Bo reforma jest...
Coraz częściej mam wrażenie, że w dyskusji o polskiej szkole najłatwiej przychodzi nam ocenianie tych, którzy następnego dnia muszą wejść do klasy i poradzić sobie ze wszystkim, o czym w wywiadzie można po prostu nie wspomnieć.
Przeczytałem wypowiedź dr. Karola Dudka-Różyckiego i zatrzymałem się przy stwierdzeniu, że nauczycielkę należy zwolnić, a jej sytuację jeszcze opisać „dla przykładu”. Powodem miało być dyktowanie czwartoklasistom notatki przez dwie godziny, a następnie zrobienie kartkówki.
Nie zamierzam przekonywać, że to dobry pomysł na lekcje przyrody. Ale zanim zaczniemy odbierać komuś pracę i publicznie przedstawiać go jako przykład szkodliwej działalności, chciałbym wiedzieć, czy ktoś w ogóle sprawdził, co wydarzyło się w tej szkole.
Czy rozmawiał z nauczycielką? Obserwował jej zajęcia? Poznał klasę? Czy może wystarczyło, że dotarł do niego sygnał, a resztę można już było dopowiedzieć?
Bo chwilę po propozycji zwolnienia pojawia się refleksja, że być może zabrakło wsparcia, być może zawiódł nadzór, być może nikt nie powiedział tej osobie, jak ma pracować. Zastanawiająca kolejność. Najpierw publicznie proponujemy karę, a później zaczynamy dostrzegać, że właściwie niewiele wiemy o okolicznościach.
Od człowieka zajmującego się dydaktyką oczekiwałbym większej staranności. Szczególnie kiedy wypowiada się o cudzych kompetencjach zawodowych.
Czy ktoś zadał sobie trud, żeby sprawdzić, czy ta nauczycielka miała warunki do pracy w inny sposób? Ilu uczniów siedziało w klasie? Jakim sprzętem dysponowała? Czy miała materiały do doświadczeń, odpowiednią salę i możliwość uzyskania pomocy? A może znowu należało wszystko kupić za własne pieniądze, przynieść z domu i przygotować wieczorem, bo przecież nauczyciel powinien być kreatywny?
Czy ktoś sprawdził, czy w tej klasie nie było ucznia zachowującego się agresywnie? Takiego, którego zachowanie wymaga stałego nadzoru, bo w każdej chwili może zagrozić innym? W szkolnej rzeczywistości takie sytuacje się zdarzają. Wtedy rozdanie sprzętu, przeprowadzenie doświadczenia albo wyjście poza salę wymaga zupełnie innych decyzji niż podczas zajęć z grupą spokojnie współpracujących uczestników.
Nie wiem, czy tak było w tym przypadku. Dlatego pytam. Chciałbym wiedzieć, czy ekspert, który tak łatwo proponuje zwolnienie nauczycielki, również zadał sobie te pytania.
Nauczyciel odpowiada za to, co stanie się podczas lekcji. Jeśli dojdzie do wypadku, nikt nie będzie rozliczał autora efektownego pomysłu na nowoczesną edukację. Będzie rozliczany człowiek, który miał zapewnić bezpieczeństwo konkretnej grupie dzieci.
I właśnie dlatego tak drażni mnie opowiadanie o szkole z pominięciem warunków, w których ona działa.
Dzieci wychodzą w teren, robią projekty, nie siedzą w ławkach, doświadczają, więc jest świetnie. Tak wynika z przytoczonej wypowiedzi. A ja chciałbym wiedzieć, czego się nauczyły. Co potrafią wyjaśnić? Jakie zależności zrozumiały? Czy umieją samodzielnie wykorzystać to, co zobaczyły?
Samo wyjście z ławki nie jest jeszcze osiągnięciem dydaktycznym.
Można przez całą lekcję chodzić, zbierać, przelewać i pracować w grupie, a na końcu nadal nie rozumieć badanego zjawiska. Można też usiąść, wysłuchać wyjaśnienia, przeanalizować schemat, zapisać wniosek i rzeczywiście czegoś się nauczyć. Naprawdę warto oceniać efekty pracy, zanim ogłosi się sukces na podstawie jej formy.
Piszę to jako nauczyciel, który prowadzi doświadczenia, pracuje z mikroskopami i materiałem biologicznym. Wiem, ile takie zajęcia mogą dać. Wiem również, że mogę przygotować świetne doświadczenie, dokładnie je omówić, a część uczniów nadal nie będzie rozumiała, co z niego wynika. Wtedy trzeba wrócić do podstaw, jeszcze raz wyjaśnić, sprawdzić braki. Czasami uczeń musi się również czegoś nauczyć, coś zapamiętać i samodzielnie przećwiczyć.
Żadne doświadczenie nie wykona za niego całej tej pracy.
