Maski opadły
Maski opadły, kiedy Wojciech Czuchnowski oznajmił, że właśnie prokuratura w Legnicy zmiażdżyła śledztwo w sprawie pedofilii, a przy okazji wszystkich zainteresowanych treścią kilkuset stron tzw stenogramów. Wprawdzie nie chciał uderzyć w Gońca, ani w Grucę, no ale przecież wszyscy wiedzą, jak było i że Onet dał się oszukać o czym chodzi i mówi od dawna. Ciekawe, jak koledzy podziękują za taki nocny prezencik, ale jako że wali we mnie towarzystwo jak w bęben, to przecież cicho być się nie da.
Ja byłem cicho przez dekadę i właśnie mi się ulało. Wiem, że solidarność to już dziś słowo bez właściwości. Wiem, że nie ma już żadnego środowiska dziennikarskiego, które uznawałoby różnice poglądów, ale zarazem szanowało rzetelną pracę. Może nigdy go nie było, ale w sumie mało mnie to dziś obchodzi. Zależy mi natomiast na przyszłości i wiem, że bez ludzi odważnych i walczących o wartości, które wyznają wszyscy jesteśmy zgubieni. Tak to widzę drodzy państwo i po to piszę te słowa w środku nocy, żeby pokazać gdzie jesteśmy.
W ubiegłym tygodniu napisałem o ukrytym śledztwie w sprawie pedofilii, jaką miał ujawnić ktoś, kto w marcu 2023 wysłał prokuraturze stenogramy rozmów dwóch osób. Podpisał je jako RR i AP, a mimo wielu przestępstw o których rozmawiali, prokuratura wszczęła śledztwo ws. pedofilii. Dlaczego? To proste. Art. 240 kk nakazuje informować o uzasadnionych podejrzeniach dotyczących pedofilii pod groźbą kary więzienia. To ten artykuł może za kraty wysłać połowę episkopatu i byłych hierarchów kryjących zboczonych księży. Ten kto zamiast sprawdzić informacje lub przekazać je dalej będzie udawał, że niczego nie widzi, może w przypadku udowodnienia sprawy zostać oskarżony i mimo że w ślimaczym tempie, dziś już to się dzieje.
Wszyscy wiedzą, że to artykuł kodeksu, którego jestem wielkim zwolennikiem. Być może to skłoniło kogoś do napisania do mnie o stenogramach czyli historii, którą jak wielu z was zbagatelizowałem i niespecjalnie chciałem się zagłębiać w wydawało się lokalną historię z gierkami służb na pierwszym planie. Był luty 2024 roku, gdy Tomasz Siemoniak udzielał wywiadu z Radiu ZET i zapewniał, że ABW sprawdzi wszystkie doniesienia dziennikarzy Onetu i po kontroli zajmie stanowisko. To, Co stało się później, może wywołać w wielu z czytających ten tekst nie lada szok.
Ale po kolei.
Krótko mówiąc, dziennikarze Onetu i Superwizjera ujawnili, że ABW miało prowadzić inwigilację Roberta Raczyńskiego, prezydenta Lubina i jego podwładnego. Tak podobno zassano z telefonów ich rozmowy, które poza ogromem przestępstw narkotykowych, urzędniczych, łapówek i przekrętów zawierały też „drastyczne sceny obyczajowe”. W kwestiach tego typu jestem raczej turbo jastrzębiem, ale oceniam takie historie prosto i bez ceregieli. Gdy ktoś ma gębę pełną frazesów o rodzinie, a noce spędza z asystentkami musi się liczyć z denuncjacją. Jeśli jednak nie układa komuś życia, a zalicza piętnaście seksualnych partnerek nawet jako mąż z dwudziestoletnim stażem, to bon voyage, mi nic do tego. No chyba, że jest przemoc i krzywda, bo wtedy po prostu trzeba działać. To ważne, bo ustosunkowane osoby robią piekło w swoich domach a korzystając ze swej celebryckości, mogą bezkarnie krzywdzić słabszych, ile wlezie. Albo skrzywdzonym nikt nie uwierzy, albo będzie jeszcze gorzej. Ot. Taki świat.
Wracając do „drastycznych scen obyczajowych” pozwolę sobie przypomnieć, jakie cytaty dziennikarze jednak opublikowali. I to, nie uwierzycie, ale ręka w ręka jedni i drudzy, z dwóch zwaśnionych plemion, nagle niczym w bajce, zaczęli mówić wspólnie dokładnie to samo.
Najpierw onet/ Superwizjer zacytował tekst o modliszce.
