Pamiętacie lato 2015? Mam dziwne wrażenie, że właśnie oglądamy ten sam film.
Masz czasem przeczucie, że historia lubi zataczać koło? Że w sporcie - tak jak w życiu - pewne układy gwiazd porządkują się w identyczny wzór, chociaż aktorzy na scenie ciągle się zmieniają?
Lato 2015 roku. Washington Capitals ściągają z St. Louis Blues niejakiego T.J. Oshiego. 28-letni skrzydłowy, prawy uchwyt, kawał charakteru, gość do wszystkiego. Co było dalej? Puchar Stanleya trzy lata później, statut żywej legendy w stolicy i miłość kibiców, która przetrwała aż do jego niedawnego przejścia na emeryturę. A teraz spójrzmy na obecny sezon. GM Chris Patrick robi dokładną kopię tamtego ruchu: z St. Louis przychodzi Jordan Kyrou. Wiek? 28 lat. Pozycja? Prawoskrzydłowy z prawym uchwytem. Deja vu? Trochę tak, ale z bardzo ciekawym zwrotem akcji.
Bo Kyrou trafia do Waszyngtonu nie po sezonie życia, ale będąc na zakręcie. Ostatni rok w Blues to była dla niego prawdziwa droga przez mękę - kontuzja kolana, spadek formy, a nawet pierwsze od pięciu lat wylądowanie na ławce w roli zdrowego rezerwowego (healthy scratch). Media momentalnie węszyły sensację, plotki o transferze huczały, a sam zawodnik potrzebował po prostu świeżego powietrza. I dostał je. W pakiecie otrzymał też szansę, o jakiej marzy większość dzieciaków wychowanych przy hokeju: grę w jednym zespole z Alexandrem Ovechkinem, który mimo 41 lat na karku i rekordu Gretzky'ego w kieszeni, wciąż ma w sobie magię, która przyciąga jak magnes.
Ale nie oszukujmy się - to nie jest ckliwa opowieść o odbudowywaniu zaufania przy wsparciu wielkiego mistrza. Kyrou wchodzi do szatni, gdzie nie musi czuć się obco. Na siłowni wyciska ciężary z Tomem Wilsonem, a w obronie wita go Jakob Chychrun, z którym jeszcze za czasów juniorskich w Sarnia Sting dzielili marzenia o wielkim hokeju. Chychrun zresztą to najlepszy dowód na to, co Waszyngton potrafi zrobić z zawodnikiem na zakręcie - miniony sezon w wykonaniu obrońcy był po prostu kosmiczny (26 goli!).
Stolica zbudowała ekipę potężną, fizyczną i bezkompromisową. Kiedy masz w składzie wielkoludów pokroju Protsa czy Dubois, potrzebujesz kogoś, kto wjedzie w tercję z prędkością światła i minie rywala jednym zwodem. Kyrou ma ten dar. Jest dynamiczny, czuje grę i ma czysto strzezelecki instynkt, którego nie da się wyuczyć na treningach - trzy sezony z rzędu z minimum 30 golami na koncie nie wzięły się z przypadku. Trener Spencer Carbery nie dostał do rąk nieoszlifowany diament, ale gotowego "game-changera", który musi po prostu zrzucić z pleców ciężar ostatnich miesięcy.
Czy Kyrou stanie się dla Caps nowym Oshie’m? Statystyki mówią, że w tym wieku ma nawet lepszy start niż T.J., gdy meldował się w Waszyngtonie. Ale statystyki to tylko liczby na papierze. Najważniejsze jest to, czy 28-latek wykorzysta swój reset i udowodni, że zmiana otoczenia to czasem jedyne, czego potrzebujesz, by znowu wejść na szczyt. Ja stawiam, że w Waszyngtonie znowu trafią w dziesiątkę. A Wy?
Trwa ładowanie...