Pentekost deutera, hemera pyros
„Co mogę powiedzieć o życiu? Że rzecz to w sumie dość długa.
Tylko nieszczęście budzi we mnie zrozumienie”
(Josif Brodski)
1.
Cień wiaduktu na trasie S8 przesuwał się nad nami
kiedy zapytałeś nagle – tato i jak ci minęło te twoje
pięćdziesiąt lat? I pamiętam swoje zaskoczenie, że
o to w ogóle pytasz skoro urodziny miałem w lipcu.
2.
Jechaliśmy na spotkanie z twoim dziadkiem, moim
ojcem, które miało się odbyć w połowie drogi i była
już pełna jesień, wieczny listopad albo coś podobnego,
zaś połowa drogi tylko się tak nazywała, bo wcale
3.
nie była w połowie. Pomyślałem, że kiedy się ma
tyle lat to się już wie, że wiele rzeczy się po prostu
nazywa, wiele rzeczy się po prostu mówi, ale to nic
nie znaczy. Przypomniało mi się, jak twój dziadek,
4.
a mój ojciec opowiadał mi o starciu ze swoim szefem,
dawno temu w ministerstwie. Szef twojego dziadka
a mojego ojca nie rozumiał co to znaczy, że coś się
po prostu mówi i twój dziadek, a mój ojciec powiedział
5.
mu w te słowa – szefie, jak ja pana widzę rano w pracy
i mówię „dzień dobry” – to szef naprawdę sobie wyobraża,
że ja mu czegokolwiek dobrego w tym dniu życzę?
Tak się po prostu mówi! I kiedy mnie zapytałeś o to jak
6.
minęło te moje pięćdziesiąt lat pomyślałem, że nie wiem
jak odpowiedzieć na tak postawione pytanie i chyba
odpowiedziałem krótko, że dobrze i zamilkłem bowiem
zatrzymały mnie nagle książki, których nie napisałem,
7.
rzeczy, których nie zrobiłem, góry, grzbiety, przełęcze
na które się nie wspiąłem, rzeki, których nie przepłynąłem
z nurtem lub pod prąd (przekraczać to każdy głupi potrafi),
pielgrzymki, w które nie wyruszyłem, rozmowy, których
8.
nie odbyłem, wiersze których dokończyłem, prośby o pomoc,
które zmilczałem albo udawałem, że ich nie było. I przewiny,
o których tyle razy pisałem, jakbym uważał, że kiedy się
do nich publicznie przyznam to będą mi odpuszczone
9.
a one i tak ze mną są. Dziewczynka z mokotowskiego
podwórka o której wiedzą ci, którzy czytali poemat o biciu,
kolega Zbyszek, który wyjechał z rodzicami do Australii
na zawsze w roku 1980, żeby nie wrócić, a który wysyłał
10.
listy na które nie chciałem odpisać chociaż czułem że
powinienem, i dzisiaj też czuję że powinienem, tylko
że adres już nieaktualny od kilkudziesięciu lat. Albo
koleżanka z ulicy, którą uderzyłem bez powodu w twarz,
11.
miękką i ciepłą ale nigdy nie przeprosiłem. To wszystko
zaraz obok tych gór, pól, miejsc i ludzi, o których myślę,
że wciąż są przede mną, a może być zupełnie inaczej,
bowiem tak się dziwnie składa, co zrozumiałem niedawno,
12.
że zawsze wiesz, kiedy robisz coś pierwszy raz, ale nigdy
nie wiesz, który raz jest tym ostatnim. I łapię się na tym,
że często myślę o swoim życiu, jakbym miał przed sobą
drugie pięćdziesiąt lat, a to przecież nieprawda. Nie dalej
13.
jak wczoraj Tomek Majeran opowiadał o swojej wyprawie
wzdłuż południowej granicy Polski, (30 dni, 19 godzin,
48 minut oraz 1039 kilometrów), a później mówił dalej
o wyprawie pieszej z Wrocławia do Santiago de Compostella
14.
