Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki? Powiedzcie to kibicom w Chicago. Patrick Kane wraca do domu!
Z powrotami sportowych legend na stare śmieci jest jak z powrotem do byłej dziewczyny - w teorii brzmi to jak romantyczny film, w praktyce zazwyczaj kończy się katastrofą. Kiedy słyszysz o takim ruchu, od razu zapala ci się czerwona lampka: „Rety, znowu grzebiemy w archiwum?”. Szybko przypominasz sobie, jak to się zwykle kończy. Wszyscy kupują nowe-stare koszulki, trybuny łkają ze wzruszenia, a potem zaczyna się poważne granie i nostalgiczny powrót zamienia się w do bólu smutny obrazek.
Ale nie tym razem. Czasem zdarza się absolutny wyjątek od reguły.
Wyobraźcie sobie taką scenę: chłopak ma 21 lat, niosą go na rękach, ma być nowym królem miasta, a zarząd każe mu ciągnąć cały ten wózek z kolegami z drużyny, którzy umówmy się - gwiazdami estrady raczej nie są. I nagle do tej samej szatni wchodzi legendarny weteran. Gość, który 16 lat trząsł tym miastem, dał mu trzy mistrzostwa, a potem - w wyniku burzliwych kolei losu - założył koszulkę największego wroga.
Brzmi jak scenariusz do filmowego wyciskacza łez? Witamy w Chicago. Patrick Kane wraca do Blackhawks!
I wiecie co jest w tym najpiękniejsze? Że to wcale nie jest tania zagrywka pod publiczkę. To nie jest pożegnalne tournee 37-latka, który przyjechał tylko pomachać kijem do kibiców i odcinać kupony od dawnej sławy. Kane po przejściach i operacji biodra ciągle ma w rękach to legendarne "coś". Dłonie miękkie jak aksamit, głowa pracująca szybciej niż procesory w Dolinie Krzemowej i ta niesamowita, czysta hokejowa inteligencja.
Ale zmiana warty dotyczy czegoś innego. On nie wraca tu jako król na białym koniu. To nie jest już jego drużyna i on to doskonale wie. Władzę przejął młody, genialny Connor Bedard. Dzieciak, który do tej pory musiał robić złoto z niczego, dostaje do pary gościa z absolutnego topu.
Dla mnie ta historia ma cudowny wymiar. To trochę tak, jakby dojrzały, doświadczony przez życie mistrz rzemiosła usiadł przy jednym stole z młodym, nieokrzesanym geniuszem. Jeden nie musi już nikomu niczego udowadniać, drugi dopiero buduje swój pomnik. Prawdziwa sztafeta pokoleń.
I jasne, menedżer Blackhawks podjął decyzję z pistoletem przyłożonym do skroni przez zniecierpliwionych kibiców - bo ile można przegrywać i kazać ludziom czekać na lepsze jutro? Ale ryzyko jest tu znikome, a potencjalna wygrana ogromna.
Kiedy w listopadzie Kane przejedzie przez niebieską linię i stanie na wznowieniu tuż obok Bedarda, hala w Chicago dosłownie odleci w kosmos. Nawet największym ligowym marudom, tym typom, co na weselu krytykują rosół, na sekundę zastygnie w gardle jad. Będą mieli miękkie kolana jak wszyscy inni. Bo piękno sportu właśnie na tym polega, kiedy legenda podaje krążek nowej erze. I nagle cała ta przeszłość i przyszłość zderzają się w jednym, cholernie głośnym „teraz”!
Trwa ładowanie...