Nowe wieści ze szlaku. Jesienna Finlandia.
Witajcie!
Mamy dziś dla Was kolejne wieści ze szlaku. Kolejny update będzie jednak nieco inny, aby nie zanudzić Was powtarzalną formą. Tym razem to fragment z dziennika podróży - fragment z kolejnej książki.
Gdy miałem już sklejone pierwsze komory dziobowe, przystąpiłem do wstępnego pakowania. Na pierwszy rzut oka wszystko wskazywało na to, że uda się załadować cały ekwipunek na pokład. Wszak wszelkich bambetli było co niemiara! Skoczyłem jeszcze do sklepu, by uzupełnić zapasy przed trasą, a następnie spakowałem obozowisko na tyle, na ile się dało. Resztę zostawiłem na rano, tak że na miejscu pozostało już tylko to, co niezbędne. Wydra doczekała się nowej naklejki z aktualnym logotypem. Wstawiłem boilerek, aby zagrzać nieco wody. Rytualnie wyciągnąłem swoje lustereczko i nożyczki, po czym przystąpiłem do przycinania nadmiaru owłosienia, zarówno na brodzie, jak i na głowie. Wszak długie kudły to mordęga na jesiennym i zimowym szlaku. Schną długo po kąpieli, a do tego trudno nad nimi zapanować. Jedynym plusem ich posiadania jest odrobina większy komfort cieplny. I tak oto odmłodniałem o kilka lat, a przy okazji poczułem się lżejszy o kilogram. Nastawiłem jeszcze budzik na piątą rano, by móc nagrać wschód słońca, wypić poranną kawę (świętość!) i zjeść porządne śniadanie.
Budzik rozbrzmiał o piątej, zgodnie z planem, czyli dwie godziny przed wschodem słońca. Wynurzyłem się z namiotu. Nad wodą snuła się przenikliwa mgła, a na niebie, gdzieś w oddali, nad czerwonym horyzontem, przemykały niebieskie obłoki. Ustawiłem więc kamerę i wróciłem do namiotu. Po chwili w piecyku zapłonął ogień, a zaraz potem wnętrze wypełnił aromat świeżo parzonej kawy. Ze śniadaniem się nie guzdrałem — przygotowałem je tak szybko, jak tylko mogłem. Kawie za to poświęciłem należny jej, święty czas.
Gdy poczułem w nogach kofeinowy strzał, przystąpiłem do działania. Najpierw zwinąłem tarpa, który osłaniał przygotowany wcześniej ekwipunek. Potem przyszła pora na wnętrze namiotu. Śpiwór, karimata, łóżko. Elektronika, mata Nanooka. Następnie piecyk. Już po chwili wyciągałem śledzie, by móc zwinąć wszystkie linki odciągowe. Zaraz potem złożony i gotowy do transportu namiot wylądował nad brzegiem jeziora. Zniosłem tam również pozostałą część ekwipunku, która cierpliwie przeleżała całą noc pod tarpem.
Zwodowałem Wydrę i zacumowałem ją do drzewa. Na początek wrzuciłem na pokład jedną z komór dziobowych, ale gdy spróbowałem załadować skrzynię z elektroniką, mina mi zrzedła.
Szlag! Nic tu nie pasowało. Komora wydawała się za duża — podobnie zresztą jak skrzynia. Wszystko jakby urosło, napęczniało od wszechobecnej wilgoci. Po chwili mozolenia się z przesunięciem komory bardziej w stronę dziobu poddałem się i rozłożyłem ręce.
— Nie uda się tego wszystkiego spakować… — burknąłem pod nosem, spoglądając na zalegającą wokół stertę sprzętu. — Co teraz, myśl, beduinie…
Zacząłem sam siebie smagać językowym biczem. Jedynym rozwiązaniem, jakie przychodziło mi do głowy, była kolejna redukcja majdanu, który miałem ze sobą. Spojrzałem więc na mapę, a mój wzrok powędrował ku jednej z pobliskich wysepek. Załadowałem na Wydrę tyle, ile tylko się dało, i popłynęliśmy, zrezygnowani i wkurzeni, w nowe miejsce. Rozładowałem pokład i czym prędzej czmychnęliśmy po resztę sprzętu.
