżał połamany w obozowisku, toteż musiałem zdać się na własne ręce i odrobinę sprytu.
Ryba jednak słabła bardzo powoli; miała nadal dość siły, aby ciągnąć nas wraz z kanu. Czasem wypływała bliżej powierzchni, chcąc wyskoczyć i trzepiąc paszczą w nadziei na wyczepienie. Wtedy ja wkładałem szczytówkę wędziska do wody, przez co ryba schodziła głębiej w toń. Nie był to jednak koniec jej cwanych sztuczek, bo ratunku szukała też w trzcinach. BZZZZZZZ… i kolejny odjazd okraszony piękną grą kołowrotka. Uskuteczniłem operację „palec na szpulę”, aby zatrzymać rybę przed wtargnięciem w trzcinowiska. Źyłka napięła się niebawem do granic swej wytrzymałości. Ryba po chwili zrobiła nawrotkę i wpłynęła pod Wydrę!
Owszem, cwana bestia pojawiła się po prawej stronie kanu, podczas gdy ja wędkę miałem po stronie lewej. Musiałem ją jakoś adekwatnie przeciągnąć, a więc znów wsadziłem szczytówkę do wody i położyłem palec na szpuli. Mozolnie zacząłem ją przeciągać, a ta niespodziewanie wyskoczyła z wody, trzepocząc pyskiem na wszystkie strony! Po chwili znów zanurkowała i odjechała w głębinę (przy akompaniamencie gry szpuli kołowrotka). Teraz już powoli pompowałem ją do siebie; zaczęła wyraźnie słabnąć. Wreszcie wyłożyła się na boku tuż przy lewej stronie burty. Widziałem, że jest dobrze zapięta, a fluorocarbon nie trze o wielkie zębiska tejże ryby. Ulżyło mi, wiedziałem bowiem, że jeśli tylko nie popełnię głupiego błędu, będziemy mieli jedzenie na najbliższe trzy dni.
Włożyłem rękę do wody, a gdy chciałem złapać sporego szczupaka za kark, wystarczyło, że go dotknąłem, a ten z pluskiem zawinął się, po czym ponownie zanurkował w głębokiej wodzie! Kołowrotek znowuż wydał z siebie jęk. Nie spieszyłem się jednak, miałem wszak w głowie, to co zauważyłem: ryba była bezpiecznie zapięta. No i znów, powoli i sukcesywnie zacząłem pompować ją w swoim kierunku. Po kilku niedługich odjazdach ryba po raz kolejny położyła się na boku. Podciągnąłem ją więc pod burtę, a następnie pewnym, szybkim chwytem wciągnąłem ją przed siebie.
Nanook nagle osłupiał; nie dziwiłem mu się, skoro obok niego leżał „kolega” długi prawie jak on! Ręce dygotały mi z emocji, lecz nie czekałem. Szybka śmierć przez uderzenie głownią noża w potylicę, wyciągnięcie obrotówki z pyska… i nasza wielka radość. Zyskaliśmy jadło na najbliższe parę dni, więc wróciliśmy uradowani do obozowiska. Zrobiłem zdobyczy kilka szybkich zdjęć na pamiątkę, po czym zacząłem sprawianie zgodnie ze swoim traperskim kodeksem – nic mianowicie nie mogło się zmarnować. Łeb, kręgosłup i płetwy na wywar. Wątróbka, nerka, ikra i serce również wykorzystane. Pokaźne zaś filety fru – na patelnię.
Następnego dnia, oczywiście po sytym śniadaniu, zwodowałem łódkę i udaliśmy się do miasteczka Heinola na planowane zakupy. Półtora kilometra dalej ukryliśmy Wydrę pod młodymi świerkami; od tego miejsca udaliśmy się w podróż leśną drogą, którą miałem w planie podczas opracowywania przenoski. Kwadrans później okazało się, że byłaby to misja samobójcza, jako że droga ta łączyła się z niezwykle ruchliwą trasą, natomiast pobocza były ogrodzone barierkami. Dotarło do mnie, że z pozoru szalona decyzja popłynięcia wprost na teoretyczne bystrze… była jednak tą najlepszą, jaką mogłem podjąć.
Półtorej godziny później śmigaliśmy już z powrotem do obozowiska – załadowani do pełna w 80-litrowy plecak. Moje plecy radowały się, że tym razem nie musiały znosić maltretowania przez drewniane, oldskulowe nosidło (zwane pół żartem, a pół serio „narzędziem tortur”), a w zamian mogły zaznać komfortu porządnego, profesjonalnego systemu nośnego. Nic mnie nie uwierało, nic nie kłuło, a cały ciężar spoczął na biodrach i nogach. Już się w swoim traperskim żywocie nadźwigałem, przeto drewniane eksperymenty, tak piękne (jedynie) dla oczu, zostawiłem entuzjastom weekendowych wypadów za miasto. Oczywiście nikomu niczego nie ujmując.
