Moja metodyka połowu ryb
Pomyśl tylko, Czytelniku, przed jakim wyzwaniem stajemy, gdy obozując w dziczy przez długi czas, musimy zmierzyć się z widmem stale kurczących się zapasów żywności. A do sklepu koszmarnie daleko… Spójrzmy na ten stan z punktu widzenia sprawnego stratega: przetrwanie wymaga tu uzupełnienia spiżarni o białko, tłuszcz i witaminy. W dziczy najłatwiej o ryby, dlatego są naszym filarem – najlepiej te tłuste, jak pstrąg czy lipień. Zanim jednak trafią one do solanki, a następnie zostaną poddane procesowi suszenia i wędzenia, musimy uruchomić w głowie precyzyjny plan. Moja taktyka pracy na wodzie to nie kwestia ślepego szczęścia, lecz wyrachowany model, w którym sukces jest wynikiem prostej kalkulacji:
sukces = ryba + lokalizacja + prezentacja.
W tej wielkiej grze o kalorie pierwszy warunek zazwyczaj nie wymaga od nas wielkiego trudu. W odludnych zakątkach, tam gdzie presja wędkarska jest znikoma, ryb bywa całe mnóstwo. Ale uwaga – natura potrafi płatać figle. Zdarza się bowiem, że odcięty od dopływów staw skrywa w sobie niewiele życia. Sam doświadczyłem tego pewnej jesieni, na jednym ze Skandynawskich jeziorek – tuż przed zimą, gdy złowiłem zaledwie tyle sztuk, że do ich zliczenia wystarczyłyby mi palce jednej dłoni. Bywa.
Aby wygrać tę partię, musimy więc postawić na odpowiednią infrastrukturę wodną. Doświadczenie nauczyło mnie, że jezioro nad którym się zatrzymujemy, powinno być przepływowe, połączone z siecią innych większych akwenów i – co najważniejsze – z rzeką. To właśnie w takim środowisku pstrąg potokowy (Salmo trutta m. fario) może dokonać swojej niezwykłej transformacji. Kiedy trafi do dużego jeziora, zmienia nie tylko swój wygląd, ale i całe życie, stając się pstrągiem jeziorowym (Salmo trutta m. lacustris). To tam, dzięki obfitości pokarmu, osiąga znacznie większe rozmiary, stając się celem zainteresowania głównie ze względu na dużą ilość tłuszczy.
Zastanówmy się jak potężnym systemem naczyń połączonych jest owa hydrologiczna sieć, dzięki której ryba może swobodnie się rozmnażać i wędrować w poszukiwaniu optymalnych warunków do życia. Wszystko zaczyna się w dopływach o odpowiednim przepływie wody i precyzyjnie określonym podłożu – to tam, w granulacji kamyczków mierzącej od 5 do 35 milimetrów, samica pstrąga znajduje swoje miejsce, by założyć tam gniazdo i złożyć ikrę. Ot, tyle i aż tyle, by przedłużyć trwanie gatunku.
Podmokłe łąki przy samym lustrze wody to w rzeczywistości wysoce wydajna wylęgarnia wszelkiej maści owadów, stanowiąca dla pstrągów istną letnią stołówkę. Jeśli dodamy do tego gęste połacie wielu rodzajów wodnych traw, będące domem dla rozmaitych ślimaków, mamy do czynienia z biologicznym strzałem w dziesiątkę. W tak perfekcyjnie skonstruowanym środowisku po prostu nie ma siły – ryba musi tam być. To czysta, przyrodnicza konieczność.
Lokalizacja
Jednak samo istnienie tak bogatej niszy nie kończy jeszcze gry. Tu właśnie pojawia się wyzwanie dla naszego intelektu i konieczność spełnienia drugiego, kluczowego warunku – „lokalizacji”. Krótko mówiąc: musimy teraz rozstrzygnąć kwestię niemal strategiczną, czyli odpowiedzieć na pytanie, gdzie dokładnie w tym gąszczu możliwości należy szukać ryby.
Są pewne wzorce i cykle, jakie zdarzają się w przyrodzie. Spójrzmy na to z punktu widzenia sprawnego stratega: gdy nastaje jesień, świat wokół nas gwałtownie się zmienia. Właśnie wtedy ostatecznie odpuszczam rzekę – tamtejszy dryft, tak obfity w lecie, chociażby podczas rójki owadów, staje się jedynie wspomnieniem. W tym czasie wszystko w naturze zwalnia, a wraz z tym wycisza się metabolizm ryb, które porzucają nurt w poszukiwaniu spokojnej wody.