Potem Nisztor, gospodarz programu, w którym Raczyński opowiadał banialuki o tym, jak sztuczna inteligencja napisała jego rzekome dialogi, w Telewizji Republika emitował charakterystyczne litery i drwił z Onetu i Superwizjera, że dały się oszukać, albo same oszukały, zależy kto co wyczyta.
Z litości oszczędzę przymiotników i nie będę rozpisywał, jakiż to wybór rzeczy najistotniejszych dokonał dziennikarski zespół, ale faktem było, że o tym, że stenogramy aż ociekają lubieżnymi tekstami, śliniących się do aniołków zboczeńców, jakoś nikt się nie zająknął.
Strasznie mnie to dręczyło, więc przeczytałem stenogramy od deski do deski i wypunktowałem nieścisłości i przekłamania. Nie wszystko się zgadzało, ale w rozmowach padało tyle tropów i faktów, że chyba nawet asesor czy stażysta byłby w stanie zaprojektować solidny plan weryfikacji. O ile wiem, nic takiego się nie stało.
Jest koniec roku 2024. Zaraz minie rok od publikacji a tu wszystko jest bardziej zagmatwane niż było na początku. Ale najważniejsze, mimo wagi problemu nikt się nim nie zajmuje. Poza jednym facetem, który wypisuje na x niesamowite, nie mieszczące się w głowie rzekome fakty o działalności kontrwywiadu, jakiejś operacji Lizbona, mafiach śmieciowych i … gwałconych dzieciach.
Gdzie była policja? Czy ktoś wszczął śledztwo? Czy ktokolwiek sprawdził, skąd wziął się ten jegomość i jak to możliwe, że jego rewelacje nie kończą się niczym. Mija dzień, tydzień i kolejne tygodnie, a facet pisze i pisze. Ale jakby to powiedzieć, pisze i pisze, zapowiada działania organów ścigania, a potem znów nic i nic.
Ten człowiek to Łukasz Bugajski. Powszechnie wśród dziennikarzy warszawskich mediów uznany za kogoś, kto jest przebierańcem czyli mówiąc potocznie, kimś podającym się za człowieka służb – w tym wypadku agenta ABW. Nie rozwieję waszych wątpliwości, bo sam w służbach nie jestem, nie współpracuję i nie przyjmuję suflowanych informacji, które chętnie transmitują rozmaite media. Nie powiem, kim jest Bugajski bo nie wiem. Mogę za to powiedzieć, że te informacje które przekazywał, przez wiele miesięcy weryfikowałem i nie udało mi się znaleźć jednego kłamstwa. Co gorsza, człowiek ten, poznaje mnie ze swoją żoną, jego pełnomocniczką i razem opowiadają o tym, jak ludzie związani z mafią śmieciową i dolnośląskimi układami politycznymi, szykują się do zemsty na ich rodzinie. Dziwne to wszystko i niebywałe. A potem będzie jeszcze dziwniej.
Pytam o pedo. Tak zaczyna się wielomiesięczna wędrówka po lubińskich zakamarkach i poszukiwanie dzieci. Dziś z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć jedno. W Lubinie i okolicach nie ma absolutnie niczego i nikogo, kto mógłby pomóc wykorzystywanym seksualnie dzieciom z problemami. Te dzieci niby są, a trochę jakby ich nie było. Rodzeństwa są rozrywane, Dzieciaki przerzucane. Rodziny rozczłonkowane. Czasem to ludzie schorowani, nieporadni, biedni. Często alkoholicy, przemocowcy, a nawet gwałciciele. Z takim bagażem przychodzą dzieci do RDD. Jak się do nich przebić? Jak zbudować zaufanie? Jak poradzić sobie z tym, by nie przekroczyć granicy i nie łamać np. prawa prasowego? Ciężka sprawa, bo z dziećmi generalnie rozmawiać można za zgodĄ opiekunów. A jak możemy porozmawiać z dziećmi, których opiekunowie są panami życia i śmierci, a ich grzechy kryją nadzorujący kuratorzy i inni urzędnicy. No jak?
Zostawmy to na chwilę. W 2018 napisałem książkę Hipokryzja. Pokazałem w sześciu rozdziałach, skąd się bierze bezkarność pedofilów w sutannach, jak bardzo wiąże się z polityką i jak przeplata się z historią kraju z papieżem i mitem mesjasza narodów, który obalił komunę, oczywiście przy drobnej pomocy Lecha i innych,
Wiecie po co ją napisałem? To też ciekawa historia. W 2008 roku pojechałem do Szczecina posprzątać. Nie było to sprzątanie świata, ale mozolna próba wyciągnięcia czegoś więcej z tematu księdza Dymera, którego dwóch dziennikarzy opisało jako potwora polującego na młodych chłopców. To jeden z ważniejszych tekstów jakie czytałem w życiu i historia, która w pewien sposób będzie mnie prześladować przez 13 lat. Tyle właśnie trwało doprowadzenie do ostatecznego rozstrzygnięcia kim był Dymer. A powiedzieć, że był pedofilem predatorem, to jakby nic nie powiedzieć. Dymer ucieka przed konsekwencjami na tamten świat. Umiera niby przez chorobę, ale jakoś dziwnie nagle dzień po tym, jak arcybiskup zdejmuje go z funkcji dyrektora szpitala.
