Podsumowanie wydarzeń (1-11 stycznia)

Obrazek posta

Zapraszam na podsumowanie ostatnich wydarzeń. Poniższy tekst obejmuje okres 1-11 stycznia. Kolejne podsumowania będą obejmować okresy jednego tygodnia.

 

CO TAM, PANIE, W RZĄDZIE?

 

Nic dobrego.

Tusk uwalił reformę Państwowej Inspekcji Pracy autorstwa ministry pracy Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. 

Przypomnijmy. Rząd Morawieckiego wpisał jako kamień milowy oskładkowanie umów śmieciowych. Tusk jednak uznał to za wylanie dziecka z kąpielą i w 2025 roku rząd przeprowadził rewizję KPO. Zamiast oskładkowania śmieciówek PIP miał zyskać uprawnienia, aby przekształcać takie kontrakty w umowy o pracę.

No i kilka dni temu Tusk powiedział, że tego też nie będzie i elo.

Wywołało to ferment w koalicji. Reforma ta jest istotna dla elektoratu lewicy. No i ogólnie dla ludzi - przeszło milion Polaków pracuje w oparciu o umowy cywilnoprawne lub na fikcyjnym samozatrudnieniu. Czasem jest to decyzja pracownika – szczególnie dotyczy to wysoko opłacanych specjalistów, którzy chcą skorzystać z niższego klina podatkowego i są w stanie wynegocjować sobie inne benefity. Jednak mniej wykwalifikowani pracownicy są często wypychani na umowy śmieciowe. Można więc powiedzieć, że z tego obrotu spraw ucieszy się biznes oraz bogatsi, a załkają biedniejsi. 

Pięknie sedno sprawy podsumował portal Rynek Zdrowia: „Lekarze odetchnęli, salowe rozczarowane”.

Tuskowi w tej reformie nie spodobało się to, że miała ona dawać inspektorom PIP-u zbyt szerokie uprawnienia. Zmiana formy zatrudnienia miała zapadać na mocy decyzji administracyjnej, bez kontroli sądu.

To wszystko nie znaczy, że żadnych zmian prawa w tym zakresie nie będzie i KPO przepada. Reforma ma być pisana od nowa, tym razem zajmie się tym duet Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Waldemar Żurek. Prawdopodobnie zostanie osiągnięty jakiś zgniły kompromis, gdzie poza decyzją inspektora będzie wymagana zgoda sądu albo samego prezesa PIP-u. Dla pracowników może to oznaczać dodatkowe miesiące oczekiwania na sprawiedliwość. 

 

CO TAM, PANIE, W WIELKIM PAŁACU?

 

Nawrocki zawetował kolejne trzy ustawy. Na liczniku ma już zatem 23 weta – po niecałym półroczu prezydentury. Dla porównania, Duda w ciągu dekady skorzystał z tego instrumentu 19 razy.

Najważniejsza z zawetowanych ustaw to ustawa wdrażająca unijny akt o usługach cyfrowych (DSA).

Kością niezgody okazał przepis dotyczący możliwości blokowania nielegalnych treści w internecie.

Ustawa dawała szeregowi podmiotów (policji, prokuraturze, Krajowej Administracji Skarbowej, straży granicznej, a także zwykłym internautom) możliwość wysłania wniosku o blokadę treści, jeśli ich zdaniem łamią one prawo.

Katalog zabronionych czynów podlegających ustawie został jasno określony. Chodzi o 27 kategorii przestępstw, w tym między innymi groźby karalne, pochwałę pedofilii, oszustwa, namawiania do samobójstwa, propagowanie ideologii totalitarnych oraz nawoływanie do nienawiści i znieważanie na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych.

Wniosek o blokadę treści rozpatrywałby UKE oraz KRRiT. Jednak autorzy treści nie byliby bezbronni wobec tych urzędów. Dzięki poprawkom senatu decyzje nie miałyby natychmiastowej wykonalności – autorzy w ciągu 14 dni mieliby prawo odwołania się do sądu. 

W takim wypadku usunięcie treści nastąpiłoby wyłącznie po wyroku niezawisłego sądu.

