Czy szkoła to strata czasu?

Obrazek posta

Czy szkoła to strata czasu?

Po trzydziestu latach pracy w szkole powinienem chyba bez zastanowienia odpowiedzieć, że oczywiście nie. Tyle że widziałem już wystarczająco dużo, żeby nie bronić wszystkiego tylko dlatego, że odbywa się w szkolnym budynku.

Tak, w szkole można zmarnować czas. Ucznia i nauczyciela. Można przesiedzieć lekcję, przepisać kilka zdań, zaliczyć kolejną akcję i wyjść dokładnie z tym samym, z czym się przyszło. Można zrobić projekt, przy którym jedna osoba pracuje, trzy patrzą, a na koniec wszyscy są zadowoleni, bo powstało zdjęcie do opublikowania. Można też tak długo przygotowywać dokumentację dobrego nauczania, że na samo nauczanie zaczyna brakować czasu.

Nie zamierzam udawać, że tego nie ma.

Ale kiedy słyszę, że szkoła jest stratą czasu, bo „większość tej wiedzy nigdy mi się nie przyda”, mam ochotę zapytać, skąd właściwie ta pewność. W wieku trzynastu czy szesnastu lat człowiek już wie, czego przez następnych pięćdziesiąt nie będzie potrzebował? Ja w tym wieku nie wiedziałem nawet, że zostanę nauczycielem.

Nie wszystko musi się przydać wprost. Nie uczymy się wyłącznie po to, żeby później odtworzyć konkretną czynność w pracy. Żeby zrozumieć tekst, ocenić czyjś argument albo zauważyć, że ktoś opowiada bzdury, trzeba coś wiedzieć. Sam dostęp do internetu tego nie załatwia. Wyszukiwarka poda odpowiedź, ale dobrze byłoby jeszcze umieć ocenić jej sens.

Jednocześnie rozumiem ucznia, który pyta, po co coś robi. Sam zadaję to pytanie, kiedy dostaję kolejne szkolne zadanie, którego głównym efektem będzie potwierdzenie, że zostało wykonane. Trudno wymagać od młodych ludzi zachwytu nad każdą aktywnością, skoro my, dorośli, też doskonale rozpoznajemy zajęcia pozorne.

Tylko że między pytaniem „po co?” a stwierdzeniem „nie chce mi się” jest jednak różnica.

Na lekcjach biologii mogę przygotować doświadczenie, mikroskopy, materiał do obserwacji. Mogę wyjaśnić, pokazać i pomóc. Ale uczeń musi jeszcze przeczytać instrukcję, podjąć próbę, czasem coś poprawić. Jeżeli po pierwszej trudności odkłada wszystko i czeka, aż zrobię to za niego, to rzeczywiście może wyjść z lekcji z niewielką korzyścią. Czy dowodzi to jednak, że sama lekcja była bez sensu?

Mam wrażenie, że coraz częściej za wartościową edukację uznajemy taką, podczas której wszystko przychodzi łatwo i najlepiej od razu. Tymczasem zrozumienie czegoś bywa męczące. Ćwiczenie nie zawsze jest ciekawe. Własny błąd potrafi zirytować. Nie uważam, żeby trzeba było usuwać z nauki każde takie doświadczenie.

Piszę to również jako ojciec trojga dzieci. Nie oczekuję, że każde z nich będzie lubiło biologię tylko dlatego, że ja jej uczę. Mają różne zainteresowania i predyspozycje. Chciałbym jednak, żeby potrafiły odróżnić coś, co rzeczywiście nie ma sensu, od czegoś, co po prostu wymaga wysiłku. I żeby umiały powiedzieć również mnie: tutaj marnujemy czas, można to zrobić lepiej.

Szkoła powinna takie uwagi wytrzymać. Nauczyciel też. Samo „zawsze tak robiliśmy” jest słabym uzasadnieniem. Równie słabym jak „teraz robi się to nowocześnie”.

Czy szkoła jest więc stratą czasu? Bywa. I właśnie dlatego trzeba się przyglądać temu, co w niej robimy. Ale nie zgodzę się, że każda trudna lekcja, niepolubiony przedmiot czy wymagający nauczyciel "odbierają uczniowi życie".

Czasem po latach doceniamy coś, na co wcześniej narzekaliśmy. A czasem po latach nadal uważamy, że było bez sensu. Po trzydziestu latach w szkole potrafię wskazać przykłady jednego i drugiego.

Zobacz również

Zadania maturalne
Dla maturzystów
Sfrustrowany nauczyciel...

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...