(118 dni i ponad 3200 kilometrów) dawniej nazwaną
pielgrzymką. Czytałem swego czasu na fejsbuku jego
relacje z tej drogi do Santiago, w której nie wypada ci
się martwić o to, co będziesz jadł ani gdzie będziesz spał,
15.
bowiem spójrz na ptaki niebieskie, których imion nie
znasz – nie mają kasy a jednak robią swoje. I kiedy tak
czytałem relacje Tomka, myślałem planie wyprawy,
jednym z wielu, wzdłuż polskich plaż od Wolina do
16.
Mierzei Wiślanej, którą to wyprawę, aby miała właściwy
ciężar, należałoby podjąć pieszo, z plecakiem na plecach,
butlą gazową i namiotem nie wcześniej w październiku,
może listopadzie aby ją skończyć grudniu. Wtedy można
17.
by ujrzeć wszystko w całej jaskrawości. Wymarłe kuroroty,
martwe lunaparki, zacumowane głęboko w ujściach rzek
pirackie statki, pozamykane restauracje i smażalnie ryb.
I kiedy Tomek wczoraj opowiadał o drodze do Santiago,
18.
a ja znów myślałem o swoich planach wyjścia prosto
w chmury pełne wycia nad górą Rowokół, rozbijania
namiotu wśród mrożnych podmuchów na wydmach wokół
Łeby, Tomek powiedział o tym, że teraz chciałby pójść
19.
do Jerozolimy, ale, powiada, nie wie czy da radę bo kto
u teraz da sto osiemnaście dni urlopu? Ludzie mówią
emerytura, ale zdrowie może być już nie to, a to trzeba
mieć - zdrowie. I wtedy zrozumiałem, że ja być może
20.
nie mam kolejnych pięćdziesięciu lat ale dwadzieścia,
plus minus pięć, o ile nadal będę panował nad cukrem,
zejdę poniżej stu kilogramów. Dwadzieścia lat, mój książę,
względnie dwadzieścia pięć a i tak do przewidywanego czasu
21.
przejścia na górskich kierunkowskazach będę musiał doliczać
dziesięć, potem dwadzieścia, trzydzieści i więcej procent.
Dwadzieścia lat, a przecież siedzi we mnie ze dwadzieścia
nienapisanych książek, nie licząc wierszy. Wychodzi
22.
więcej niż jedna książka rocznie. A przecież piszę mniej niż
jedną rocznie, nie licząc wierszy. A przy tym obiecałem sobie
Sishapangmę, Aconcaguę i Galapagos, mimo tego, że stałem
się mistrzem odpuszczania. Odpuściłem nawet Zawrat tamtej
23.
wiosny, kiedy szły roztopy, a nad Zmarzłym Stawem tylko
skorupa lodu, niemal żadnego śniegu, my bez raków, czekanów,
mówiłem twojej matce, a mojej żonie, że na tam, na Zawracie
jeszcze nikt nie zginął, ale zarazem głupio by było być tymi
24.
pierwszymi. Ale teraz, pisząc ten tekst zacząłem grzebać,
i okazało się, że pierwszą ofiarą Zawratu był Michał Kaswan,
siedemnastoletni żydowski chłopiec z Kołomyi, który zmarł
pewnej sierpniowej nocy w czasie przymusowego biwaku
25.
na przełęczy z powodu wychłodzenia i ogólnego wycieńczenia.
Szli całą grupą poprzedniego dnia z Małego Cichego do Roztoki,
potem drogą na Morskie Oko, nocleg, następnego dnia z Morskiego
Oka przez Świstówkę do Pięciu Stawów Polskich, a potem dalej,
26.