Wszystko to nie przekonało Nawrockiego. Nazwał tę ustawę administracyjną cenzurą i porównał ją do systemu opisanego w „Roku 1984” Orwella.

Jednak cytowani przez serwis Prawo.pl eksperci nie zostawiają na prezydencie suchej nitki. „To weto polityczne, nie merytoryczne” – mówi Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon. Podobną opinią wyraziła Rada Polskich Mediów.

Każdy dzień dostarcza nam kolejnych powodów do tego, aby założyć cyfrowym gigantom chomąto. Na początku stycznia Grok, chatbot AI powstały z inicjatywy Elona Muska, kolejny raz oszalał. Użytkownicy Twittera wklejali zdjęcia kobiet i prosili Groka o to, by rozbierał je do bikini. Grok posłusznie uczestniczył w tej przemocy seksualnej. Obleśne przeróbki dotyczyły także małych dzieci.

A na TikToku atrakcyjne, młode Polki agitowały za polexitem, kręcąc zasięgi liczone w setkach tysięcy odsłon. Nie głupota była tu jednak zasadniczym problemem. Te panie nie istniały; zostały wygenerowane przez AI. 

Komisja Europejska wszczęła w tej sprawie postępowanie.

Wracając jednak do Nawrockiego – weto to niejedyna rzecz, przez którą znalazł się na afiszu.

Prezydent spotkał się z uczestnikami Pielgrzymki Kibiców w Częstochowie. Przywitał ich okrzykiem „Czołem, kibice”. Serdecznie też uściskał się z jednym z nich. 

Jak ustaliła Wirtualna Polska, prezydencki uścisk przyjął niejaki Dragon, wielokrotnie karany przywódca gangu kiboli Jagiellonii Białystok. W 2024 został nieprawomocnie skazany na 6 lat więzienia za propagowanie nazizmu, kierowanie gangiem i pobicia, teraz czeka na wyrok drugiej instancji.


CO TAM, PANIE, NA PRAWICY?

 

Rok źle się zaczął dla Krzysztofa Bosaka. Powróciła sprawa jego „studiów” na Collegium Humanum.

Według śledztwa portalu Goniec.pl przed rozpoczęciem studiów Bosak miał się spotkać z byłym rektorem uczelni, skompromitowanym Pawłem C. oskarżonym o fałszowanie dyplomów i kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Od razu został przeniesiony z pierwszego na trzeci semestr studiów. Portal powołuje się także na informatorów, wedle których kolega Bosaka z Młodzieży Wszechpolskiej miał chodzić za niego na zajęcia i zdawać egzaminy.

Wicemarszałek sejmu odniósł się do sprawy i stwierdził między innymi, że „Wszystkie zarzuty mają charakter fałszywych plotek, insynuacji, pomówień i zwykłych kłamstw”.

A Konfederacja Korony Polskiej zbliża się w sondażach do Konfederacji właściwej. Rzesze wyborców zostały zahipnotyzowane przez głęboki głos Brauna i jego grandilokwentną mowę.

Problem w tym, że o ile Braun posiada przymioty czyniące jego szaleństwo bardziej przyswajalnym, o tyle w jego partii są także mniej bajkowe istoty. Wypowiedzi innych członków ugrupowania, mniej wycyzelowane pod kątem słownictwa, mogą wybudzić niektórych wyborców z szalonego snu.

W Radiu WNET Roman Fritz z KKP nazwał płacę minimalną szkodliwym rozwiązaniem. Płacę minimalną jako taką – wg niego wysokość wynagrodzenia powinna być regulowana w stu procentach przez wolny rynek.

Wypowiedź to głupia, ale przede wszystkim bardzo ryzykowna politycznie. Wiemy wszak z badań, że do Brauna odpływa głównie dawny elektorat PiS-u. Nie wydaje mi się, aby byli oni zachwyceni wizją tyrania w magazynie za psie grosze.


CO TAM, PANIE, W AMERYCE?

 


Chciałbym w tej serii pisać raczej o sprawach polskich. Niestety, przez Trumpa ciężko będzie mi się trzymać tego postanowienia.

Bo nie uwierzycie, co się stało. Donald Trump, laureat pokojowej nagrody FIFA, zaatakował Wenezuelę!