W końcu dotarliśmy do czekającej na nas Wydry, a wówczas wskoczyłem w wodery i w kamizelkę. Zwodowałem też sprzęt i wyruszyliśmy w stronę wyspy, wtedy zaś zaczęło kropić. „Wyrobiliśmy się, Nanook” – rzekłem do swego druha, który leżał tuż przede mną, wpatrując się we mnie z wymalowaną na jego pyszczku ufnością. Na miejscu dociąłem jeszcze kilka polan do piecyka, po czym przeczekałem najsilniejszy deszcz w cieple i suchości. Gdy jednak tylko się lekko przejaśniło, pomyślałem o kolejnej wędkarskiej przygodzie. Wszak pogoda była iście godna polowania na drapieżnika.
– Nanook, płyniemy na rybki? – zagaiłem do leżącego na swoim posłaniu przyjaciela. Ten jednak emanował niechęcią na kolejne przygody tego dnia. Miał w łapach przeszło 20 kilometrów, zatem miast cierpnąć w kanu i moknąć, wolał jednak odpocząć w ciepłym namiocie.
– To masz tutaj kiełbaskę i poczekaj na mnie, dobrze?
Na te moje słowa Maliniak nagle się ożywił i zaczął ze smakiem pałaszować psią wędlinę, którą obiecałem mu już rano.
Dołożyłem wtedy jeszcze do pieca, dolałem wody do miski i zamknąłem namiot. Gdy tylko włożyłem wodery, na przełamanie lodów poszedłem kawałek dalej, czyli obok trzcinowisk. I oto stała się rzecz radosna: już pierwszy rzut poskutkował wygięciem się wędki w pałąk! Kolejna zacięta walka trwała dobre dziesięć minut, lecz na brzegu wylądował w końcu dorodny szczupak.
– Jednak wcale nie takie bezrybie… – rzekłem w myślach i poczłapałem na drugą stronę trzcinowisk.
Kilka rzutów później przyniosło swój efekt w postaci następnego szczupaka, choć nieco mniejszego od swego poprzednika. Rzut kolejny… i kolejne branie! Ten jednak osobnik po krótkiej walce się spiął… Cóż, nie zawsze można wygrywać.
Zmieniłem więc miejsce; wskoczywszy do kanu, popłynąłem na drugi brzeg, również w okolice trzcinowisk. Pierwszy rzut zaowocował ponadpółmetrowym szczupakiem. Kolejne rzuty zapewniły kolejne dwie ryby z tego samego miejsca. Z tego wszystkiego zaczęła się robić niezła góra jedzenia! Na powrocie raz jeszcze zacumowałem przy trzcinowisku tuż przy wyspie. Tam dołowiłem jeszcze kilka ryb, a następnie stwierdziłem, że zdecydowanie wystarczy. Przede mną malowała się zarwana noc, wszak Nanook nie tylko nigdy nie uskutecznił rozładunku; nie nauczyłem go także sprawiania ryb.
Gdy wróciłem do obozu, panowała już szarówka, więc czym prędzej zabrałem się za rybną robotę. Uszykowałem 10-litrowy kociołek na filety i dwulitrowy na „odpady”, a poza tym dużą miskę na podroby. Jakiś czas później ten większy kociołek wypełniły zasolone filety, które miały za zadanie odczekać całą noc. A co z mniejszym kociołkiem? Otóż ten, wypchany po brzegi – z kręgosłupami, płetwami i fragmentami łbów – został zalany wodą i wstawiony na piecyk. Nazajutrz filety przemyłem w jeziorze i wrzuciłem do otwartego piekarnika, by szybko wyschły i nabrały temperatury przed wędzeniem. „Odpady” z kolei oskubałem, oddzielając mięso od ości i kości. Na wywarze ugotowałem ryż, dodając do niego uzyskane wcześniej mięso. Trafiły doń także podroby, uprzednio usmażone z grzybami.
Przed namiotem stanęło nareszcie palenisko z tytanowego piecyka, któremu ściągnąłem górną płytę. Rozpaliłem w nim suchą olchą, a gdy płomień nieco zelżał, wstawiłem na górę piekarnik z filetami. Jego sprytna konstrukcja sprawiała, że dym dostawał się bezpośrednio do środka, dzięki czemu mogłem kontrolować zarówno przepływ dymu, jak i temperaturę wewnątrz. Filety spędziły ponad dobę na przechodzeniu dymem olchy oraz jałowca. Wyszły jako idealnie brązowe, bez widocznych osadu sadzy; oznaczało to, że mieliśmy imponujący zapas białka na dalszą trasę.
Trwa ładowanie...