żeby na noc zdążyć na nocleg na Hali Gąsiennicowej, ale wyszli
w stronę Zawratu po piątej, zatem dość późno, a potem załamanie
pogody, zamieć śnieżna w sierpniu i decyzja o awaryjnym biwaku
na przełęczy. Nad ranem trzeciego dnia chłopak był zimny
27.
i stwierdzono zgon. Ale wtedy, tamtej wiosny nic nie wiedziałem
o Michale Kaswanie, żydowskim chłopaku z Kołomyi, która była
miejscem narodzin mojej świętej prababci Sabiny. Dowiedziałem
się o nim teraz, pisząc ten tekst i wydaje mi się, że to jest znaczące,
28.
bo może w ogóle nikt już o nim nie pamięta, nawet w Kołomyi,
a teraz i ty i wszyscy czytający ten poemat będą już wiedzieć
i pamiętać o Michale Kaswanie, siedemnastoletnim chłopaku,
który umarł na Zawracie w sierpniu 1936 roku, dzięki czemu
29.
kilka lat później nikt go nie mógł zamordować ani ocalić.
Ale tamtej wiosny, kiedy stanęliśmy nad Zmarzłym Stawem,
byłem pewien, że nikt na Zawracie do tej chwili nie zginął,
w bladym blasku zza chmur lód tylko jaśniał i lśnił dyskretnie.
30.
Zaczął padać deszcz ze śniegiem, a do tego zagrzmiało raz
i drugi. Powiedziałem twojej mamie a mojej żonie, która
nigdy wcześniej nie była w Tatrach, że zawracamy, popatrz,
tam widać gdzie idzie szlak tak zwanym Starym Zawratem,
31.
ale tam nie pójdziemy. Odpuściłem, pamiętam to do dzisiaj
i nawet wiem dlaczego to pamiętam. Otóż kilka lat przed
tamtą wiosną jechaliśmy z twoim dziadkiem, a moim ojcem
przez Kotlinę Kłodzką i zachciało nam się sikać, więc
32.
zjechaliśmy na pobocze drogi. Był piękny zachód słońca
gdzieś przed nami złociły się kamienne grzyby na grzbiecie
którego imienia nie znam do dzisiaj, a my w godnym odstępie
oddawaliśmy mocz przy otwartych drzwiach samochodu skąd
33.
ryczał na cały głos Kazik o bliżej nie znanej Natalii w Brooklynie
i mój ojciec a twój dziadek zapytał - synu, co ten facet się tak
wydziera o tej Natalii, wyjaśnij mi. A ja miałem dobry humor,
bo słońce, ciepła jesień, góry i my dwaj na poboczu drogi
34
więc mówię – Wiesz co może spędził z nią upojną noc i teraz
wspomina bo mu żal, że to już było i nie ma. Skończyliśmy,
mieliśmy już wsiadać kiedy mój tata, a twój dziadek na moment
jakby się zawahał i z uśmiechem powiedział – Wiesz, synu,
35.
jak będziesz w moim wieku, to będziesz wiedział, że dużo lepiej
pamięta się te, którym się odpuściło, niż te, których się dopadło.
I to prawda. Nie pamiętam ile razy byłem na Rysach, Zawracie,
Koziej, Świnicy, Kozim Małym i Dużym, Krzyżnem, Koprowym,
36.
Babiej, Szpiglasie, Sławkowskim ale pamiętam ten raz kiedy
z Krzywym błądziliśmy cały dzień w deszczu wokół Gorca,
wreszcie o zmierzchu uznaliśmy, że w Polsce nie można się
zgubić w górach, przecież wystarczy zacząć iść w dół, wtedy
37.
prędzej czy później trafisz na dno doliny, a dnem doliny
dojdziesz do strumienia, strumień do ścieżki, ścieżka
do drogi, droga do asfaltu, asfalt do wsi, a we wsi trzeba
zapukać do księdza, jak pisał dawniej Wańkowicz, chyba
38.
we „Wrześniu żagwiącym”. To znaczy Wańkowicz tam
pisał o księdzu, ale nie pisał o schodzeniu w dolinę, kiedy
się zgubisz w górach. Przy czym to schodzenie raczej nie
sprawdza się w Tatrach, tam, to może być wstęp do nagłej
39.
i nieprzyjemnej śmierci, o ile jakakolwiek śmierć może być
przyjemna a jako jeden z pierwszych dowiedział się o tym
Jan Michał Drege, dwudziesto dwu letni student prawa,
Który zgubił drogę między Pośrednim i Skrajnym Granatem
40.
w sierpniu 1911 roku i zobaczył u wylotu jednego ze żlebów
Czarny Staw pod stopami tak bliski i odległy zarazem i zaczął
schodzić, aż doszedł do miejsca skąd nie dało się ani wrócić ani
zejść i zginął w miejscu, które nazwano potem Żlebem Drege’a.