Amerykańskie wojsko przeprowadziło koronkową robotę. Ostrzelano obiekty wojskowe, 80 osób zginęło, a prezydent Maduro wraz z małżonką zostali schwytani, aresztowani w amerykańskim więzieniu, a następnie przeniesieni przed oblicze sądu. Za udział w narkoterroryzmie Maduro grozi nawet dożywocie.

Maduro nie ma co żałować. To dyktator, który trzymał się przy władzy dzięki sfałszowanym wyborom i doprowadził kraj do ruiny. Niewykluczone zresztą, że ta cała operacja wyjdzie Wenezuelczykom na zdrowie; na pewno wielu z nich świętuje obalenie samodzierżcy.

Mimo wszystko istnieje wiele powodów, aby z perspektywy Polski nie otwierać szampana.

Ta operacja jest symptomem pewnego większego zjawiska. Ładu międzynarodowego, który od jakiegoś czasu sypie się jak domek z kart.

Stany Zjednoczone nawet nie udawały, że to, co robią, jest legalne. Kiedy planowały inwazję na Irak, to ściemniały przed obliczem ONZ-u, że Saddam Husajn dysponował bronią masowego rażenia. Tutaj nic takiego nie było. Wystarczyła wola imperatora Trumpa.

W wywiadzie przeprowadzonym już po tej operacji Donald wyraził to wprost. „Nie potrzebuję prawa międzynarodowego. Ogranicza mnie jedynie moja własna moralność. Mój własny umysł. To jedyna rzecz, która może mnie powstrzymać”.

Stany wracają do doktryny Monroego, która we współczesnym wydaniu zakłada, że zachodnia półkula powinna być strefą wpływów USA. I to nie są publicystyczne bajania, tylko postulaty, które administracja Trumpa wyraziła w najnowszej Strategii bezpieczeństwa narodowego.

Po inwazji na Wenezuelę Trump zdążył już zagrozić interwencją Kolumbii i Meksykowi. Powtórzył także swoje stare przeboje na temat Grenlandii. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Grenlandia także leży na zachodniej półkuli.

Wenezuela była w sojuszu z Rosją i Chinami, ale wnioskowanie na tej podstawie, że ów obrót spraw musiał wielce zmartwić te regionalne potęgi, byłoby krótkowzroczne. Prawdopodobnie Putin i Xi Jinping uśmiechnęli się pod nosem. Oto powraca koncert mocarstw. Skoro USA rozpychają się w zachodniej hemisferze i wycofują skądinąd, to i my możemy wrzucić piąty bieg w naszych imperialistycznych dążeniach.

I tutaj zła wiadomość dla prawicy klaszczącej Trumpowi. Polska nie jest mocarstwem. Odchodzący ład międzynarodowy działał na naszą korzyść i pozwolił nam na kilka dekad bezprecedensowego rozwoju. Osiągnęliśmy 80% średniego PKB per capita UE. Szkoda byłoby to wszystko utracić.

Wszystko to unaocznia potrzebę bliskich związków z Unią Europejską. Sami jesteśmy pionkiem na globalnej szachownicy, jakże łatwym do rozegrania przez Trumpa czy Putina. Jako część wielkiego bloku mamy jednak szansę uchować się w tym paskudnym nowym świecie.

Tego jednak również prawica nie rozumie. 

Na szczególne wyróżnienie zasługują tu:

- Tomasz Sakiewicz, który zasugerował, że po obaleniu Assada i Maduro Trump powinien się wziąć za Tuska (w pierwotnej wersji tłita zamiast o Maduro napisał o Chavezie, nieświadom, że Hugo odszedł do domu Pana 13 lat temu);

- Mariusz Kamiński, który wrzucił wygenerowany przez AI obrazek Maduro prowadzonego przez amerykańskich żołnierzy i opatrzył go komentarzem: „Zobacz, Tusk, tak kończą dyktatorzy”;

- Arkadiusz Mularczyk, który skomentował wypierd Kamińskiego słowami: „Dyktatury zawsze kończą tak samo - upadkiem, odpowiedzialnością i rozliczeniem”.


