Bogowie też krwawią. Dlaczego powrót Steve’a Yzermana do Detroit okazał się najpiękniejszą i zarazem najdroższą iluzją w historii współczesnego hokeja?
Znacie to uczucie, kiedy po latach spotykacie swoją wielką, licealną miłość i nagle dociera do Was, że czas jest bezlitosnym draniem, a wspomnienia mocno podkolorowały rzeczywistość? Dokładnie to samo przeżywają właśnie kibice Detroit Red Wings, patrząc na zgliszcza mitu o powrocie syna marnotrawnego - bo era Steve'a Yzermana w Mieście Motoryzacji właśnie dobiegła końca, a happy endu nie stwierdzono.
Kiedy w 2019 roku Yzerman - absolutna ikona, człowiek-instytucja - brał stery w Detroit, wszyscy pisali scenariusz pod hollywoodzki wyciskacz łez. Facet, który jako kapitan podnosił ten klub z kolan w latach 90., miał zrobić to znowu, tym razem z pozycji generalnego menedżera. Siedem lat później rzeczywistość brutalnie sprawdziła te marzenia. Siedem lat bez play-offów. Nawet najwięksi cynicy nie zakładali takiego obrotu spraw.
Gdzie facet, który w Tampie zbudował potęgę, stracił swój dotyk Midasa? Usiądźcie wygodnie, weźcie coś zimnego do picia, bo to opowieść o tym, jak zgubna bywa miłość do własnej strategii.
Yzerman od pierwszego dnia powtarzał jak mantrę jedno słowo: cierpliwość. Nie podawał żadnych dat, żadnych obietnic. I o ile na początku to miało sens, bo zastał w klubie totalne pogorzelisko, o tyle z czasem ta jego legendarna tajemniczość przestała być zaletą, a stała się problemem.
W hokeju, tak jak w życiu, musisz w pewnym momencie wybrać pas ruchu. Albo idziesz w absolutną przebudowę i tankujesz po najgorszych dnach tabeli, żeby zgarnąć młode bestie pokroju Connora Bedarda, albo ryzykujesz, rzucasz na stół grube miliony i idziesz na wojnę o puchar. Yzerman wybrał bezpieczny środek. Z jednej strony sprowadzał solidnych weteranów (Copp, Chiarot, Perron), a z drugiej -chwilę później handlował kluczowymi zawodnikami w trakcie sezonu.
Efekt? Czerwone Skrzydła utknęły w czyśćcu średniactwa. Byli zbyt dobrzy, by szorować dno i brać kosmiczne talenty z draftu, i jednocześnie zbyt słabi, by ktokolwiek w lidze brał ich na poważnie. Niby co roku ciut lepsi, ale w dzisiejszej NHL to po prostu powolne umieranie.
Cała legenda Yzermana jako menedżera opierała się na tym, co zrobił w Tampa Bay Lightning. Owszem, w pierwszej rundzie draftu wybierał tam średnio, ale w późniejszych etapach robił rzeczy niemożliwe. Wyciągnął Nikitę Kucherova pod koniec drugiej rundy, Braydena Pointa w trzeciej, a Ondreja Palata w siódmej! To była baza pod mistrzowskie tytuły.
W Detroit ta magia po prostu wyparowała. Tak, trafił genialnie na samym początku z Moritzem Seiderem i Lucasem Raymondem. To są dzisiaj gwiazdy. Ale cała reszta? Głębokie rundy draftu okazały się płytkie jak kałuża na asfalcie. Poza dwoma wyjątkami, żaden gracz wybrany przez niego poza pierwszą rundą nie pograł w NHL dłużej niż przez 50 meczów. Okazało się, że tamten skautingowy nos z Tampy nie przeniósł się automatycznie do Michigan.
I na koniec to, co najgorsze – czynnik ludzki. Yzerman zawsze miał opinię twardziela. Faceta, który podczas negocjacji kontraktowych potrafił docisnąć zawodnika kolanem do lodu i nie odpuścić ani centa. Tyle że dzisiejsza liga się zmieniła. Młode gwiazdy mają więcej władzy, więcej pieniędzy i znacznie mniejszą tolerancję na chłód z gabinetu prezesa.
Kiedy kapitan drużyny, Dylan Larkin, wprost zażądał transferu, stało się jasne, że w szatni coś pękło. Przez ostatnie trzy lata Detroit pod koniec zimy miało realne szanse na play-offy. I za każdym razem, w okolicach marca, zespół spektakularnie się rozsypywał psychicznie. Możesz być genialnym taktykiem, ale jeśli tracisz kontakt emocjonalny z liderami swojej drużyny, a twój styl zarządzania kojarzy się z zamordyzmem z poprzedniej epoki, to bez wyników na lodzie szybko stajesz się po prostu uciążliwym szefem.
Steve Yzerman nie zostawia po sobie spalonej ziemi. Detroit ma dziś kilku świetnych młodych chłopaków i czyste konto w budżecie. Następca będzie miał z czego rzeźbić. Ale ten romantyczny mit o powrocie króla, który własnymi rękami odbudowuje swoje królestwo, właśnie pękł jak bańka mydlana.
Okazuje się, że w sporcie, tak jak w życiu, zasługi z przeszłości nie dają ci taryfy ulgowej na teraźniejszość. Nawet jeśli nazywasz się Yzerman.
Trwa ładowanie...