41.
Więc żeby nie było że ja w poezji prozą czy w prozie poetyckiej
namawiam do schodzenia w Tatrach na szagę. Ale z księdzem
to się nam akurat sprawdziło, chociaż proboszcz w Ochotnicy
był nadąsany, że go budzimy po dwudziestej drugiej ale jednak
42.
dostaliśmy miejsce na suchym betonie w ciepłym i pustym
garażu w budynku koło plebanii, który zapewne dawniej służył
za salki katechetyczne. I jeszcze na noc dostaliśmy dwie pomarańcze,
żeby było, że nie tylko zdrożonym dać nocleg, ale też głodnych
43.
nakarmić, a że pomarańcze były soczyste to jeszcze
spragnionych napoić. Ale to nie było zagrożenie życia,
tylko niepokój jak z piosenki Kelusa o przystanku PKS-u.
Z powodu śmierci, która mogła być blisko bardziej pamiętam
44.
przejście przez Kozią latem 1992 roku, kiedy nieśliśmy
razem z Zacharem, Anką, Krzywm i Szamanem gitarę
defil która nie miała paska ani uchwytu, więc trzeba ją
było obejmować oburącz jak dziecko albo dziewczynę,
45.
i żeby ją przenieść robiliśmy małpi most, o czym pisałem
już w poemacie „No to frugo” wiele lat temu więc tutaj
dopowiem, że mimo całej śmieszności sytuacji, to był ten
raz kiedy czułem zapach śmierci. Bowiem ostatnie kilkanaście
46.
kroków przed Kozią nie było jak zrobić małpiego mostu
i zanim Zachar załapał w zęby resztkę skórzanej rączki
u góry futerału gitary i tak ją zniósł przez resztę łańcuchów
i drabinek na sam dół, to ja objąłem ją jak dziewczynę,
47.
która zresztą poszła przodem, żeby nie patrzyć jak giniemy
z powodu starego defila, i bez możliwości asekuracji rękami
ruszyłem po wytopionych w śniegu i lodzie stopniach, mając
na nogach słynne chińskie trampki. I czułem na sobie ten
48.
wzrok, wiem, że to ona patrzyła z politowaniem jak stawiam
z udawaną pewnością kroki łudząc się, że to coś zmienia,
a przecież gdybym postawił jeden krok fałszywie, to i bez
tej gitary nic by mi nie dały ręce, bo wszystko by poleciało
49.
osobno i osobno skończyło jak w „Trenie Fortynbrasa” Herberta
którego już wówczas czytałem i wydawało mi się że go rozumiem,
chociaż to była nieprawda. To był ten jeden raz, kiedy czułem,
że śmierć jest blisko, ale nie była mną zainteresowana bardziej
50.
niż ja rybami w akwarium, kiedy zdarza mi się na nie patrzyć.
Nawet kiedyś mnie zapytałeś, czy to prawda że obliczu śmierci
człowiekowi wyświetla się film z życia i musiałem przypomnieć
sobie ile razy stanąłem wobec śmierci nagłej i niespodziewanej.
51.
Wyszło mi, że kilka razy prowadząc samochód byłem od Niej
o ułamki sekund, ale wtedy wszystko dzieje się za szybko,
że na jakiekolwiek filmy nie szans. Zatem wracała uparcie
tylko ta Kozia Przełęcz wczesnym latem 1992 roku.
52.
