0-5-3. Marketingowy sukces i sportowa katastrofa.
Widzieliście te koszulki z dumnym hasłem „Here for the Rise”, sprzedawane kibicom w Filadelfii na otwarcie sezonu? Piękny marketing. Cudowna, chwytliwa opowieść o tym, jak to idziemy w górę, bo przecież w zeszłym sezonie był półfinał konferencji i nagle wszyscy poczuli się jak królowie życia. Problem w tym, że jedyne, co dzisiaj rośnie w Xfinity Mobile Arena, to ciśnienie u ludzi, którzy zapłacili za bilety. Bilans 0-5-3. Zero wygranych. Szorowanie po dnie.
Menedżer generalny Daniel Briere już w lipcu przebąkiwał, że po zeszłorocznym skoku ponad stan teraz prawdopodobnie klub zrobi krok w tył. Wszyscy jednak machnęli ręką - ot, taka tam asekurancka gadka działacza, żeby zdjąć presję. Ale Briere wiedział, co mówi. Bał się jednego: że chłopaki uwierzą we własną legendę, spoczną na laurach i uznają, że sukces należy im się z urzędu. I dokładnie to się stało. Drużyna weszła w sezon na absolutnym samozadowoleniu, a zderzenie ze ścianą było tylko kwestią czasu.
Pytanie brzmi: co z tym pasztetem teraz zrobić?
Pierwszy odruch tłumu? Wyrzucić trenera. Na trybunach już słychać gwizdy i żądania głowy Ricka Toccheta. Tylko spójrzmy na to na chłodno. Tocchet dopiero co rozpoczął drugi rok z pięcioletniego kontraktu opiewającego na ponad 26 milionów dolarów. Właściciele klubu raczej nie palą się do tego, by płacić facetowi fortunę za siedzenie na kanapie w domu, zwłaszcza że rok temu ci sami młodzi gracze robili przy nim życiówki. Zwalnianie go po ośmiu meczach to głupota. Jeśli do końca listopada sytuacja się nie zmieni - dobra, wtedy rozmawiajmy z toporem w ręku. Na razie sensowniej byłoby przewietrzyć sztab i podziękować ludziom odpowiedzialnym za ten żałosny Power Play, bo na to nie da się zwyczajnie patrzeć.
Drugi scenariusz to wymiana. Wyciągnięcie kogoś ze strefy komfortu. Trevor Zegras opowiada w wywiadach, jak bardzo wszyscy w szatni się kochają i że ta bliskość ich uratuje. Urocze, naprawdę, ale może właśnie w tym sęk? Może są dla siebie zbyt mili? Wstrząs w postaci oddania kogoś z młodych - czy to Michkowa, czy Foerstera - mogłoby ich wreszcie obudzić. Żaden hitowy transfer po wielką gwiazdę w stylu Quinna Hughesa nie wchodzi w grę, bo kto o zdrowych zmysłach chciałby dzisiaj dołączyć do tego pożaru w Filadelfii ? Ale handelek młody za młodego, żeby dać sygnał: „Panowie, kończą się żarty”? To ma sens.
Można też oczywiście rzucić na głęboką wodę kolejnych dzieciaków z AHL, ale to nie jest rozwiązanie na teraz.
A jeśli żaden z tych planów nie zadziała? Zostaje wariant najmniej widowiskowy, ale bardzo życiowy: pogodzić się z tym, że ten rok spisało się na straty. Przełknąć gorzką pigułkę, poczekać na wysoki numer w drafcie 2027 i przestać udawać, że Flyers są gotowi na podbój świata. Tylko że jeśli czwarty rok przebudowy kończy się walką o najgorsze miesjce w lidze, to znaczy, że gdzieś po drodze ten cały wielki plan po prostu roztrzaskał się o podłogę.
I to boli najbardziej. Największe głupoty robimy nie wtedy, gdy brakuje nam talentu, ale wtedy, gdy uwierzymy w opowieść o własnej wyjątkowości. W sporcie jest dokładnie to samo. Najtrudniej trzeźwieje się z zachwytu nad samym sobą.
Trwa ładowanie...