Muszę chcieć - czyli o fundamentalnej różnicy między wysiłkiem dobrowolnym a narzuconym | Styczeń 2026
Być może część Patronów pamięta czasy, gdy jako NWASD współtworzyliśmy kanał Korki. Miejsce poświęcone tematyce rozwojowej i skutecznej nauce dla ludzi młodszych - takich na etapie późnej podstawówki, liceum a może nawet na początku studiów.
Jednym z pomysłów na odcinki, które mogłyby się pojawić na tym kanale, było opisanie różnicy między wysiłkiem podejmowanym z własnej woli, a wysiłkiem narzuconym. Bo okazuje się, że - wbrew pozoro - czasem większy, dobrowolny wysiłek nie wyciśnie z nas tyle energii, co ten mniejszy, ale mimowolny.
Kanał Korki już od jakiegoś czasu nie ma nowych publikacji, natomiast pomysł pozostał i jest nie dość, że wartościowy, to jeszcze najzwyczajniej w świecie ciekawy!
Znasz ludzi, którzy mają mnóstwo na głowie i zawsze ogarniają? Mało tego, że ogarniają! Mają przy tym pozytywne nastawienie do życia, są energiczni i świetnie radzą sobie ze stresem. Prawdopodobnie jest ich dość mało w Twoim życiu i pewnie więcej znasz takich osób, które za wiele na głowie nie mają, problemy też raczej takie jak każdy, a z jakiegoś powodu są pozbawieni energii, przygnębieni i jakoś tak życiowo smutni…
Da się wyjaśnić ten paradoks. Paradoks, w którym wysiłek - pomimo, że jest go dużo - ma jakąś siłę porządkującą życie. Ale zanim to wyjaśnimy, koniecznie musimy wspomnieć jeszcze kilka słów na temat stresu.
Intuicyjnie wiemy, że nie każdy rodzaj stresu działa na nas tak samo. Czasem jest to napięcie paraliżujące, które pozbawia energii. A innym razem wręcz przeciwnie - jesteśmy nakręceni na jakieś wydarzenie i chociaż wiemy, że wiąże się ono z ryzykiem czy wysiłkiem, to jednak dążymy do tego z pełnym zaangażowaniem i dobrym nastawieniem. Z czego może wynikać ta różnica?
Aaron Antonovsky zaproponował pewną zmianę perspektywy w postrzeganiu chorób i dysfunkcji. Zamiast pytać, dlaczego ludzie chorują, zapytał o to, dlaczego wielu ludzi pozostaje zdrowych pomimo realnych, długotrwałych stresorów. To pytanie wyrastało z badań nad osobami, które przeżyły skrajnie trudne doświadczenia, a mimo to zachowały względnie dobrą kondycję psychiczną i fizyczną (mrugnięcie okiem w kierunku przywoływanego wielokrotnie na kanale VIktora Frankla).
Z tej zmiany perspektywy wyłoniła się koncepcja poczucia koherencji (sense of coherence). Antonovsky opisał je jako względnie trwałą orientację życiową, dzięki której świat nie jawi się jako chaotyczny i wrogi, lecz jako coś zrozumiałego, z czym można wejść w sensowną relację. Poczucie koherencji składa się z trzech elementów. Pierwszym jest zrozumiałość - przekonanie, że wydarzenia w życiu mają pewną strukturę i dają się pojąć, nawet jeśli są trudne. Drugim jest zaradność - poczucie, że dysponujemy zasobami, by sprostać wymaganiom, jakie stawia rzeczywistość. Trzecim, kluczowym, jest sensowność - pogląd, że warto angażować energię i swoje zasoby w pokonywanie kolejnych trudności.