Nie byłoby to możliwe, gdyby nie Hipokryzja i po to ta książka powstała, żeby nie dać zapomnieć i doprowadzić do sprawiedliwości. To był jej główny cel i został osiągnięty. Stało się to możliwe po tym, jak ujawniłem, że wciąż toczy się proces kościelny Dymera mimo że już wówczas trwał lat chyba z dwadzieścia. Nie dawało mi to spokoju, więc zacząłem męczyć Zbigniewa Nosowskiego i tak długo to robiłem, aż w końcu odnalazł w sobie żyłkę detektywa i zajął dziennikarstwem śledczym. W ten sposób potwierdził moje informacje i poszedł tropem, który skończył się serią publikacji w Więzi i filmem w TVN24, które zamknęły historię Dymera symbolicznym sprawiedliwym końcem. Sprawiedliwym, ale jednak nie dającym nikomu absolutnie pełnej satysfakcji.
Dziennikarze zgarnęli nagrody za dokonania, a ja dostałem nagrodę, którą było poczucie, że zachowałem się jak trzeba i nie pozwoliłem mu na bezkarność. Koszty były wielkie i realne, a ponieśli je m.in. główny informator Nosowskiego ojciec Tarscyjusz, ale to opowieść na inną książkę. Grunt, że poczułem wreszcie spokój z lekką tylko nutą goryczy, bo OKOpress, które uczestniczyło w śledztwie jakoś tak dziwnie zmarginalizowano i dziś nikt już nie wie, jaka była rola redakcji w sprawie. A była kluczowa, możecie mi wierzyć. O tej sprawie nikt nie chciał pamiętać, a zaciążyła na niej polityka i gry mecenasów ofiar pedofilii, które z kolei nadają się na mini serial.
Wracam do Hipokryzji, bo była kamykiem, który rozpoczął lawinę, która z kolei zmiotła Dymera wprost do piekła, gdzie zapewne prześladuje go chłopiec, który po jego opiece targnął się na życie i jak aniołek bez skrzydeł skończył życie na szczecińskim betonie,
Dziś taki kamyk przyniosła publikacja Gońca. Ku mojemu zdumieniu odkryłem, że prokuratura wrocławska po cichu przekazała śledztwo do Legnicy, a ta otrzymała opinię biegłych o stenogramach. Zanim o tej opinii, podzielę się z wami problemem, jaki zawisł nad stenogramami i sprawił, że sądziłem iż w najlepszym wypadku zostaną one uznane za niemożliwe do weryfikacji. Już piszę czemu. Otóż kiedy minęły tygodnie i miesiące od publikacji Onetu/ Superwizjera, a nikt nie ciągnął wątków tam rozpoczętych, Piotr Nisztor zdementował odkrycia o inwigilacji i niczym rzecznik ABW rozwiał sprawę pastwiąc się nad dziennikarzami, jacy to są beznadziejni a dając głos Raczyńskiemu. Potwierdzałem to dementi potem najwyżej jak się dało i faktycznie, nieoficjalnie ale jasno politycy zapewniali, że inwigilacji nie było. Co zatem działo się w Lizbonie jak nazywano Lubin w operacji prowadzonej i koordynowanej przez kapitana ABW? NIEOFICJALNIE źródla przekazywały, ze była to robota po godzinach. Obowiązującą dziennikarzy wersją było to, że stenogramy są wytworem sztucznej inteligencji. Kto przyjął te urągające inteligencji odbiorców tłumaczenia kolportowane przez Raczyńskiego i Nisztoa, nie wiem i nie chcę wiedzieć, bo sam się wstydzę i nie pojmuję jak mogło do tego dojść. Wiem za to, że skoro ludzie służb mówią, że to nie operacja ABW, to mamy tu do czynienia z gangiem mistrzów świata, dysponujących spec techniką, wyszkolonych w grach psychologicznych i malwersacjach równej maści, którzy robią co chcą, a udają jakieś służby.