KĄCIK PLOTKARSKI

 

Nie lubię freak fightów za promocję patologii i staram się ich nie komentować. Ale czasem jest ciężko...

Zwłaszcza wtedy, gdy kompromitują się tam rycerze prawicy.

W sobotę odbyła się jakaś patogala, nawet nie chce mi się sprawdzać nazwy federacji. No i wzięły w niej udział dwa konserwatywne tuzy.

Korczarowskiego możecie już kojarzyć. To szef kanału eMisja, niegdysiejszy członek sztabu Brauna oraz jego asystent, ekskomunikowany z tego środowiska za niesakramentalny związek z zamężną kobietą.

Z Marianną Schreiber.  

No więc Korczarowski obskoczył w weekend wciry, ale nie to nas ciekawi, tylko to, co stało się przed walką.

Na krótką przed galą wyciekły do internetu głosówki, na których Korczarowski chwalił Hitlera. Stwierdził, że Adolf miał ze wszystkim miał rację, Polska powinna iść z Führerem, jednak byliśmy głupi, postawiliśmy się mu i dostaliśmy to, na co zasłużyliśmy.

Początkowo Korczarowski nazywał to "parszywą manipulacją AI", ale potem przestał rżnąć głupa i pośrednio się przyznał

Nazista w bliskim otoczeniu Brauna? Ostatni raz byłem tak zaskoczony, kiedy po otwarciu lodówki zapaliła się w środku lampka.

Drugiego mózga możecie zaś nie znać, jeśli nie przesiadujecie na Twitterze. Otóż niejaki PapJeż Polak zmierzył się z Jasiem Kapelą.

Kim jest PapJeż? Najkrócej ujmując: nikim. A nieco szerzej: to twitterowy troll o poglądach konfiarskich, słynący z prymitywizmu i obrażania ludzi. Zagadką pozostaje, jak osoba pozbawiona jakichkolwiek przymiotów zdobyła ponad 100k subskrybentów. A może w tym właśnie tkwi sedno, w idealnie okrągłej bylejakości, z którą mogą się utożsamić rzesze osób o takich przekonaniach.

PapJeż zaczął się kompromitować jeszcze przed galą. Otóż kilka miesięcy temu on, zawołany redpiller krytykujący tatuaże u kobiet oraz wyśmiewający związki z samotnymi mamusiami… związał się z samotną, wytatuowaną mamusią. Potwierdziło to znaną prawdę, że spora część redillowców jest jak lis z bajki Ezopa pt. „Lis i winogrona”. Obrzydzają sobie to, czego – mimo chęci – nie potrafią zdobyć. 

Potem nadeszły konferencje przed galą. Na złośliwości PapJeż naraził się już swoją fizjonomią, budzącą skojarzenie z tym biednym dzieciakiem, któremu koledzy zabierali w szkole kanapki. Nie pomogło także jego zachowanie – ewidentnie się stresował, rzadko otwierał jadaczkę, przegrywał w potyczkach słownych i wyglądał tak, jakby marzył o natychmiastowej rejteradzie. 

Rodziło to komiczny kontrast z jego internetową kreacją. Sentencja „kozak w necie, pizda w świecie” została w tych dniach przywołana wiele razy. A nagranie, na którym drag queen Dżaga urządza mu połajankę, stało się viralem.

Mimo to PapJeż miał jedną istotną przewagę nad Kapelą. Przewagę masy - choć bynajmniej nie mięśniowej. PapJeż ważył o 24 kg więcej od drobniutkiego Jasia.

Jednak to nie pomogło. Walka okazała się cudownym zwieńczeniem ciągu papjeżowych kompromitacji. Ręka Kapeli powędrowała tego dnia ku górze. PapJeż zaś stał się (jeszcze większym) pośmiewiskiem twitterowym. 

Patogale można krytykować godzinami, ale jedno trzeba przyznać – to jedyne miejsca, gdzie polska lewica wciąż odnosi sporadyczne sukcesy.

Zobacz również

Nowy film o Berkowiczu
Film o Leszku Millerze
Istotne zmiany w nagrodach

Komentarze (2)

Trwa ładowanie...