Donald Trump w “pułapce eskalacji” w wojnie z Iranem - Marek Stefan
Stany Zjednoczone zdają się nie uczyć na własnych błędach. Analiza historycznych kampanii powietrznych prowadzonych przez mocarstwa wobec państw słabszych, w celu zmuszenia ich do kapitulacji, wskazuje, że bardzo rzadko prowadziły one do zakładanych rezultatów.
Prawie trzy tygodnie od rozpoczęcia kampanii ataków powietrznych na reżim w Teheranie widać wyraźnie, że przekonanie o tym, że Stany Zjednoczone przy niewielkich kosztach mogą w “każdej chwili” ogłosić “zwycięstwo” i wycofać się z konfliktu w Zatoce Perskiej, było fałszywe.
Irańska strategia asymetrycznego konfliktu
Po pierwsze, zastosowana przez Iran blokada morska cieśniny Ormuz i obrana przez Teheran strategia wojny z Ameryką i Izraelem, uczyniły wywikłanie się Stanów Zjednoczonych z tej konfrontacji znacznie trudniejszym, niż mogłoby się wydawać. Na szali jest bowiem nie tylko reputacja i prestiż Waszyngtonu, a przede wszystkim samego Donalda Trumpa, ale także wiarygodność USA jako gwaranta bezpieczeństwa wobec arabskich państw Zatoki Perskiej.
Wycofanie się Ameryki z konfliktu w sytuacji utrzymującej się blokady Cieśniny Ormuz zostałoby odczytane przez jej sojuszników i przeciwników jako porażka. Oto dysponując prawdopodobnie najbardziej zaawansowanymi technologicznie siłami zbrojnymi na świecie, Stany Zjednoczone miałyby uznać wyższość regionalnego pariasa, którego potencjał był od lat tłumiony poważnymi sankcjami. Ewentualna rejterada Trumpa, na obecnym etapie konfliktu, skutkowałaby także katastrofalnymi konsekwencjami dla relacji Ameryki z państwami arabskimi, które niemal na pewno rozpoczęłyby szybkie poszukiwanie alternatywnych partnerów gospodarczych, technologicznych i militarnych, co otworzyłoby Chinom i Rosji szerszą drogę do dalszej ekspansji wpływów w tym regionie.
Choć Iran jest niewątpliwie słabszą stroną tej wojny, udowodnił jednak, że przy zastosowaniu dobrej strategii nawet państwo znacznie słabsze konwencjonalnie od swojego przeciwnika może skutecznie wpływać na dynamikę eskalacji konfliktu. Reżim w Teheranie postawił na eskalację horyzontalną, powodując rozlanie się konfliktu na niemal cały Bliski Wschód. Jak napisał w artykule dla “Foreign Affairs” Nate Swanson, do niedawna dyrektor do spraw Iranu w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA i członek zespołu negocjacyjnego z Iranem w administracji Trumpa: “Strategicznym celem Iranu jest obecnie nałożenie tak wysokich kosztów na Stany Zjednoczone i państwa Zatoki Perskiej, żeby Trump przystał na zawieszenie broni, które obejmie ograniczenia przyszłych działań militarnych Izraela. W istocie Teheran chce zmusić amerykańskiego prezydenta do wyboru między interesami bezpieczeństwa Izraela a stabilnością rynków globalnych”.
Zakłócenie, szok i presja polityczna
Profesor Uniwersytetu w Chicago Robert Pape wskazuje, że strategia Iranu składa się z trzech elementów. Pierwszym krokiem jest “zakłócenie”. Reżim w Teheranie atakując podstawy gospodarcze państw arabskich i efektywnie zakłócając żeglugę przez Cieśninę Ormuz wprowadza niepewność do światowej gospodarki, na co reagują międzynarodowe rynki. W efekcie - i to etap drugi - pojawia się szok gospodarczy, widoczny w rosnących cenach paliw i kolejnych dóbr, w tym żywności, a to z kolei ma powodować presję polityczną - etap trzeci - na amerykańską administrację, która z obawy przed głęboką destabilizacją światowej gospodarki miałaby zdecydować się na zaprzestanie ataków i zakończenie wojny.
Jak pisze Pape: “W swej istocie konflikt ten stał się wyścigiem dwóch form potęgi: precyzyjnej amerykańskiej siły powietrznej, dążącej do szybkiego paraliżu militarnego, oraz wolniejszej irańskiej strategii wojny gospodarczej, ukierunkowanej na rynki globalne. Po jednej stronie są Stany Zjednoczone i ich partnerzy, którzy próbują zniszczyć potencjał uderzeniowy Iranu, atakując instalacje dronów, baterie rakietowe i sieci dowodzenia powiązane z siłami morskimi Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej operującymi wzdłuż południowego wybrzeża Iranu. Z drugiej strony, Iran toczy inną walkę. Nie musi pokonać Stanów Zjednoczonych militarnie. Wystarczy, że utrzyma Cieśninę Ormuz w stanie zagrożenia wystarczająco długo, aby rynki zareagowały”.
Niewątpliwie Teheran postawił na ryzykowną strategię. Jego ataki na infrastrukturę krytyczną państw arabskich i wojskową Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników w regionie mogły mieć efekt w postaci zwrócenia się tych państw przeciwko Iranowi. To jednak jak dotąd się nie wydarzyło, a postępowanie Iranu zdaje się przynosić zamierzone efekty w postaci rosnącego rozziewu interesów między Ameryką, a jej arabskimi partnerami, dla których każdy kolejny dzień tej wojny to dalsze straty dla gospodarek i podważanie fundamentów modelu rozwoju.
