Iran liczy na wybory połówkowe do Kongresu - James J. Carafano

Obrazek posta

Kongres nie zakończy wojny z Iranem

Jak wybory do Kongresu w połowie kadencji prezydenckiej wpłyną na amerykańskie wysiłki na rzecz poskromienia irańskiego reżimu?

Prawdopodobnie w niewielkim stopniu. Prezydent Trump odniósł w wojnie przeciwko reżimowi na tyle duże sukcesy, że żaden Kongres, niezależnie od tego, która partia będzie go kontrolować, nie zażąda od niego oddania zwycięstwa przeciwnikowi.

Nie ma wątpliwości, że prezydent Trump uważa sytuację za opanowaną. Jego najnowsza uszczypliwość, że jeśli Irańczycy są w stanie zniszczyć jakieś miasto, powinni obrać za cel San Diego lub Los Angeles, była jednocześnie drwiną ze zdruzgotanej potęgi militarnej Iranu i wyrazem jego głębokiej pogardy dla sposobu zarządzania wielkimi miastami rządzonymi przez demokratów. Rzucona mimochodem podczas kampanii wyborczej uwaga, podobnie jak jego swobodna zapowiedź, że „wojna wkrótce się skończy”, pokazuje, jak niewielkie znaczenie przypisuje temu konfliktowi jako poważnemu tematowi politycznemu w wyborach do Kongresu. Skąd bierze się ta pewność siebie?

W ostatnich miesiącach prezydent słyszał głosy przedstawicieli obu partii, którzy nazywali jego kampanię nieudaną wojną z wyboru. Ta retoryka najpewniej niewiele się zmieni przed wyborami. Pomijając jednak całe to polityczne ujadanie, gdy członkowie nowego Kongresu obejmą mandaty w styczniu 2027 roku, zastaną Iran, który nie będzie w stanie zbudować broni jądrowej, zablokować cieśniny Ormuz, zagrozić sąsiadom zmasowanym ostrzałem rakietami balistycznymi ani kontrolować radykalnych ugrupowań działających w jego imieniu, które niegdyś bez przeszkód terroryzowały region.

Przeciwnicy prezydenta w Kongresie mogą nigdy nie przyznać mu zasług za żadne z tych osiągnięć ani nie upamiętnić kampanii przeciwko Iranowi na nowym łuku triumfalnym w Waszyngtonie. Mogą nawet dostrzegać wiele błędów i nadal krytykować sposób, w jaki naczelny dowódca sił zbrojnych prowadził działania. Uznają jednak również, że ze względów strategicznych i politycznych nie mogą dopuścić do tego, by Iran ponownie stał się tak niebezpieczną i destabilizującą siłą, jaką był zaledwie rok wcześniej.

Największy przegrany na świecie

Gdyby Teheran lepiej rozumiał amerykańską politykę, nie był tak zauroczony własną retoryką i potrafił czytać kalendarz, być może dostrzegłby, jak bezsensowna była strategia polegająca na przeczekaniu Donalda Trumpa.

Kiedy Trump pokazał, że w swoim dążeniu do upokorzenia Iranu nie zamierza oglądać się na wybory do Kongresu, Teheran powinien był zrozumieć, że jego gra jest przegrana. Prezydent odrzucił bowiem rozpowszechnione przekonanie, że należy wygasić wojnę przed amerykańskim Dniem Pamięci, aby obniżyć ceny benzyny przed świątecznymi wyjazdami i letnimi wakacjami.

Już sama groźba przedłużenia wojny o kolejne trzy miesiące, zanim amerykańscy wyborcy zaczną poważnie myśleć o głosowaniu po wrześniowym Święcie Pracy, oznaczała, że Stany Zjednoczone będą miały wystarczająco dużo czasu, by udrożnić cieśninę, zwiększyć presję gospodarczą i wzmocnić blokadę morską irańskiej żeglugi. Działania te podkopały resztki możliwości wywierania nacisku, jakie pozostały reżimowi. Teraz, gdy Trump pokazuje gotowość do prowadzenia tej gry tak długo, jak będzie trzeba, i ma już na koncie wymierne sukcesy, Irańczycy muszą wiedzieć, że nie zdołają przetrzymać Ameryki w wojnie na wyczerpanie, w której wszystkie straty ponosi Iran.

Tymczasem reżim dołożył kolejną porażkę do dotychczasowej katastrofy, nakłaniając Hutich do ofensywy. To ostatnie ugrupowanie działające w jego imieniu, które dysponowało znaczącymi zdolnościami wojskowymi i zajmowało ważną pozycję strategiczną. Jak się wydaje, jedynym rezultatem tego manewru było przesądzenie o upadku Hutich, gdy Saudyjczycy i siły rządu Jemenu przy amerykańskim wsparciu rozpoczęli miażdżącą kontrofensywę.

Jednocześnie Waszyngton niemal nie odczuwa presji międzynarodowej. Wpływy prezydenta w regionie są większe niż kiedykolwiek. Rozbicie irańskiego programu nuklearnego przez Trumpa spotkało się wręcz z aplauzem na forum ONZ, co uczyniło ten moment być może najgorszym dniem dla Teheranu w całej wojnie.

