Sfrustrowany nauczyciel...
Łatwo powiedzieć, że nauczyciel to zawód inny niż wszystkie. Trudno nawet z tym polemizować. Pracuje się przecież z ludźmi, którzy dopiero dorastają, uczą się odpowiedzialności, poznają swoje możliwości i ograniczenia. Słowo wypowiedziane w klasie potrafi zostać z człowiekiem na wiele lat. Dobrze poprowadzona lekcja może otworzyć przed kimś drogę, której wcześniej w ogóle nie brał pod uwagę. To jest odpowiedzialna praca. Czasami znacznie bardziej, niż widać z perspektywy szkolnego korytarza.
Tylko że w tych wszystkich opowieściach o wyjątkowości zawodu zadziwiająco łatwo znika człowiek, który go wykonuje.
Zostaje nauczyciel. Funkcja. Rola. Zbiór powinności.
Powinien rozumieć. Powinien wspierać. Powinien znaleźć czas. Powinien odebrać, odpisać, przyjść, zostać dłużej. Przecież chodzi o dzieci. Przecież to szczególna sytuacja. Przecież ten jeden raz można.
Problem polega na tym, że ten jeden raz ma w szkole bardzo wielu autorów. Każdy przychodzi ze swoją pojedynczą sprawą i każdy widzi wyłącznie ten niewielki fragment czasu, o który prosi. Kilka minut na rozmowę. Krótka odpowiedź wieczorem. Telefon w niedzielę. Obecność na kolejnym wydarzeniu. Z perspektywy jednej osoby to rzeczywiście może wyglądać niepozornie. Z perspektywy nauczyciela te drobne oczekiwania potrafią wypełnić całe popołudnie, wieczór i znaczną część weekendu.
A potem wystarczy powiedzieć: „Dzisiaj nie mogę”, żeby cała wcześniejsza dyspozycyjność przestała mieć znaczenie.
Pojawia się zdziwienie. Czasem pretensja. Czasem uwaga, że kiedyś nauczyciele mieli inne podejście. Bywa też najprostsze wyjaśnienie: widocznie komuś już się nie chce.
Bardzo wygodny sposób oceniania cudzej pracy. Zwłaszcza gdy samemu ustala się zarówno zakres oczekiwań, jak i kryteria zaangażowania.
Nauczyciel ma przecież własną rodzinę. Ma dzieci, które też chciałyby coś opowiedzieć. Ma bliskich, z którymi chce usiąść przy stole bez zerkania na telefon. Ma swoje sprawy, obowiązki i plany. Czasami ma zwyczajnie potrzebę, żeby przez kilka godzin nikt niczego od niego nie chciał.
I nie powinien musieć przedstawiać usprawiedliwienia, dlaczego po pracy chce być u siebie.
Szczególnie zastanawia mnie to w przypadku zawodu, którego przedstawicielom tak często przypomina się o znaczeniu relacji. Nauczyciel ma budować relacje z uczniami, dbać o kontakt z rodzicami, tworzyć atmosferę zaufania. Słusznie. Tyle że on również pozostaje z kimś w relacji. Jest rodzicem, mężem, żoną, synem, córką, przyjacielem. Te więzi także potrzebują obecności. Same się nie utrzymają dlatego, że ktoś wykonuje społecznie ważny zawód.
Dziecko nauczyciela nie ma mniejszego prawa do czasu swojego rodzica tylko dlatego, że w szkole czekają inne dzieci.
Brzmi oczywiście. A jednak wystarczy przejść od ogólnej deklaracji do konkretnej sytuacji, żeby pojawiło się mnóstwo zastrzeżeń. Bo akurat jest uroczystość. Bo uczniom będzie przykro. Bo rodzice liczą na obecność. Bo wszyscy inni przychodzą. Bo tak wypada.
W szkolnej rzeczywistości „tak wypada” potrafi znaczyć więcej niż jakiekolwiek ustalenia. Nie trzeba nawet powiedzieć wprost, że coś jest obowiązkowe. Wystarczy sprawić, żeby odmowa wymagała tłumaczenia, a obecność była jedyną odpowiedzią uznawaną za właściwą.
W ten sposób z dobrowolnego zaangażowania robi się powinność. Z czyjejś dobrej woli powstaje stała usługa, do której otoczenie szybko się przyzwyczaja.
