Podczas odpoczynku nad Zatoką Perską zmieniliśmy plan. Będąc już praktycznie przy samej granicy, podjęliśmy próbę wjazdu do Emiratów, zamiast – jak pierwotnie zakładaliśmy – jechać dalej do Omanu. Była to decyzja ryzykowna. Nie mieliśmy jeszcze permitu importowego dla Lucky’ego. Liczyliśmy na łut szczęścia i zdrowy rozsądek, podobnie jak wcześniej przy wjeździe do Arabii Saudyjskiej. Strona saudyjska – jak zwykle – poszła bardzo sprawnie. Chwila formalności i po sprawie. Po stronie emirackiej również początkowo wszystko przebiegało szybko i bezproblemowo. Zostaliśmy jednak poproszeni o oczekiwanie na weterynarza granicznego, który miał sprawdzić Lucky’ego. Pierwszy weterynarz, który się pojawił, był młody, spokojny i sprawiał bardzo dobre wrażenie. Gdy zapytał o permit, wyjaśniliśmy, że nie byliśmy w stanie go wcześniej wyrobić, ponieważ system wymaga emirackiego numeru telefonu, którego nie posiadaliśmy. Wspólnie próbowaliśmy zarejestrować permit – na trzech różnych telefonach – bez powodzenia. Zwrócił uwagę, że mamy wykonane badanie miareczkowania, choć według przepisów emirackich nie jest ono już „świeże”. Wyjaśniliśmy, że w Europie badanie to wykonuje się raz w życiu, o ile nie ma przerwy w szczepieniu przeciwko wściekliźnie – u nas wszystko było zachowane prawidłowo. Z tym nie robił problemu. Świadectwo zdrowia mieliśmy wystawione w Polsce – oczywiście przeterminowane – ale zgodnie z przepisami dokument ten powinien pochodzić z kraju pochodzenia zwierzęcia. I tu również wykazywał zrozumienie. Zaproponował rozwiązanie: cofniemy się na stronę Arabii Saudyjskiej, tamtejszy weterynarz graniczny wystawi świeże świadectwo zdrowia i wrócimy na granicę Emiratów – wtedy wszystko powinno być w porządku. Tak też zrobiliśmy. Z listem granicznym cofnięto nas do Arabii, pojechaliśmy do saudyjskiego weterynarza. Była herbata, rozmowy o podróży, o miejscach, które odwiedziliśmy i które jeszcze warto zobaczyć. Dokument został wystawiony bez problemu, a na dodatek weterynarz poprosił znajomego, by pomógł nam wypełnić permit do Emiratów. Na koniec dostaliśmy jeszcze wielką paczkę pysznych daktyli – po prostu z życzliwości. Wróciliśmy na granicę Emiratów już wieczorem. Formalności znów przebiegły szybko. Permit był gotowy, komplet dokumentów Lucky’ego załączony w systemie, urząd wyraził zgodę. Pozostała już tylko ostateczna kontrola weterynaryjna. I tu wszystko się zmieniło. Przyszedł inny weterynarz. Miał zasłoniętą niemal całą twarz, widać było tylko oczy. Od pierwszej chwili atmosfera była bardzo nieprzyjemna. Podniesiony głos, nerwowe zachowanie, agresywny ton. Zażądał dokumentów. Mimo że permit był wydany, a w nim komplet dokumentów – świeże świadectwo zdrowia, szczepienia i badanie miareczkowania – stwierdził, że badanie jest nieważne i Lucky nie może wjechać do kraju. Powołaliśmy się na wcześniejszą rozmowę i ustalenia. Usłyszeliśmy tylko: „teraz rozmawiacie ze mną”. Nie było miejsca na dialog, argumenty ani wyjaśnienia. Decyzja była ostateczna. W pewnym momencie, z bezsilności, zapytałam, jak to możliwe, że bezdomne psy i koty bez szczepień mogą swobodnie przebywać w Emiratach. Odpowiedział szydercznym śmiechem. Zapytałam, skąd pochodzi. Odpowiedział: z Filipin. To ważne, bo przez całą naszą podróż po krajach arabskich nigdy nie spotkaliśmy się z takim zachowaniem ze strony Arabów jako nacji. Wręcz przeciwnie – nawet w trudnych sytuacjach zawsze była chęć pomocy, rozmowy i znalezienia rozwiązania. Tutaj zabrakło jakiegokolwiek balansu między realnym zagrożeniem a zwykłą ludzką empatią. Na koniec, z wyższością, zapytał jeszcze: „co, chcielibyście jechać do Dubaju?”. Odpowiedzieliśmy spokojnie, że niekoniecznie – bardziej interesuje nas natura i mniej znane miejsca Emiratów. Poprosiliśmy o pomoc. Zaśmiał się nerwowo i powiedział: „nie”. Nie mieliśmy wyboru. Musieliśmy wrócić do Arabii Saudyjskiej. Co dalej – zdecydujemy już na spokojnie, gdy opadną emocje po tym, co się wydarzyło.
Trwa ładowanie...