— Dwie kanadyjki… Dwa pełne pokłady. Jak ja to, kurwa, policzyłem…
Wściekły jak szerszeń dopłynąłem do wyspy, rozładowałem pokład i zacząłem układać wszystko tuż przy brzegu, tak aby nie biegać z całym majdanem po wyspie. Nad stertą sprzętu rozciągnąłem jeszcze tarpa, żeby nic nie zamokło. Prognozy nie napawały optymizmem, bowiem przez najbliższych kilka dni miało lać. Nieco dalej, tuż przy skalistym, urwistym brzegu, rozstawiłem namiot. Widok był cudny. Tylko to było piękne w całej tej sytuacji. Zgromadziłem jeszcze pokaźny zapas opału, złapałem kilka ryb i usiadłem do myślenia. Głowę zaprzątała mi jedna myśl: czego się pozbyć.
Nazajutrz, tuż przed nadejściem opadów, dorwałem się do bawełnianej flaneli. Zacząłem wycinać z niej formatki na podpinkę do namiotu oraz wkładkę do śpiworów. Jeszcze tego samego dnia zabrałem się za zszywanie ich w całość, a w trakcie pracy zdecydowałem, że podpinka nie będzie tak rozbudowana, jak pierwotnie planowałem. Jedynie część przy łóżku została zszyta z pełnych paneli, natomiast ta przeznaczona dla Nanooka została skrojona do połowy. Chodziło o to, aby w najzimniejsze dni nie ciągnęło mu po grzbiecie od dolnych ścianek namiotu. Z części znajdującej się przy piecu zrezygnowałem całkowicie. Po złożeniu podpinka zajmowała co najmniej o połowę mniej miejsca, niż zakładałem w pierwotnym projekcie. Jedno z głowy.
Dwa dni później przyszła pora na stary brezent. Po przeliczeniu posiadanych materiałów okazało się bowiem, że nie muszę wykorzystywać starego płótna. W dodatku woskowanego, ciężkiego i mało przydatnego podczas srogiej zimy. Z bólem serca przyszedł również czas na starego, wysłużonego tarpa, który pachniał setkami przygód i tysiącami przebytych kilometrów. Nic nie jest wieczne… I tak oto wieczorem, na skalistym brzegu, zapłonęło ognisko, które strawiło kawałki bawełnianej historii.
Kolejnego dnia wygrzebałem z komory ostatnie półtora litra impregnatu do tkanin i wsmarowałem go w dwa i pół metra oliwkowego brezentu. Materiał ten przeznaczyłem na nowego, niewielkiego tarpa o wymiarach 2 × 1,5 m. On również został okrojony o połowę względem pierwotnych planów. Ponieważ posiadałem namiot, którego front mogłem całkowicie otworzyć i rozpalić przed nim ognisko, nie potrzebowałem kolejnego pełnowymiarowego schronienia. Nowy tarp miał służyć jako płachta awaryjna, na wszelki wypadek. Miał też stanowić skromne zadaszenie nad suszarnią do mięsa albo niewielki daszek do prac gospodarczych, gdyby przyszło mi coś robić na zewnątrz podczas niepogody.
W ostatnim dniu przyjrzałem się jeszcze komorze bagażowej, w której mieściły się rzeczy do spania, odzież i tym podobne. Chwyciłem apteczkę, która zajmowała najwięcej miejsca, i zabrałem się za jej przegląd. Wszystko, co straciło ważność, wylądowało w palenisku, a to, co wciąż nadawało się do użytku, zostało zredukowane do niezbędnego minimum. W ten sposób udało mi się spakować do dwulitrowej apteczki, a dodatkowa, litrowa, była przeznaczona dla Nanooka. Miał tam wszystko, czego potrzebował: kropelki na kleszcze, płyn do usuwania kamienia nazębnego, maść do łap i inne leki na różnego rodzaju przypadłości. Rzuciłem jeszcze okiem na zalegającą kupkę sprzętu. Wyraźnie się skurczyła, co bardzo mnie ucieszyło. Dostrzegłem szansę na załadowanie całego majdanu na pokład.
Nazajutrz wreszcie wyjrzało słońce, dzięki czemu mogliśmy wyschnąć po kilku dniach ulewy. Przeprowadziłem ostatni przegląd gratów i dokonałem jeszcze kilku drobnych cięć. Zaczynało to wszystko wyglądać całkiem przyzwoicie, choć wciąż daleko było do tego, co chciałem osiągnąć. Nadal miałem ze sobą dwa razy za dużo rzeczy! Siedziałem więc nad brzegiem i dumałem, z czego jeszcze mógłbym zrezygnować. Co chwila Nanook trącał mnie nosem, jakby wyczuwał, że coś mnie przytłacza.
Wreszcie 28 września nadeszła pora na kolejną próbę. Po bardzo szybkim poranku zwodowałem Wydrę i zacząłem ją pakować — powoli, z rozmysłem. I tym razem wszystko zaczęło układać się pomyślnie. Dwie komory weszły bez problemu, podobnie jak skrzynia z elektroniką. Zaraz po nich do środka kanadyjki trafiły beczki z żywnością oraz wór transportowy ze sprzętem do pozyskiwania jedzenia. Wszystko zmieściło się bez najmniejszych problemów.
