To boli bardziej niż przegrany mecz. Co właściwie stało się w piątek w Hockeytown?
Nawet ikony potrafią pęknąć. I nie ma w sporcie nic bardziej bolesnego niż moment, w którym miłość zmienia się w czystą wściekłość.
Piątkowy wieczór w Detroit miał być świętem, otwarciem nowego sezonu, czystą kartą. Zamiast tego kilkanaście tysięcy ludzi w Little Caesars Arena zgotowało swojemu wieloletniemu kapitanowi piekło, jakiego Hockeytown nie widziało od dekad.
Dylan Larkin - lokalny chłopak, gość, który przez lata ciągnął ten wózek na własnych barkach - wyszedł na lód w cywilnym ubraniu. Jest kontuzjowany, więc miał prawo zaszyć się w loży, wypić kawę i nie wystawiać głowy pod topór. A jednak wyszedł na prezentację składu. Chciał być z drużyną, nie chciał, żeby inni rezerwowi dostali rykoszetem.
I co dostał w zamian? Gigantyczną falę buczenia, która zalała trybuny szybciej niż Rangersi strzelający pierwszą bramkę.
Słuchałem tego i poczułem nieprzyjemny ścisk żołądka, który na pewno też znacie. Bo widzieć, jak kibice tratują własną ikonę, to jak patrzeć na rozwód rodziców po dwudziestu latach małżeństwa. Brudny, głośny i bezmyślny.
Ale czy jestem zaskoczony? Ani trochę. Złość w Detroit nie wzięła się znikąd. To nie był foch o jeden słabszy mecz. To był wybuch wulkanu po całym lecie absolutnego chaosu. Żądanie transferu przez Larkina było tylko pierwszym klockiem domina. Chwilę później ze stanowiska wyleciał sam Steve Yzerman - żywy bóg tej organizacji. Simon Edvinsson, który miał być filarem obrony, wciąż nie ma kontraktu i siedzi w domu, ale w domu, który ma w Szwecji... Drużyna weszła w sezon bez kapitana, bez sternika i - jak pokazała przegrana 0:2 z Rangers - bez pomysłu na grę.
Gdy Nowojorczycy wcisnęli pierwszego gola, z gardeł kibiców poniosło się głośne: „Sell the team!”(Sprzedajcie drużynę!). Chris Ilitch (dyrektor generalny i prezydent klubu) dostał rykoszetem za lata marazmu.
Kibice rzucili się na Larkina, bo był pod ręką. Bo poprosił o odejście. Ale powiedzmy sobie szczerze - ile można walić głową w ścianę i udawać, że ciągła „przebudowa” ma jakikolwiek sens? Trener Todd McLellan powiedział po meczu prosto z mostu: Dylan wiedział, na co się pisze, wychodząc na ten lód, i musi żyć z konsekwencjami swojej decyzji. McLellan dodał też, że po prostu po ludzku mu go szkoda.
Mnie też jest szkoda. Bo sport bywa brutalny, ale w hokeju granica między uwielbieniem a nienawiścią jest cieńsza niż lód na stawie w marcu. Larkin podjął decyzję, która złamała serca w Detroit. Kibice odpowiedzieli mu tak, jak umieją najlepiej - wywracając stolik i drąc się na całe gardło.
Pytanie tylko, co z tego znicza zostanie, gdy dym opadnie? Sezon dopiero się zaczął, a w Detroit już śmierdzi pogrzebową atmosferą. I jeśli ktoś w kierownictwie szybko nie znajdzie gaśnicy, to ten sezon spłonie, zanim na dobrą sprawę zdążymy się nim zachwycić.
Trwa ładowanie...