W każdym razie pocieszające jest to, że nie umarłem przed
trzydziestką mimo, że tak nawoływała się swego czasu
gównażeria że nie wierz nikomu po trzydziestce, że niby
cała jaskrawość jest dostępna tylko tym, którzy jeszcze
53.
nie ugrzęźli, są nieuwarunkowani, wolni. A potem to już nic
tylko łańcuch, buda, wybieg, a na koniec łopata piachu na dupę,
jak mówił mój ojciec, a twój dziadek. Nie powiem, coś w tym jest,
bo tyle razy w życiu, szczególnie kiedy zdarzało mi się czekać
54.
na spóźniony pociąg, miałem ochotę by tym wszystkim jebnąć
wstać i iść, wyjść z dworca, wyjść miasta, wyjść z życia i iść,
tak jak zrobił kiedyś Karol Maliszewski i nawet to opisał
w poemacie „A co do cholery” a potem jeszcze coś w prozie.
55.
Wstał i wyszedł i szedł dwa lata. Tylko pomyśl, dostał się
na studia, na polonistykę w Warszawie, chłopak z Nowej Rudy,
oto powiedziałbyś pana boga za nogi chwycił, oto go przyjęto
do szkoły poetów, a on któregoś ranka wstał i powiedział
56.
– szkoła poetów, dżizas,kurwa, ja pierdolę - i wyszedł
z miasta. W plecaku kilka zeszytów, brulionów jak to się
mówiło, w sam raz dobrych do spisania dwóch lat wakacji
dwóch lat w drodze w stronę rodzinnego południa. A kiedy
57.
mnie dopadała chęć wyjścia poza nawias, byłem już starszy,
osadzony w świecie, miałem coś do stracenia i koniec końców
nigdy nie wyruszyłem, chociaż wiele podróżowałem i jak łatwo
zauważyć nie umarłem przed trzydziestką. Za to tuż przed nią
58.
wydałem debiut, zaraz potem popłynąłem na morze pod żaglami.
Wiało siedem do ośmiu, ale nie było na stałe ósemki i trochę żal
do dzisiaj bo bym miał zaliczony chociaż jeden prawdziwy sztorm.
Załapaliśmy za to kilka szkwałów, jednego cumulonimbusa,
59.
podejście we mgle do Karlskrony, awarię diesla i jeszcze kilka
przygód, jak zatrzymanie przez rosyjską fregatę na poligonie
rakietowym koło Piławy i oklejanie kolumny kompasu kartonem
mleka „Łaciate” które opisałem w „Transmigracji”. Przygody
60.
opisałem, nie karton mleka. I być może śmierć przyglądała się nam
z zainteresowaniem, ale nikt z nas nie czuł Jej zapachu, ani nikomu
nie przewinął się film. Potem byłem w Boliwii, Panamie, Peru, Chile,
na Wyspie Wielkanocnej, Argentynie, Patagonii, Urugwaju, Gruzji,
61.
Armenii. Po czterdziestce założyłem stado, w którym przyszedłeś
na świat i jak przepowiedział Lelo zwany Leszkiem, z którym
piłem piwo w „Herbaciarni” w Brzegu po Twoich narodzinach
nagle przestałem domierzać czas swoimi latami, a zacząłem
62,
odliczać Twoimi. Po przekroczeniu pięćdziesiątki zacząłem
uczyć się grać na trąbce, jakby było mi mało tego, że nie umiem
grać na gitarze, ale także odkryliśmy w Uzbekistanie cmentarz
koło miejscowości Bogot, gdzie prawdopodobnie pochowano
63.
mojego pradziadka, a twojego prapradziadka Franciszka Szopfa,
żołnierza Wojska Polskiego, Korpusu Ochrony Pogranicza,
policjanta i przede wszystkim męża świętej Sabiny. Myślę,
że jego odyseja, te osiem, może dziesięć tysięcy kilometrów
64.
przez morderczą Rosję i samotna śmierć godna jest osobnego
poematu. Tymczasem nie wiem co jeszcze mnie czeka skoro
po przekroczeniu kolejnych czerwonych linii spotyka mnie
tyle historii potrzykroć dziwnych. Moja żona, a twoja mama
65.
