Opowieści o Daseanie – Wyprawa, rozdział VII, cz. I

Obrazek posta

 

Liście zaczynały już zmieniać barwę z soczystej zieleni w ogniste kolory wschodzącego słońca. Mieniły się złocisto-czerwono na brunatnych gałęziach drzew. I cicho szeleściły, gdy jesienny wiatr poruszał nimi, pędząc przed siebie niczym posłaniec z ważnymi wieściami. Zdawało się, jakby naprawdę był tak zagoniony, że nie mógł zatrzymać się ani na chwilę. Równie prędko minął elfy i ich statki dumnie prężące się na brzegu w oczekiwaniu na pierwszy rejs. Większość z nich była już gotowa do wyprawy, a kilka ostatnich budowniczowie mieli ukończyć w ciągu tygodnia. Pozostało jeszcze zapakowanie zapasów oraz ekwipunku na pokład, a potem marynarze mogli wyruszyć ku nowemu lądowi.

Mieszkańcy Ojczyzny wytrwale pracowali przez całe dnie i noce, by przed nadejściem zimy doprowadzić do końca wszystko, co niezbędne. Wyglądało na to, że zaraz po roztopach będą mogli sami wejść do łodzi i w końcu popłynąć na Kontynent.

Dasean każdego dnia patrzył na konstrukcje z coraz większą dumą i radością. Tak oto jego marzenie – i nie tylko jego – miało się ziścić. Jeszcze tylko krótka chwila, może dwie i wyruszą. Jakiś cichy głosik w głowie sugerował mu, że podróż będzie możliwa przed pierwszym śniegiem. Przecież co stało im na przeszkodzie poza przestrogami Eliama? Należeli do rasy elfów. Silnych i zwinnych. Tych, których nic nie mogło pokonać. A z pewnością nie byle morze.

Wiedział jednak, że Opiekun nie zezwoli na wcześniejszą wyprawę. Będzie próbował ich powstrzymać. Poza tym większość marynarzy popierała go. Nie zamierzali wyruszać przed nastaniem wiosny. Dlatego syn Maseana musiałby poszukać chętnych na wykonanie zwiadu. Przecież warto byłoby się najpierw rozeznać w sytuacji na Kontynencie. Jedna łódź w zupełności by wystarczyła. Razem z braćmi i siostrami przybiliby do brzegu, znaleźli bezpieczny teren na osiedlenie się i przygotowali wszystko na przybycie pozostałych. Tak, to był całkiem dobry plan.

– Coś ci znów chodzi po głowie – Fissean nawet nie krył dezaprobaty w głosie.

– Nawet nie wiesz co takiego, a z góry przekreślasz mój pomysł – prychnął młodszy brat.

– Pamiętaj, że znam cię nie od dziś.

Obaj siedzieli na plaży, odpoczywając od pracy przy łodziach i przygotowań do podróży. Nawet elf potrzebował czasami chwili wytchnienia. Dłuższy czas żaden z nich nie odezwał się słowem, aż w końcu Fissean rzekł:

– Mów, jaki masz pomysł.

– Zbierzmy ochotników, weźmy jeden statek i ruszmy na zwiad na Kontynent – wyrzucił z siebie jednym tchem Dasean, jakby tylko czekał na to pytanie. Oczy błyszczały mu z przejęcia i pragnienia, by już zaraz wsiąść na pokład i wypłynąć. Liczył, że brat podziela jego pragnienie i wspólnie zabiorą się za przygotowania. Nawet nie brał pod uwagę innej możliwości. Tym bardziej zabolały go kolejne słowa Fissena.

– Nie mówisz poważnie, prawda?

Entuzjazm Daseana znikł szybciej niż błyskawica na niebie.

– Nikt nie wyrusza zimą w podróż przez morze. Większe fale, silniejszy wiatr zdolny przewrócić statek, możliwe oblodzenie pokładu… Mam wymieniać dalej? A co jeśli ktoś wypadnie za burtę? Lodowata woda nie sprzyja przeżyciu.

Młodszy syn wymamrotał coś niewyraźnie pod nosem, pokręcił głowa i machnął ręką. Zamierzał odpuścić sobie dalszą rozmowę. Skoro nie mógł liczyć na aprobatę i pomoc brata, nie chciał dłużej drążyć tematu. Ale ten nie uważał wątku za zakończony.

– Załóżmy, że zdołałbyś dotrzeć do brzegu Kontynentu. Co dalej? Przecież tam też będzie panować zima. Jak zdobędziesz pożywienie? Gdzie znajdziesz schronienie?

– Eliam wspominał o drinach. Udamy się do nich. Powinni nas przyjąć, podzielą się zapasami.

– Jeśli was przyjmą – zaznaczył Fissean.


 

Następna część

Poprzednia część

OpowieścioDaseanie opowieść elfy fantasy Wyprawa podcast

Zobacz również

Tak nie w smak, że czasu brak
Opowieści o Daseanie – Wyprawa, rozdział VII, cz. II
Opowieści o Daseanie – Wyprawa, rozdział VII, cz. III

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...