Mam za sobą również pracę projektową i wiem, że bez pilnowania wiedzy poszczególnych uczniów bardzo łatwo zachwycić się efektem grupy. Projekt został wykonany, prezentacja pokazana, zadania rozdzielone. Tylko później dobrze byłoby jeszcze zapytać każdego uczestnika, co z tego rozumie. I zaakceptować odpowiedź, nawet jeżeli nie pasuje do opowieści o sukcesie metody.
Zastanawia mnie też argument o czwartoklasistach, którzy dopiero kilka miesięcy wcześniej nauczyli się pisać. Jeżeli rzeczywiście tak było, to chyba mamy powód do szerszej rozmowy. Jakie trudności mają te dzieci? Jakiej pomocy potrzebują? Co zrobiono wcześniej, żeby przygotować je do kolejnego etapu nauki? Jak nauczyciel przedmiotu ma jednocześnie realizować treści i uzupełniać tak podstawowe braki?
U nas bardzo wygodnie przesuwa się odpowiedzialność na kolejnego nauczyciela. Dostaje klasę z określonymi trudnościami i ma sobie poradzić. Zainteresować wszystkich, nadrobić zaległości, dostosować pracę, przeprowadzić projekt i jeszcze dopilnować, żeby każde dziecko wyszło zachwycone. Jeśli się nie uda, można powiedzieć, że szkodzi.
Podobnie wygląda sugestia, że podział przyrody między kilku nauczycieli służy temu, żeby każdy dostał godzinę i był szczęśliwy. Można krytykować organizację, w której prowadzący nie współpracują, treści się powtarzają, a uczniowie nie widzą między nimi związku. Tylko najpierw trzeba sprawdzić, czy właśnie tak wygląda sytuacja.
Sama liczba nauczycieli niczego jeszcze nie rozstrzyga. Jeden prowadzący też może omawiać kolejne dziedziny w całkowitym oderwaniu od siebie. Kilkoro nauczycieli może dobrze zaplanować wspólną pracę. Warto zapytać o to dyrektora, poznać możliwości kadrowe szkoły i dopiero później wygłaszać oceny o szkodliwej działalności.
Ale oczywiście pojawia się zdanie, które ma zakończyć każdą dyskusję: przecież chodzi o dzieci.
Znam ten argument. Pada zwykle wtedy, kiedy nauczyciel zaczyna pytać o czas, pieniądze, wyposażenie albo granice własnej odpowiedzialności. Wtedy wystarczy przypomnieć mu o dzieciach i dalsza rozmowa zaczyna wyglądać jak dowód jego egoizmu.
Tymczasem warunki pracy nauczyciela są warunkami nauki ucznia. Projekt trzeba przygotować, materiały zdobyć, grupą się zaopiekować, efekty sprawdzić. Współpraca między nauczycielami również wymaga czasu. Tego wszystkiego nie załatwia zdanie o interdyscyplinarności.
A skoro już tak łatwo przychodzi odbieranie innym zawodowych kompetencji, pozwolę sobie na równie ostrą ocenę. Patrząc na prowadzone przez tego eksperta zajęcia, podczas których w rolę uczniów wcielali się nauczyciele, miałem wrażenie, że należałoby go zwolnić z bycia ekspertem od szkolnej rzeczywistości. Jako obraz prawdziwej lekcji była to dla mnie całkowita fikcja.
Dorośli nauczyciele rozumieją cel spotkania, potrafią czytać instrukcje, mają wiedzę i wiedzą, dlaczego powinni współpracować. W klasie szkolnej dopiero nad częścią tych umiejętności pracujemy. Mamy uczniów samodzielnych i takich, którym trzeba kilka razy wyjaśnić polecenie. Mamy różne tempo pracy, braki w wiedzy, trudności z koncentracją, odmowę udziału, czasami agresję. I z tą samą grupą pracujemy również wtedy, kiedy proponowana metoda nie przynosi oczekiwanych rezultatów.
Można podczas szkolenia pokazać wartościowy pomysł. Ale później trzeba jeszcze sprawdzić go z prawdziwymi uczniami i uczciwie omówić ograniczenia. To, że grupa dorosłych sprawnie wykonała zadanie, nie daje podstaw do tak łatwego osądzania ludzi pracujących w zupełnie innych warunkach.
Po trzydziestu latach w szkole mam coraz mniej cierpliwości do reformowania edukacji za pomocą zachwytów i oskarżeń. Potrzebujemy dobrych metod, rzetelnej oceny ich skuteczności i reagowania na złą pracę. Potrzebujemy również ludzi, którzy przed wydaniem publicznego wyroku zechcą sprawdzić, o czym właściwie mówią.
Jeżeli ekspert wymaga od nauczyciela rozpoznania potrzeb każdego dziecka, to sam powinien zacząć od rozpoznania warunków pracy nauczyciela. Inaczej jego propozycja zwolnienia mówi więcej o jakości tej ekspertyzy niż o jakości ocenianej lekcji.
Trwa ładowanie...