To właśnie sensowność okazała się elementem decydującym. Antonovsky zauważył, że stresory same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Życie bez stresu nie jest możliwe - i nie byłoby rozwojowe. Problem pojawia się wtedy, gdy wymagania są przeżywane jako pozbawione sensu, narzucone i całkowicie niezależne od naszego wpływu. Bo nawet jeśli coś, co nas czeka, jest trudne, ale widzimy w tym sens i przede wszystkim mamy na to wpływ, to stres związany z tym doświadczeniem nie będzie mieć dla nas aż takiego znaczenia.
Innymi słowy - jakość i skutek stresu zależy od relacji człowieka z wyzwaniem, a nie od samej intensywności bodźca.
Ten mechanizm bardzo dokładnie opisuje teoria samostanowienia, rozwijana przez Edwarda Deciego i Richarda Ryana. Ludzie naturalnie dążą do autonomii. Autonomia w tym ujęciu nie oznacza całkowitej niezależności od innych, lecz poczucie bycia autorem własnych działań - przekonanie, że to, co robię, jest w jakimś stopniu “moje” (że mam na to wpływ).
Deci i Ryan pokazali, że to samo działanie może być regulowane na bardzo różne sposoby. Można coś robić dlatego, że się musi, bo ktoś oczekuje, bo grożą konsekwencje. A można też dlatego, że uznaje się to za ważne, sensowne lub zgodne z własnymi wartościami. Z zewnątrz oba te zachowania mogą wyglądać identycznie. A w każdym razie efekt może być identyczny - bo zarówno w pierwszym jak i w drugim przypadku dane zadanie będzie po prostu wykonane. Od wewnątrz są one jednak zupełnie innym doświadczeniem.
Te wyzwania, które są dobrowolne i podejmowane autonomicznie (a nie pod przymusem czy z konieczności) wiążą się ze znacznie mniejszym napięciem, większą wytrwałością w dążeniu do celu i bardziej pozytywnymi emocjami. Jeżeli natomiast dokładnie to samo zadanie i wyzwanie jest koniecznością, która nam się przytrafiła lub została narzucona, to może generować opór, zmęczenie i wypalenie.
Więc po raz kolejny potwierdza się reguła, że to nie doświadczenie samo w sobie jest źródłem stresu, ale nasza relacja z tym doświadczeniem - poczucie sprawczości i sensowności danego zdarzenia czy zadania.
Co istotne, teoria samostanowienia nie twierdzi, że autonomia i znalezienie sensu eliminuje wysiłek. Wręcz przeciwnie - działania autonomiczne często wiążą się z dużym kosztem energetycznym. Różnica polega na tym, że koszt ten nie rozbija psychicznej spójności. Wysiłek przeżywany jako własny nie uruchamia ciągłego napięcia obronnego. Organizm nie musi walczyć sam ze sobą. Dlatego ten sam poziom obciążenia może być przeżywany albo jako rozwijający, albo jako wyniszczający. To mniej więcej tak, jak gdy bardzo potrzebujesz i jednocześnie chcesz sobie coś kupić - zakup wiąże się z kosztem, ale nie wzbudza negatywnych emocji z powodu wydania sporej sumy pieniędzy. A zupełnie inaczej jest, gdy jesteś zmuszony wydać tę sumę, chociaż wcale nie masz na to ochoty - to już powoduje frustrację.
Pracownicy, którzy mają poczucie wpływu i autonomii, wykazują mniejsze wyczerpanie emocjonalne, nawet przy wysokich wymaganiach. Studenci uczący się z poczucia sensu lepiej radzą sobie z porażkami niż ci, którzy działają pod presją ocen. Co więcej, badania pokazują, że autonomiczność decyzji związanych z podejmowaniem wyzwań wpływa nie tylko subiektywne odczucie stresu, ale również reakcje fizjologiczne organizmu.
