Słoweniec, który udowodnił, że da się podbić Los Angeles bez robienia z siebie pajaca.

Obrazek posta

Zawsze miałem słabość do ludzi, którzy potrafią usiąść w jednym miejscu, zapuścić korzenie i po prostu robić swoje. Bez ciągłego rozglądania się za czymś lepszym, bez wiecznej gorączki zmiany statusu, bez szukania trawy, która po drugiej stronie płotu wydaje się bardziej zielona.

Współczesny świat wprost oszalał na punkcie elastyczności. Zmieniamy prace jak rękawiczki, przesuwamy palcem po ekranie telefonu w poszukiwaniu lepszych opcji, a lojalność stała się pojęciem pachnącym lekko naftaliną. I wtedy wchodzi on - Anze Kopitar. Facet, który dwie dekady temu przyjechał z malutkiej Słowenii do fabryki snów, jaką jest Los Angeles i po prostu został tam na 20 lat.

Właśnie ogłoszono, że 24 lutego przyszłego roku pod halą w Miście Aniołów stanie jego pomnik, a koszulka z numerem 11 powędruje wysoko pod sufit.

Dla kogoś, kto nie żyje sportem, to pewnie po prostu kolejna informacja z działu "zagraniczne ciekawostki". Ale zatrzymajcie się na chwilę. Pomyślcie o kolesiu, który przez dwie dekady budził się w tym samym mieście, zakładał tę samą bluzę i codziennie wykładał na stół najwyższą możliwą jakość. Ponad półtora tysiąca meczów. Dwa Puchary Stanleya wzniesione w mieście, które wcześniej kojarzyło się z hokejem głównie dzięki temu, że Wayne Gretzky przyleciał tam kiedyś helikopterem.

Kopitar nie był typem gwiazdy, która trafia na okładki kolorowych magazynów za sprawą skandali. To raczej ten cichy lider, który na weselu nie tańczy na stołach, ale gdy trzeba pomóc przestawiać krzesła albo odwieźć wszystkich bezpiecznie do domu, robi to bez mrugnięcia okiem. Na lodzie potrafił zneutralizować największych wirtuozów rywali, samemu wykręcając kosmiczne liczby, a po meczu dziękował sędziom i z klasą zbijał piątki. Trzy nagrody dla największego dżentelmena ligi nie biorą się znikąd.

I wiecie, co w tym wszystkim jest najpiękniejsze? Że w kalifornijskim słońcu, pośród palm i hollywoodzkiego pozerstwa, kibice pokochali właśnie skromnego chłopaka z Jesenic.

Luc Robitaille, prezydent Kings, powiedział piękne słowa o tym, jak Anze ukształtował tożsamość całej organizacji. Ale powiedzmy sobie szczerze - w gruncie rzeczy chodzi o coś prostszego. O poczucie bezpieczeństwa. Przez dwadzieścia lat fani w LA wiedzieli, że niezależnie od tego, jak bardzo wali się świat wokół, "Kopi" wyjdzie na lód i da z siebie wszystko.

 

 

Kiedy w lutym odsłonią jego odlew z brązu obok legendarnego Gretzky’ego czy Boba Millera, to nie będzie tylko hołd dla liczb w statystykach - choć 1316 punktów robi gigantyczne wrażenie. To będzie pomnik wystawiony cierpliwości, klasie i etyce pracy. Recepta na sukces, która w naszych czasach brzmi niemal jak starożytny sekret.

Chciałbym wierzyć, że gdzieś tam młodzi ludzie patrzący na ten brązowy posąg zrozumieją jedną rzecz: można być najlepszym na świecie, nie robiąc przy tym zbędnego hałasu.

📅 Watro już teraz zapisać sobie tę datę - 24.02.2027 r. mecz przeciwko Montreal Canadiens. Oglądacie ze mną?

Zobacz również

Koniec ery potulnych chłopców. Młodzi nie chcą już czekać w kolejce po swoje.
Świat pędzi, wszystko się rozpada, a ten facet wciąż robi swoje. I robi to najlepiej na...
Czy to koniec epoki dżentelmenów, którzy wiązali się na całe życie?

Komentarze (2)

Trwa ładowanie...