Moja praca nie zaczyna się jednak od biegania na oślep po brzegu jeziora, lecz od chłodnej analizy map topograficznych terenu. To moje centrum dowodzenia: badam ukształtowanie brzegów jeziora, tropiąc te strome i urwiste. Ktoś teraz popuka się po czole: „Durny szuka ryb na brzegu!”. Ale to właśnie przy takich miejscach jest szansa na dołek lub spadek przy dnie. To właśnie tam, w głębokich rynnach i dołkach, ryba już niedługo będzie spływać z całej okolicy niczym do wielkiego wiadra. Ryba w tych miejscach szuka cieplejszej i bardziej natlenionej wody – kluczowego parametru w tej zimowej grze o przetrwanie. Przykładowo pstrąg, gdy temperatura wody spadnie w okolice 3,5°C, niemal się wyłącza: przestaje żerować i „przykleja się” do dna w spokojnym miejscu. To fascynujące – ryba pozbawiona pokarmu potrafi wytrzymać w tym stanie bardzo długi czas.
Aby jednak pomóc sobie i być skuteczniejszym, podczas każdego rejsu canoe zaprzęgam do pracy echosondę. Model echosondy który posiadam, tworzy dla mnie mapę głębokości jeziora, będącą w istocie częścią mojego planu działania. Dzięki niej wiem wszystko: czy w danej toni mieszka ryba, jakie jest dno – miękkie czy twarde – jaka jest temperatura wody, gdzie czai się roślinność, a gdzie zdradliwe zaczepy. Taka mapa to as w rękawie na okres zimowy. Gdy jezioro ostatecznie skuje lód, nie muszę już świdrować pierdyliarda dziur w poszukiwaniu dołków (i ryb). To klasyczne upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu: wygrywamy partię z naturą w myślach, zanim jeszcze w ogóle fizycznie staniemy na zamarzniętej tafli.
Podczas okresu połowów harmonogram działań musi być rygorystyczny – w tym kluczowym okresie ruszamy na łowy niemal codziennie, celebrując rytm poranków i wieczorów. Wszystkie obiecujące, głębsze punkty obławiamy w pierwszej kolejności, stosując jednak zupełnie inną taktykę niż w okresie letnim: narzucamy przynęcie wolniejsze tempo, z niemal chirurgiczną precyzją badając stoki i sąsiedztwo płycizn, czyli naturalne żerowiska.
W samej otchłani głębokiej wody ryby jednak nie szukam. Nawet jeśli tam przebywa, to siedzi „w domu”, zamknięta w bezpiecznej, niedostępnej twierdzy, gdzie złowienie jej staje się zadaniem niemal niewykonalnym. Mnie interesują osobniki aktywne, gotowe do podjęcia walki. Należy bowiem pamiętać, że pstrąg nie zawsze jest rybą „pierwszego rzutu”, choć rządzi nim bezlitosna matematyka: z każdym kolejnym posłaniem przynęty w to samo miejsce szansa na branie maleje o brutalne 25 procent. Oczywiście dzieje się tak przy założeniu, że nasza prezentacja – głębokość i szybkość prowadzenia, akcja, rodzaj przynęty oraz, w mniejszym stopniu, jej kolor – jest bez zarzutu.
Krótko mówiąc: nie dłubiemy bezsensownie w jednym miejscu, trwoniąc czas na jałowe próby. Naszą najpotężniejszą inwestycją jest tutaj mobilność i skupienie się na dokładnym obłowieniu jak największej ilości interesujących punktów.
Prezentacja
Wszystko drastycznie się zmienia gdy po jesiennym deszczu przychodzi nagły przybór wody. To moment, w którym nasz oręż zamontowany na agrafce musi urosnąć – w przeciwieństwie do czasu niżówki, gdy w głąb toni posyłamy coś znacznie mniejszego. Moją ulubioną przynętą staje się wtedy siedmiocentymetrowa imitacja pstrąga, doposażona w prowokujący akcent pomarańczowego fluo na brzuchu. Te „jarzeniówki” to nie kwestia przypadku, lecz prosta metoda na wyciągnięcie z letargu mało aktywne osobniki.
Woblery te, dzięki swojej agresywnej pracy, wytwarzają potężniejszą falę hydroakustyczną, co w całym tym „zamieszaniu” – gdy woda jest wysoka i niesie ze sobą niemal wszystko – pozwala rybie znacznie lepiej zarejestrować naszą obecność. Kiedy jednak słońce zalewa podwodne łąki, zmieniamy scenariusz: na scenę wkracza pływająca, pięciocentymetrowa imitacja myszy. Jest szara i dyskretna, pozbawiona "blików", które mogłyby odstraszyć czujną rybę. Tak więc dobierając przynęty tak, by idealnie naśladowały naturalny pokarm pstrąga w danym okresie, realizujemy trzeci, kluczowy punkt naszej strategii – „prezentację”.
Taktyka
Podczas pracy bezwzględnie dostosowuję działania do dyktatu aury, unikając jaskrawych, oświetlonych słońcem miejsc na rzecz tych skrytych w bezpiecznym cieniu. Spójrzmy na to wszystko także z punktu widzenia barometru – praca z nim to nasza absolutna podstawa. Trzeba zrozumieć, że ryba w swej biologicznej konstrukcji jest sto razy bardziej czuła na wahania ciśnienia niż nasza najbardziej precyzyjna aparatura.