W efekcie, administracja Trumpa już rewiduje swoje “płynne” cele trwającej operacji “Epicka furia”, które teraz mają wykraczać poza osłabienie potencjału militarnego Iranu i mogą obejmować zapewnienie bezpiecznego przejścia przez Cieśninę Ormuz. Wiele wskazuje jednak na to, że nie da się tego osiągnąć wyłącznie poprzez działania militarne z morza i powietrza. Do realizacji tak określonego celu Stany Zjednoczone prawdopodobnie musiałby użyć sił lądowych w celu opanowania i utrzymania irańskich wysp w cieśninie, lub części irańskiego wybrzeża do niej przylegającego. W tym momencie w rejon konfliktu zmierzają amerykańskie okręty z dwiema ekspedycyjnymi jednostkami piechoty morskiej liczącymi łącznie około 5 tysięcy żołnierzy. Ten ruch Pentagonu może zwiastować użycie tych sił do odblokowania Cieśniny Ormuz lub zajęcia wyspy Kharg, gdzie zlokalizowane jest około 90 proc. irańskich zdolności eksportowych ropy naftowej.
Ograniczenia militarnych operacji powietrznych
Rozpoczęcie operacji lądowej przeciwko Iranowi oznaczałoby kolejny etap eskalacji konfliktu i niezbity dowód na to, że wymuszenie ustępstw lub kapitulacji na przeciwniku wyłącznie przy użyciu potencjału powietrznego i morskiego, jest niezwykle trudne.
W swoim słynnym dziele Tragizm polityki mocarstw wydanym po raz pierwszy w 2001 roku profesor John J. Mearsheimer, zbadał dziewięć przypadków w historii, w których państwo znacznie silniejsze, dokonało nalotów strategicznych na słabszego przeciwnika w celu wymuszenia na nim ustępstw. Spośród nich, aż pięć kampanii tego typu nie osiągnęło oczekiwanych rezultatów. Jak wskazuje, nawet często przywoływany przykład sukcesu kampanii powietrznej, czyli bombardowania Jugosławii w 1999 roku, musiały zostać poparte wiarygodną groźbą inwazji lądowej sił NATO, by zmusić ówczesnego prezydenta tego kraju Slobodana Milosevicia do zaprzestania działań w Kosowie.
Wątpliwa skuteczność “strategii dekapitacji”
Warto zwrócić uwagę na to, co Mearsheimer napisał o skuteczności tak zwanej “strategii dekapitacji”, czyli działań mających na celu osiągnięcie zwycięstwa w wojnie poprzez wyeliminowanie przywództwa politycznego i wojskowego przeciwnika:
“Dekapitacja to osobliwa strategia. Wytropienie i zgładzenie wrogiego przywódcy w ogarniętym wojną kraju jest zadaniem trudnym, a nawet w razie sukcesu mało prawdopodobne, by polityka następcy była znacząco różna. Strategia ta opiera się na głębokim - amerykańskim z ducha - przekonaniu, że wrogie państwo do ‘dobrzy’ obywatele trzymani w ryzach ‘złych’ przywódców. Wystarczy więc usunąć złego przywódcę - rozumują Amerykanie - by dobro zwyciężyło, a wojna dobiegła końca. Zabicie danego przywódcy nie gwarantuje, że nie zostanie on zastąpiony przez któregoś ze swoich bliskich współpracowników. Co więcej - ci źli przywódcy często cieszą się powszechnym poparciem, gdyż reprezentują poglądy znacznej części społeczeństwa”.
Trudno nie dostrzec, jak dobrze te słowa korespondują z obecną rzeczywistością konfliktu w Zatoce Perskiej. Niezwykłe jest jednak, że pomimo licznych doświadczeń historycznych, w tym z własnych kampanii wojennych toczonych w XX wieku i w pierwszych latach obecnego stulecia, amerykańskie elity strategiczne są zdolne popełniać wciąż te same błędy. Ta swoista “strategiczna niefrasobliwość”, może być efektem braku poczucia “tragizmu polityki”, czyli bezpośredniego, głębokiego do poziomu traumy narodowej, historycznego doświadczenia konsekwencji błędnych decyzji elit rządzących. Wyjątkowe położenie geopolityczne Stanów Zjednoczonych, na kontynencie odizolowanym od wciąż niespokojnej Eurazji, skutecznie chroniło je przed takimi doświadczeniami, pozwalając nie liczyć się do końca z konsekwencjami własnej polityki i często błędnych kalkulacji.
Tak czy inaczej, wiele wskazuje na to, że wojna w Zatoce Perskiej zmierza w kierunku eskalacji. A to zwiastuje nie mniejsze, ale większe uwikłanie Stanów Zjednoczonych w sprawy Bliskiego Wschodu, ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami dla wyzwań na innych teatrach strategicznych, w tym przede wszystkim w Azji Wschodniej, gdzie Chiny z pewnością wykorzystają dany im czas i wzmocnią swoją gospodarczą i militarną odporność przed spodziewanymi kolejnymi rundami napięć ze Stanami Zjednoczonymi.
Największe konsekwencje, obok samego Bliskiego Wschodu, zapłaci Europa, która będzie musiała uporać się z radykalnie rosnącymi kosztami energii, niestabilnością w swoim sąsiedztwie i bardzo możliwymi kolejnymi rzeszami uchodźców i migrantów, którzy w kolejnych falach ruszą w kierunku Unii Europejskiej.
Trwa ładowanie...