Nauczyciel raz odpowie późnym wieczorem, więc następnym razem odpowiedź o tej porze jest już oczekiwana. Raz poświęci wolną sobotę, więc przy kolejnym wydarzeniu jego obecność wydaje się oczywista. Po pewnym czasie nikt nie pamięta, że to był dodatkowy czas. Zauważa się dopiero moment, w którym nauczyciel chce go zachować dla siebie.
Nie twierdzę, że w tej pracy wszystko da się zamknąć w sztywnym harmonogramie. Sam dobrze wiem, że nie. Są sytuacje wymagające reakcji, rozmowy, elastyczności. Są też wydarzenia, w których uczestniczy się z przyjemnością, bo chce się być z uczniami w ważnym dla nich momencie. Właśnie dlatego warto zostawić przestrzeń na własną decyzję. Zaangażowanie ma sens, kiedy wynika z przekonania. Pod presją staje się kolejnym obowiązkiem, nawet jeśli wszyscy uparcie nazywają je czymś pięknym.
Zresztą jakoś rzadko pytamy, jakim kosztem odbywa się ta nieustanna gotowość.
Widzimy nauczyciela, który przyszedł. Nie widzimy planów, które musiał zmienić. Widzimy, że odpisał. Nie widzimy rozmowy z własnym dzieckiem, którą właśnie przerwał. Widzimy, że został dłużej. Nie interesuje nas, kto i na co czekał na niego w domu.
Dopóki się zgadza, wszystko działa. Dopiero kiedy stawia granicę, zaczynamy dyskutować o jego powołaniu.
To słowo zresztą robi w edukacji niezwykłą karierę. Szczególnie wtedy, gdy trzeba uzasadnić kolejne oczekiwanie. Powołanie ma wyjaśniać, dlaczego nauczyciel powinien zgodzić się na więcej, przemilczeć zmęczenie, przełożyć prywatne sprawy i jeszcze zadbać o to, żeby nikt nie poczuł się urażony jego odmową.
Tymczasem odpowiedzialność zawodowa obejmuje również świadomość własnych możliwości. Człowiek stale zmęczony, rozdrażniony i pozbawiony odpoczynku nie staje się od tego lepszym nauczycielem. Może przez pewien czas spełniać więcej oczekiwań. To jeszcze nie znaczy, że będzie lepiej uczył.
Chciałbym, żeby zaangażowanie nauczyciela oceniano przede wszystkim po jego pracy. Po tym, czy przygotowuje zajęcia, potrafi wyjaśnić trudny problem, uczciwie ocenia, zauważa trudności i reaguje wtedy, kiedy powinien. Po tym, czy uczeń może liczyć na jego rzetelność.
Znacznie trudniej to ocenić niż sprawdzić obecność na imprezie albo godzinę odpowiedzi na wiadomość. Wymaga przyjrzenia się temu, co naprawdę dzieje się w klasie. Może właśnie dlatego tak chętnie sięgamy po prostsze miary.
Przyszedł, czyli mu zależy. Nie przyszedł, czyli lekceważy. Odpisał od razu, czyli jest zaangażowany. Odpisał następnego dnia, czyli trzeba się zastanowić nad jego podejściem.
Tyle że takie oceny niewiele mówią o jakości nauczania. Dużo więcej mówią o tym, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do cudzej dostępności.
Tak, nauczyciel to zawód inny niż wszystkie. Wiąże się z odpowiedzialnością, której nie da się sprowadzić do wykonania kilku czynności i odhaczenia obecności. Wymaga wiedzy, cierpliwości, konsekwencji i uwagi poświęconej drugiemu człowiekowi.
Ale wykonuje go człowiek, którego czas także ma wartość.
Chętnie mówimy, że nauczyciel powinien dawać przykład. Być może warto więc zaakceptować również taki przykład: można sumiennie pracować, szanować uczniów i jednocześnie powiedzieć, że wieczór spędza się z rodziną. Bez poczucia winy. Bez szczegółowego uzasadnienia. Bez konieczności udowadniania po raz kolejny, że człowiekowi zależy.
Wyjątkowość tego zawodu nie sprawia przecież, że w domu nauczyciela czekają mniej ważni ludzie.
Trwa ładowanie...