Czy to koniec epoki dżentelmenów, którzy wiązali się na całe życie?
Pokażcie mi kogoś, kto dziś z własnej woli podpisuje cyrograf na osiem lat, a wskażę Wam człowieka, który za chwilę będzie tego gorzko żałował. Przerabialiśmy to wszyscy: najpierw wielkie deklaracje, a po paru latach paniczny wzrok i pytania, gdzie podział się klucz do tej klatki. Zresztą nie musimy już gdybać. 15 września ten stary, poczciwy świat dożywotnich zobowiązań po prostu zwija żagle.
W NHL - tej szalonej i bezwzględnej machinie - mija właśnie ostatni miesiąc, w którym można podpisać legendarną, ośmioletnią umowę. Od września maksymalny kontrakt z dotychczasowym klubem wyniesie siedem lat, a dla tych zmieniających barwy - zaledwie sześć. Dla większości z nas zmiana o rok brzmi jak drobnostka, ale w tym biznesie to jak przejście z kredytu hipotecznego na krótki najem okazjonalny.
Świat przyśpieszył i nikt nie chce się już wiązać na wieki.
I wiecie, co jest w tym najciekawsze? Młode gwiazdy wcale nie płaczą za tą "ośmiolatką". Popatrzcie na tych chłopaków - Macklin Celebrini, Connor Bedard, Pavel Mintyukov czy Leo Carlsson. Wszyscy grzecznie podziękowali za dożywotnie obietnice i podpisali tak zwane "piątki". Dlaczego? Bo są cwani. Wiedzą, że sufity płacowe rosną, a rynek po pięciu latach wyrzuci ich na wyższy poziom finansowy. Quinn Hughes marzy ponoć o trzyletnim kontrakcie w Minnesocie tylko po to, żeby za chwilę móc zagrać w jednej drużynie ze swoim bratem Jackiem. Lojalność bezwzględna? Zapomnijcie. Dziś liczy się elastyczność, wolność i kontrolowanie własnego losu.
Ostatnim gościem, który załapał się na ten zabytkowy już, ośmioletni układ, okazał się - nieco niespodziewanie - Ville Koivunen z Pittsburgh Penguins. Dołączył do skromnego grona siedmiu sprawiedliwych tego lata. Czy ktoś jeszcze rzutem na taśmę wskoczy do tego pociągu przed 15 września? Szanse są mizerne. Cale Makar z Colorado pewnie mógłby dyktować warunki na stoisku z umowami, ale reszta ligowych tuzów albo ma już swoje lata (Kucherov, Crosby, Karlsson), albo utknęła w skomplikowanych negocjacjach, jak Jason Robertson, który wcześniej pogardził 15 milionami rocznie na 8 lat.
Patrzę na to wszystko i tak sobie myślę, że hokej po raz kolejny staje się pewnego rodzaju soczewką, w której odbija się nasza rzeczywistość. Nikt już dzisiaj nie buduje na dekady. Wolimy krótkie, intensywne projekty, szybkie zwroty z inwestycji i otwarte drzwi ewakuacyjne na wypadek, gdyby rzeczywistość przestała grać tak, jak lubimy.
Pytanie tylko, czy w tym nowym, sześcio i siedmioletnim świecie zostanie jeszcze trochę miejsca na sentymenty i prawdziwe legendy jednego klubu, czy za chwilę wszyscy będziemy zmieniać barwy tak często, jak aplikacje w telefonie.
I tak oto na naszych oczach pojęcie „stabilizacji” powoli trafia do tego samego muzeum, w którym leżą magnetowidy i telefony z tarczą. Dziś wolność mierzy się brakiem zobowiązań. Zostało nam elastyczne zarządzanie ryzykiem i wieczna gotowość do zmian. A że czasem w tym wszystkim brakuje jakiegoś stałego punktu oparcia? No cóż, za brak lęku przed uwiązaniem zawsze płaci się brakiem poczucia bezpieczeństwa.
Trwa ładowanie...