Niby się to zdarzało w państwie PiS, ale hola hola. Jest już 2025 rok i ciągle Koalicja nie poradziła sobie z jasnym i jawnym rozliczeniem nadużyć nawet największej międzynarodowej afery Pegasusa. A skoro nie umie rozliczyć funkcjonariuszy, to jak można liczyć, ze ci średniej jakości oficerowie służb skutecznie rozliczą „przebierańców”? Trzyma się to kupy? Nie? To skomplikowane, ale i bynajmniej nie najważniejsze w tej historii. Tak się przynajmniej mi wydawało.
Konsekwencje takiego stanu rzeczy jest oczywiście to, ze skoro nie było inwigilacji ABW, to nie da się formalnie i zgodnie ze sztuką sprawdzić techniki należącej do służb. No bo niby jak i po co? Skoro nie było ABW to nie sprawdzamy ABW. A jak nie tam, to gdzie szukać? U Bugajskiego? No jakoś też nie, bo choć gada wszem i wobec, to jakoś tak dziwnie nikt nie chce go słuchać, nie chce się z nim spotkać, nie chce usłyszeć „wszystkiego” jak mówi o tym, czego był świadkiem i uczestnikiem Bugajski,
Pytam na antenie Siemoniaka, czy był w ABW. Odpowiedź nie pada. To co robić dalej? Nie wiem do dziś i pewnie nigdy się nie dowiemy, ale skoro tak, to czy mamy się godzić, że jacyś goście z ulicy mogą bezkarnie zassać nam całą komunikacje telefonu i nie dać się nawet namierzyć, skąd co i jak? A gdyby Ci ludzie nie byli jednak tak niewinni i nieszkodliwi a stanowili grupę inspirowaną przez Rosjan? Wtedy też nic nie robimy i jest git?
Kończmy już waście i wstydu oszczędźmy. Na tak zwany koniec dnia nadchodzi coś niesamowitego. Zamiast opinii, która o sprawie stenogramów nie rozstrzyga nic, przychodzi bomba. Opinia biegłych zmienia wszystko. Okazuje się, że nawet bez grzebania w bebechach ABW biegli stwierdzają, ze nie tylko nie jest to AI, ani wytwór utalentowanego studenta polonistyki. We wnioskach piszą wprost, że to autentyczna rozmowa dwóch osób, których ostateczna identyfikacja uniemożliwiona jest przez małą ilość materiału porównawczego. No i robi się problem.
Dlaczego? Ano dlatego że Gruca od miesięcy buszuje po Lubinie i łapie trop. Najpierw RDD i Dolnośląskie Twin Peaks ujawnia grupkę matkę z córką, które dzielą sobie dzieci i nabijają kieszenie sprytnym zarządzaniem. Okazuje się, ze w Lubinie dziwnie padają RDD. Co ważne lub nieistotne, dzieje się to tuż po wybuchu skandalu stenogramów i emisji TVN i Onetu. Czyżby mogło mieć to związek?
No to przypomnijmy. Stenogramy trafiły do prokuratury wysłane z maila prywatnej osoby, ale krążyły też po innych skrzynkach rozsyłane nawet z poczty Raczyńskiego. Jak tłumaczą się Ci, którzy nic nie zrobili? Standard. „To wydawało się aż niemożliwe”, „przecież ktoś by zobaczył”, „to się nie może dziać niezauważone”, „przecież dzieci by mówiły”, „nie dałoby się tego ukryć”, Rzygać się chce.
Wiem, jak docierać do ofiar. Znam ich cechy. Znam źródła, w których czerpią pedofile, wiem jak się zabezpieczają i jak mylą tropy, co będzie jedną z najcenniejszych lekcji dla nas wszystkich, gdy w końcu sprawa wyjdzie na jaw. Spotykałem się z prokuratorami i policjantami, a ich lekcje i konkluzje są fundamentem moich tekstów. Czy Ci, którzy tak bystro atakują mają takie doświadczenie? Czy pisali o ukrywanych śledztwach, których ujawnienie załatwiło emeryturę abp Sławojowi Głódziowi? Czy pilnowali zboczeńca Dymera, który latami hasał jak chciał i miział się z politykami PiS i nie tylko w Szczecinie? Czy tropili pedofila z miesięcznic smoleńskich, którego ofiary idą w dziesiątki a wciąż są gwiazdami na ruskich serwerach? Czy domagali się zamknięcia skazanego gwałciciela, kiedy z wyrokiem pięciu lat wychodził spokojnie z sądu na wolność? Bo ja tak. I nie dam się ani przekupić, ani zastraszyć, ani wyciszyć, bo szykowałem się na tę walkę 20 lat i nie spocznę, dopóki nie zniesiemy przedawnień i nie powiemy pedofilom stop.
A wy siedzcie sobie w swojej przedepsteinowej strefie komfortu z popcornem i „Łowcą pedofilów” w telewizorze.Adie! Odcinam się od was „ziomale”.
Trwa ładowanie...