kiedy podzieliłem się z nią tą myślą, będąc już po urodzinach,
ale jeszcze przed wyprawą do Uzbekistanu skwitowała to krótko
– po pięćdziesiątce staniesz się sławny. Nie miałem serca jej
powiedzieć, że to jest już raczej niemożliwe, skoro mnie nawet
66.
nikt nie chce na rozmowę kwalifikacyjną zaprosić do biblioteki,
i odpadam zawsze na etapie składania cefałek, bo może o tym
nie wiesz ale czasem próbuję się wyrwać z hurtowni urządzeń
niskoprądowych w której utknąłem trzynaście lat temu, w wyniku
67.
czego jestem jednym z trzech znanych mi literatów zamieszanych
w sprzedaż kamer do monitoringu. Pozostali dwaj to Romek Honet
i Marcin Zegadło. Tyle, że Romek od lat już nie pracuje w branży,
a Marcin pracuje, ale w marketingu, a nie za ladą co trochę zmienia
68.
perspektywę o czym wspominam bez zawiści jedynie dla porządku,
żeby było jasne, że te trzynaście lat w hurtowni to nie dla legendy
ani dla przyjemności. Po prostu tak wyszło, a mitu z kabla nie
ukręcisz, ale przynajmniej stać nas na ten nasz kawałek podłogi,
69.
na którym mogłem słuchać jak uczysz się słów modlitwy
dopowiadając tylko końcowe sylaby słów, tworząc tajemny
szyfr, tak żeby śmierć nic z tego nie rozumiała przez czas jakiś
i trzymała się od nas z dala. Chociaż wiedziałeś od dawna,
70.
że życie nie jest szczelnym akwarium, w którym pływamy
jak te rybki, bo przecież kiedyś wyniosłeś do ogródka swoje
zielone krzesełko i usiadłeś naprzeciwko płotu, a na płocie
była pajęczyna, w której pająk obrabiał powoli duża muchę,
71.
a ty siedziałeś patrząc na realne, które było tak fascynujące,
że wszystkie bajki mogły iść do domu bajek, zaraz koło
Akademii Pana Kleksa. Ale przecież musi coś jeść, żeby żyć
- mówiłeś, widząc być może w moich oczach coś, czego
72.
nie przeczuwałem. W każdym razie, synku, nie ma żadnego
filmu, który się odkręca, żeby można było chociaż na sekundę
jeszcze raz być w tych wszystkich miejscach, z tymi ludźmi,
poczuć jeszcze raz smak jabłka, szkwał na twarzy, podmuch
73.
burzy w górach, ludzie mówią, że dojmujące jest tylko jedno
- niedowierzanie, że to już, właśnie teraz. Być może podobne
do tego, co poczułem, kiedy zapytałeś – Tato, i jak ci minęło
te twoje pięćdziesiąt lat? – gdy nad nami przesuwał się cień
74.
wiaduktu. I teraz nawet nie wiedziałbym od czego zacząć
spis tego inwentarza gdybym musiał się nagle pożegnać.
Na to życie za mało by mi było i dziesięciu poematów prozą,
takich jak ten, który kończę, a przecież zadałeś mi to pytanie
75.
dwa lata temu. Dzisiaj, kiedy napiszę ostatnią linijkę będę miał
52 lata 87 dni i 19 godzin i 43 minuty. Wciąż noszę w głowie
spis ponad dwudziestu książek do napisania, nie licząc wierszy
i jeszcze oprócz tych czterech, które piszę. Wśród gór wciąż
76.
skrzy się Aconcagua i Shishapangma, nadal mam nadzieję
doczekać rozpadu Rosji, wolności dla Tybetu a spis rzeczy
stale się rozszerza. A jednak mógłbym się z nim rozstać
bez słowa skargi żeby móc patrzyć jak żyjesz i żyjesz,
77.
żyjesz wiecznie.
Trwa ładowanie...