Wigilia. Może zamiast wyklepanych życzeń, tym razem opowiadanie.
Wigilia
Wyjrzałam przez okno. Smutno, smętnie za oknem. Śnieg przykrył cienką warstwą już kilka dni temu okolicę. Nie świeży, nie skrzący się jak na pocztówkach, tylko przydeptany, zmęczony, zszarzały od butów i soli. Mój dom stał cichy schowany w bocznej uliczce, jakby wiedział, że tego dnia nie wolno mu rzucać się w oczy swoją ponurą aurą.
Czy lubiłam tę ciszę?
Nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym. Wiedziałam, że była uczciwa. Nie obiecywała niczego, ale też niczego nie zabierała.
Wstałam wcześnie, choć nie było po co. Przyzwyczajenie zostało mi po nim. Zawsze powtarzał, że w Wigilię nie wolno się spieszyć, bo wtedy wszystko się rozlewa, plącze i wypacza. Barszcz, myśli, wspomnienia. Dwa lata minęły od jego pogrzebu, a ja wciąż łapałam się na tym, że stawiałam dwa kubki. Jeden dla siebie, drugi dla kogoś, kto miał zaraz wejść do kuchni i zapytać, czy kawa już gotowa.
Nie była.
Już nigdy nie będzie. Jak nie będzie też jego uśmiechu.
Zajęłam się potrawami, chociaż teraz już wiem, czy będzie komu je podać.
Przyzwyczajenie.
Przygotowania szły mi powoli. Kapusta gotowała się niemal bezszelestnie, jakby nie chciała narzucać swojej obecności. Uszka leżały równo na desce, ulepione zbyt starannie, bo kiedy człowiek robi coś tylko dla siebie, ma za dużo czasu. Choinka stała w kącie pokoju. Mała, skromna, bez czubka, z kilkoma aniołkami na gałązkach. Postawiłam ją bardziej z obowiązku niż z potrzeby. Kilka bombek pamiętało jeszcze czasy, gdy dzieci były małe. Jedna miała wyszczerbiony rant, inna startą farbę. Nie wyrzucałam ich nigdy. On mówił, że przedmioty też mają swoją pamięć.
On. Mój nieżyjący Mąż.
Na kredensie stało jego zdjęcie. Jedno z tych, których się nie zmienia, nawet jeśli ramka dawno wyszła z mody. Patrzył na mnie spokojnie, z tym lekkim uśmiechem, który pojawiał się u niego tylko wtedy, gdy był naprawdę szczęśliwy. Zrobione latem, w ogrodzie. Opowiadał o dawnych rowerowych wyprawach. Wtedy jeszcze wierzyliśmy, że wszystko przed nami. Choroba przyszła nagle. Cicho. Bez ostrzeżenia. Zabrała go szybciej, niż zdążyłam się nauczyć życia z nią.
Przysiadłam na chwilę przy stole. Obrus był biały, wyprasowany. Pod nim siano. Tak jak zawsze. Tak jak uczyła mnie moja matka. Pomyślałam o niej i o ojcu. O ich dłoniach, spracowanych, ciepłych. O tym, jak ojciec zawsze odkładał opłatek na końcu, jakby chciał mieć pewność, że nikogo nie pominął. Teraz miałam łamać go sama.
Syn zadzwonił dwa dni temu. Krótko. Wojskowo. Powiedział, że nie przyjedzie. Granica. Służba. Obowiązek. Przeczuwałam to od tygodni, a jednak zabolało, bo powiedział to pierwszy raz. Zapewnił, że myśli. Że przyjedzie, jak tylko będzie mógł. W tle słyszałam wiatr. I coś jeszcze.
Krzyki? Strzały?
A może to napięcie, którego nie chciał mi przekazać. Odłożyłam telefon ostrożnie, jakby mógł się rozbić na miliony matczynych trosk.
Córka nie zadzwoniła.
Nie pierwszy raz.