Na górę powędrowały panele fotowoltaiczne, nosidło i namiot. Działa! Uradowany dopakowałem jeszcze tylną część pokładu. Tam znalazły się upierdliwe narty, płozy oraz pulka. Nie zabrakło też flagi Laponii, którą obiecałem dostarczyć do Inari pewnej Niemce jakieś sześć lat wcześniej, kiedy płynąłem do Szwecji.
Na dziobie umieściłem jeszcze pluszaki Nanooka i przywiązałem karimatę. Wędkę natomiast wsunąłem tak, by mieć ją pod ręką, gdyby po drodze trafiło się obiecujące miejsce na złowienie czegoś na kolację. Gotowi!
Oboje założyliśmy kamizelki ratunkowe. Na komendę Nanook wskoczył na swoje miejsce, odcumowałem Wydrę i wszedłem na pokład. Zsunąłem wodery poniżej kolan i usadowiłem zadek na siedzisku. Dałem sobie chwilę na wyczucie w pełni załadowanej kanadyjki i oswojenie się z jej zachowaniem. Wreszcie chwyciłem za pagaj i kilkoma spokojnymi pociągnięciami wprawiłem cedrowe kanu w ruch.
Wyspa została w tyle, z każdą minutą stając się coraz mniejsza. Za to fala rosła i robiła się coraz bardziej upierdliwa. Gdy wypłynęliśmy zza szeregu wysepek i naszym oczom ukazały się otwarte wody jeziora Konnivesi, uderzył w nas silny wiatr. Woda podchodziła wysoko pod burtę, a fala stała się irytująco krótka i wysoka. W oddali dostrzegłem, jak zaczynają tworzyć się białe grzywy. Serce podeszło mi do gardła. Kucnąłem więc na kolanach i opuściłem zadek jeszcze niżej, by obniżyć środek ciężkości i poczuć się nieco stabilniej.
Im dalej od wysepek, tym fala stawała się bardziej upierdliwa. Zdanie to podzielał Nanook, któremu rozbijająca się o burtę woda chlustała prosto w pysk. Ja z kolei wypatrywałem chwili, w której pierwsza fala wleje się na pokład. Przemieściłem się więc bliżej trzcin, licząc na to, że tam fale będą choć trochę mniejsze. Ustawiłem się dziobem do fali i powolutku posuwałem się przez otwartą wodę, aż kątem oka dostrzegłem, jak wędka ześlizguje się z pokładu! Gwałtownie odwróciłem głowę. Korbka kołowrotka zahaczyła się o trzciny.
Szlag! Nie mogłem jednak zawrócić. Wybór był tylko jeden: albo kąpiel i wyławianie sprzętu, albo ratowanie wędki. Popłynęliśmy więc kawałek dalej. Zacumowałem w trzcinach i wylazłem na brzeg. Wciąż nie dowierzałem temu, co właśnie się odwaliło. Stałem tak, wpatrując się w fale, które stawały się coraz większe.
— Poczekać czy się rozpakować?
Sprawdziłem prognozę, ale ta była okrutna. Wiatr miał wiać aż do późnego wieczora, a następnego dnia miały nadejść deszcze. Zmizerniały zabrałem się więc za rozładowywanie pokładu, a zaraz potem za rozstawianie namiotu. Zaopatrzyłem nas w zapas wody, opału i rozpałki, po czym wygrzebałem dużą blachę na szczupaka. Z połamanej wędki przeznaczonej do łowienia podlodowego wykombinowałem coś w rodzaju szperacza. Na samej szczytówce zamontowałem na sztywno blachę, którą mogłem macać dno.
Wiatr nieco osłabł, więc ponownie zeszliśmy na wodę i podpłynęliśmy do miejsca, w którym wędka zniknęła pod powierzchnią. Przywiązałem Wydrę do trzcin i zacząłem macać dno, kawałek po kawałku. Niestety, nic z tego. Fala miotała nami na prawo i lewo, a wędki jak nie było, tak nie było. Jedynym pocieszeniem pozostawał fakt, że woda była stosunkowo płytka — miała około półtora metra głębokości. Przy dobrym świetle i bezwietrznej pogodzie istniała szansa, że uda mi się dostrzec ją na dnie. Wróciliśmy więc do obozowiska na wieczorną strawę i żeby ogrzać przewiane grzbiety. Z nadzieją na odnalezienie zguby.
Trwa ładowanie...