Wszystko nabiera szczególnego tempa w porze podeszczowej, kiedy natura uruchamia swój swoisty łańcuch zdarzeń. Deszcz, spłukując pokarm z brzegów, niesie go mętnymi dopływami prosto w objęcia jeziora. To właśnie tam, w zawiesistej toni, wykluwa się nasza szansa na sowity połów – w mętnej wodzie cwane osobniki tracą swoją czujność i nie mają czasu, by dokładnie przyjrzeć się przynęcie. Kto pierwszy, ten lepszy! Mechanizm jest niemal mechaniczny: nagły przypływ pożywienia pobudza do żeru mniejsze ryby, a za nimi, w swym naturalnym instynkcie, wychodzą te większe, by polować na swoich mniejszych pobratymców.
Kluczowe jest więc wyczucie momentu. Najistotniejsza jest dla nas faza, w której poziom wody dopiero zaczyna rosnąć – to wtedy łowimy najskuteczniej. Kiedy przybór się ustabilizuje, o brania jest już znacznie trudniej. Trzeba się więc nauczyć symulować te scenariusze w myślach, by uderzyć dokładnie wtedy, gdy natura otwiera przed nami swoje najkrótsze okno możliwości.
Sieci
Gdy w końcu namierzę ten właściwy, rybny „spot”, od razu uruchamiam zaplanowaną sekwencję działań. Na odpowiedniej głębokości stawiam zestaw sieci, by zaraz potem ruszyć w poszukiwaniu kolejnych łowisk. Mój zestaw jest niezmienny: wędzisko, echosonda i żelazna taktyka obławiania.
Tak więc jeśli miejsce rokuje nadzieję na sukces, zestaw wontonów ląduje precyzyjnie na uskoku dna – w tej kluczowej strefie granicznej między płytką a głęboką wodą. Wybór tego punktu nie jest kwestią przypadku, to bowiem naturalne szlaki wędrowne ryb. Cała metodyka tego typu połowu opiera się na sprytnym wykorzystaniu rytmu dobowego przeciwnika: wczesnym rankiem, zanim jeszcze słońce ukaże się w pełnej krasie, ryba opuszcza bezpieczne dołki – swój dom – i wychodzi na stoki oraz płycizny w poszukiwaniu pokarmu. Podobny scenariusz jest wieczorem, gdy przy mniejszej ilości światła ryba czuje się bezpieczniejsza. Właśnie ta pora, zwłaszcza późną jesienią, to nasza szansa. Wtedy bowiem, po całym dniu, temperatura wody na płyciznach nieco się podnosi, a do głosu dochodzi miksja oraz kilka innych istotnych czynników.
Wymagającym testem dla naszej cierpliwości jest właśnie odnalezienie tych strategicznych punktów na mapie jeziora, zwłaszcza gdy jego dno przypomina niemal jeden, beznamiętny i równy blat. Spójrzmy jednak na ten problem z punktu widzenia czystej optymalizacji: gdy już zlokalizujemy te rzadkie enklawy życia, możemy z czystym sumieniem odłożyć wędki na bok. Ciężar łowienia przejmują wtedy sieci, dostarczając nam wystarczającej ilości pokarmu. Dzięki temu kupujemy najcenniejszą walutę: czas. Nie musimy już trwonić energii na bieganie za zdobyczą w strugach jesiennego deszczu czy przy porywistym wietrze, a możemy skupić się na innych zadaniach. Choćby na wędzeniu uprzedniego połowu.
Cały ten proces to na pierwszy rzut oka dość skomplikowana taktyka działań, która ma swój żelazny rytm. Ale z czasem wszystko wchodzi w krew. Sieci sprawdzam zawsze przed południem, realizując brutalną, lecz konieczną procedurę: wybranym rybom natychmiast łamię kręgosłupy i rozrywam skrzela. To zwyczajnie dbałość o jakość (i skrócenie cierpienia) – szybkie wykrwawienie to jedyny sposób, by krew nie zepsuła mięsa. Na brzegu zaś zajmuję się konserwacją sprzętu: oczyszczam sieci z patyków, a jeśli zajdzie taka potrzeba, ceruję ich oczka za pomocą kleszczki i bierki.
Następnie, korzystając ze wsparcia echosondy, zastawiam pułapki na nowo, z niemal chirurgiczną precyzją dobierając ich położenie. Operuję wontonami o wysokości 1,5 metra, a uwzględniając wahania poziomu wody sięgające 50 centymetrów, stawiam je precyzyjnie na głębokości od 0,8 do 1 metra. To jednak nie wszystko. Aby nie przetrzebić lokalnej populacji i nie zostać ostatecznie bez rybiego mięsa, stosujemy strategię rotacyjną: raz operujemy na jednym łowisku, raz na drugim, trzecim czy czwartym. Dajemy naturze „odpocząć”, czerpiąc z jej zasobów w sposób powściągliwy – dokładnie tyle, ile potrzebujemy, by przetrwać kolejne dni w dziczy.
Trwa ładowanie...