Biorąc oba przedstawione wcześniej podejścia i teorie pod uwagę, możemy wyciągnąć główny wniosek. Zdrowie psychiczne nie polega na unikaniu trudności, lecz na tym, czy te trudności i wyzwania dają się wpisać w sensowną narrację własnego życia, w którym mamy sprawczość. Wyzwanie, które jest postrzegane jako „moje”, nawet jeśli nie było pierwotnie wymarzone, ma zupełnie inny ciężar psychiczny niż obciążenie, wobec którego czujemy się całkowicie bezradni.
To rozróżnienie widać bardzo wyraźnie w codziennych sytuacjach. Ten sam wysiłek fizyczny może być źródłem satysfakcji albo udręki - w zależności od tego, czy jest treningiem rekreacyjnym czy przymusem. Ta sama odpowiedzialność w pracy może mobilizować albo paraliżować - w zależności od tego, czy mamy poczucie wpływu na kształt efektów. Nawet wstawanie rano, do którego każdy z nas był zmuszony chodząc do szkoły, wówczas nie przynosiło efektów i rodziło frustrację; a gdy dzisiaj wstajesz wcześnie z własnej woli, to czujesz się z tym zupełnie inaczej.
W tym sensie problemem nie jest ilość stresu i jego źródeł w życiu, lecz proporcja między wyzwaniami, które są przeżywane jako sensowne, a obciążeniami, które są wyłącznie narzucone. Gdy ta proporcja się zaburza, nawet niewielkie trudności zaczynają drążyć psychikę. Gdy jest zachowana, człowiek potrafi funkcjonować zaskakująco dobrze nawet w wymagających warunkach.
No i w sumie… co z tego? Bo te rozważania nie prowadzą do prostej recepty. Nie da się „wybrać” wszystkiego. Trudno jest zawsze widzieć sens w tym, co się dzieje. Ale pewne kroki można podjąć…
W praktyce pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, które działania w codziennym życiu są podejmowane wyłącznie w reakcji na naciski, a które mają choć minimalny związek z tym, co uznajemy za ważne. Nie chodzi o to, by natychmiast cokolwiek zmieniać, lecz by przestać traktować wszystkie obowiązki jako jednorodną masę „tego, co trzeba” - jako kolejne elementy na liście “do odhaczenia”. Samo nazwanie różnicy między wysiłkiem przeżywanym jako narzucony a tym, który jest choć częściowo autonomiczny, obniża napięcie i porządkuje doświadczenie.
Drugim krokiem jest poszukiwanie sprawczości tam, gdzie nie ma realnej możliwości wyboru samego zadania. W większości sytuacji da się wpłynąć na formę zaangażowania: sposób wykonania, kolejność działań, tempo pracy czy moment, w którym się za nią zabieramy. Te drobne decyzje nie zmieniają obiektywnego zakresu obowiązków, ale zmieniają relację z wysiłkiem i dają choćby minimalne poczucie wpływu. Autonomia bardzo rzadko zaczyna się od radykalnych zmian życiowych - częściej od małych, codziennych aktów decydowania o sobie.
Trzecim elementem jest świadome nadawanie znaczenia wysiłkom, które i tak muszą zostać podjęte. Nie zawsze da się odnaleźć w nich głęboki sens, ale często można przynajmniej uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego decydujemy się je ponieść. Przykładowo jakieś zadanie, które mamy do wykonania w pracy, wydaje się być bezsensowne, ale sam fakt chodzenia do pracy i wykonywania obowiązków już bezsensowny nie jest - bo… (i tutaj każdy może wstawić dowolne powody, od zarabiania na chleb, po zbieranie na studia dla dzieci). Więc nawet jeśli pozornie jakiś element naszej codzienności wydaje się być pozbawiony sensu, to często element ten po spojrzeniu na szerszy obrazek zaczyna być istotny. Jednym zdaniem - kieruj swoją uwagę bardziej na sens, niż na bezsens!
Ostatecznie zawsze w życiu coś trzeba, a nie “tylko” można. Dlatego warto być dobrze uzbrojonym na te momenty, w których trzeba, pomimo że się nie chce!
Trwa ładowanie...