Dziesięć lat ciszy to już nie jest przypadek, to osobny stan świadomości. Zaczęło się od kilku słów. Potem było ich za dużo, a może za mało? Jedne wypowiedziane, inne tylko pomyślane. Żadna z nas nie umiała się cofnąć. Wybaczyć.
Bo rzuconego kamienia i wypowiedzianych słów nie da się już cofnąć. Można tylko … przyjąć na siebie ból. Gdy umarł jej ojciec, nie przyjechała. Wtedy pękło coś we mnie, czego już nie próbowałam składać. Zbyt bolało.
Sąsiedzi przyszli po południu. Mili ludzie, młode małżeństwo z dwójką dzieci. Zaprosili mnie do siebie. Mówili, że nie wypada siedzieć samej. Że zawsze znajdzie się miejsce. Uśmiechałam się, dziękowałam, odmówiłam. Skłamałam, że czekam na dzieci. Że potwierdziły swój przyjazd. Nie chciałam być cieniem przy ich stole. Nie miałam też nic, co mogłabym im dać. Prezent wydawał mi się ważniejszy niż własna obecność.
Zostałam sama.
Usiadłam przy stole, gdy zapadł zmierzch. Zapaliłam świecę. Płomień drżał, jakby nie był pewien, czy wolno mu świecić tylko dla mnie. Wzięłam opłatek, przełamałam go na trzy części. Jedną położyłam przy talerzu męża, drugą przy pustym miejscu syna, trzecią przy brzegu stołu, tam, gdzie kiedyś siadała córka.
Łza spadła na obrus, zostawiając ciemną kropkę. Nie ocierałam jej. Pozwoliłam, żeby była.
Zgasiłam świecę. Już miałam sprzątać stół, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Pierwsze było ciche, jakby ktoś nie był pewien, czy wolno.
To byli sąsiedzi. Z dziećmi. Przynieśli prezent. Zrobiony przez najmłodszych. Papier krzywo przyklejony, kokardka za duża. Dzieci weszły bez skrępowania. Śmiały się. Jedno z nich od razu podeszło do choinki i zapytało, czy mogą ją ubrać. Kiwnęłam głową, bo nie byłam w stanie mówić. Łza stanęła mi w oku. Jedna. Potem druga. Nie wstydziłam się ich.
Choinka nagle ożyła. Kolory. Śmiech. Ruch. Dom, który jeszcze godzinę temu był pusty, zaczął oddychać. Pulsować.
Nie zdążyliśmy usiąść, gdy znów ktoś zapukał.
Tym razem mocniej.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam syna. W mundurze. Zmęczonego. Zarośniętego. Uśmiechniętego. Obok niego stała jego żona, a na rękach trzymała małego chłopca w czapce zsuniętej na oczy. Syn powiedział tylko, że dostał przepustkę. Że musiał przyjechać. Że inaczej by nie wytrzymał.
Synowa podała mi pudełko z ciastem. Powiedziała, że to te, które on najbardziej lubił. Zapach był dokładnie taki, jaki pamiętałam. Kawy, kakao, czegoś słodkiego i znajomego.
Ktoś zaczął nucić kolędę. Cicho. Niepewnie. Potem dołączyli inni.
I wtedy zapukano trzeci raz.
Na schodach stała kobieta w eleganckim płaszczu. Z małym chłopcem, trzymającym ją za rękę. Włosy miała takie same jak kiedyś. Tylko oczy inne. Zmęczone. Przestraszone. Spojrzała na mnie i powiedziała jedno słowo.
- Przepraszam.
Nie odpowiedziałam od razu. Po prostu ją objęłam. Dom był pełen światła. Zapachu kawy. Głosów. A gdzieś między tym wszystkim, zupełnie cicho, jakby nie chciało przeszkadzać, wróciło poczucie, że Wigilia jednak potrafi znaleźć drogę. Nawet wtedy, gdy człowiek już przestał jej szukać.
Spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia,
życzy
Skryba ze swoimi redakcyjnymi Skrzatami.
Trwa ładowanie...