Podczas gdy prezydent demonstruje swoje globalne wpływy, wsparcie, jakie udało się uzyskać irańskiemu reżimowi, wygląda doprawdy żałośnie. Obejmuje ono niewielką pomoc ze strony Rosji i Chin oraz kurtuazyjne spotkania z Ormianami.

Przeciwnicy Trumpa mogą go nienawidzić do woli, ale czy miałoby sens zużywanie kapitału politycznego po to, by dać irańskiemu reżimowi kolejną szansę na odzyskanie sił? Sądzę, że nie.

Kolejny dzień w Ameryce

Tymczasem, bez prób przewidywania, kto po listopadowych wyborach przejmie kontrolę nad którą izbą Kongresu, najważniejsze tematy dzień po głosowaniu będą takie same jak dzień wcześniej: gospodarka i Trump. Wojna z Iranem nie odegra większej roli w żadnym z nich.

Gospodarka. „Przystępne ceny” pozostaną polityczną mantrą także po wyborach. Import ropy i gazu z Bliskiego Wschodu już wraca do poziomów sprzed wojny, a Stany Zjednoczone i inni dostawcy zwiększają podaż tak szybko, jak to możliwe. W listopadzie trudno więc będzie twierdzić, że wojna nadal wpływa na światowe ceny. Po bolesnych doświadczeniach ostatnich gwałtownych wzrostów cen energii warto też zastanowić się, jak daleko członkowie Kongresu będą mogli posunąć się w próbach pogodzenia potrzeby zapewnienia taniej i niezawodnej energii w wystarczających ilościach z zieloną agendą. Tym bardziej że administracja Trumpa będzie zwalczać wszelkie próby ograniczania wykorzystania paliw kopalnych i energii jądrowej oraz subsydiowania projektów związanych z odnawialnymi źródłami energii. Spory o politykę energetyczną i środowiskową, które jeszcze niedawno budziły ogromne emocje, w debacie o kosztach życia zejdą zapewne na dalszy plan. To znacznie ograniczy polityczną siłę sporów o wojnę z Iranem.

Trump. Nie miejmy złudzeń: niezależnie od wyniku tych wyborów rywalizacja w 2028 roku będzie referendum w sprawie Donalda Trumpa, bez względu na to, kto zostanie kandydatem republikanów, a kto demokratów na prezydenta.

Sama wojna prawdopodobnie znajdzie się już jednak poza głównym polem zainteresowania większości wyborców. Ci, którzy nienawidzą Trumpa, zapewne zawsze będą uważali ją za niepotrzebną i źle prowadzoną. Jego zwolennicy pozostaną przekonani, że postąpił słusznie. Pozostali zagłosują, kierując się innymi sprawami, i to właśnie ta grupa rozstrzygnie wybory w 2028 roku.

Ameryka i Bliski Wschód

Jeśli Kongres będzie bardziej skłonny do stawiania oporu, może przysporzyć Trumpowi wielu problemów w rozmaitych sprawach. Prawdopodobnie nie będą one jednak dotyczyć działań, które Stany Zjednoczone podejmą po wojnie, by wzmocnić swoją rolę w regionie i zapewnić mu większą stabilność, dobrobyt oraz bezpieczeństwo.

Może się więc okazać, że istnieje granica, poza którą żadna z partii nie będzie mogła utrudniać Trumpowi działań po konflikcie z Iranem bez zrażania do siebie wyborców. Jeśli politycy nie zachowają ostrożności, kwestia islamistycznych wpływów i pieniędzy w amerykańskiej polityce może otworzyć polityczną przepaść głęboką jak Wielki Kanion.

Republikanie i demokraci już wcześniej różnili się w sprawach polityki wobec Bliskiego Wschodu. W ostatnich latach zmieniło się jednak znaczenie nastrojów antyizraelskich i antysyjonizmu, których wpływ rośnie szczególnie na lewicy. Jeśli bardziej radykalne skrzydło partii pociągnie demokratów zbyt daleko w tym kierunku, może zrazić do siebie zbyt wielu umiarkowanych wyborców.

Antysemityzm bez wątpienia narasta, ale najnowsze badania Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego (AJC) pokazują, że ponad 70 procent Amerykanów uważa jego wzrost za problem. Nadmierne wykorzystywanie następstw wojny z Iranem w polityce wewnętrznej i próby zablokowania wysiłków Trumpa na rzecz przebudowy regionu mogą przynieść więcej strat niż korzyści.

Bliski Wschód zapewne nie stanie się szybko krainą mlekiem i miodem płynącą. Dopóki jednak Trump będzie unikał ugrzęźnięcia w długotrwałych konfliktach, a związek między wojną a kosztami życia będzie słabł, nawet Kongres zdecydowany ograniczyć jego władzę prawdopodobnie skupi się na innych sprawach.

Zobacz również

Zbrojeniowe ambicje Azerbejdżanu. Baku rozwija własną produkcję, poszerza partnerstwa i...
Junta wraca bocznymi drzwiami - Kacper Moskalczyk
"Karaluchy" przeciwko Modiemu - Stanisław Kopyta

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...