Gripen

Obrazek posta

Premier Szwecji Ulf Kristersson i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosili dziś porozumienie obronne, w ramach którego Ukraina otrzyma m.in. myśliwce Saab JAS 39 Gripen. Według ujawnionych informacji na przełomie tego i przyszłego roku nad Dniepr trafi 16 używanych Gripenów wersji C/D, a równolegle Kijów chce kupić 20 nowych Gripenów E/F – z dostawą do 2030 roku. Docelowo ukraińskie siły powietrzne chciałyby pozyskać flotę liczącą ponad sto takich maszyn.

To nie jest przypadkowy wybór. Wojna w Ukrainie brutalnie zweryfikowała wiele wcześniejszych wyobrażeń o nowoczesnym konflikcie – ale wbrew obiegowym opiniom nie udowodniła, że lotnictwo straciło znaczenie. Przeciwnie. Samoloty nadal pozostają jednym z kluczowych narzędzi wojny, tyle że używanym inaczej niż podczas amerykańskich operacji przeciw słabszym przeciwnikom.

rosja do dziś nie zdobyła przewagi w powietrzu, co samo w sobie jest jedną z największych porażek Kremla. Jednocześnie jednak rosyjskie lotnictwo nadal odgrywa ważną rolę – przede wszystkim jako nosiciel uzbrojenia dalekiego zasięgu. Najlepiej pokazuje to użycie bomb szybujących FAB z modułami UMPK. rosyjskie samoloty nie muszą wlatywać nad cele. Wystarczy, że zbliżą się do linii frontu, zrzucą bombę spoza zasięgu części ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i zawrócą. Ładunek doszybuje we wskazane miejsce – a zwykle jest to cel, którego nie da się zniszczyć przy użyciu dronów, taki jak solidnie okopany schron czy bunkier.

I m.in. dlatego Ukraina tak mocno naciska na nowe myśliwce. Nie po to, by urządzać efektowne pojedynki powietrzne, lecz by odsuwać rosyjskie samoloty od linii frontu i utrudniać bombardowania FAB-ami. Samoloty są też potrzebne do wzmocnienia własnej obrony przeciwlotniczej, by chronić logistykę i miasta. Wielu z nas umyka fakt, że duża część rosyjskich rakiet i pocisków manewrowych jest dziś zestrzeliwana przez samoloty bojowe. I wreszcie maszyny tego typu są potrzebne do ataków na wysokowartościowe cele na rosyjskich tyłach, przy użyciu pocisków powietrze-ziemia (takich jak Storm Shadow), wciąż znacznie bardziej efektywnych niż najcięższe, najszybsze i mające największy zasięg drony.

I tu pojawia się problem – poradziecka flotylla już Ukraińcom w dużej mierze „wyszła” – zużyła się, została stracona. A pozyskane z Zachodu F-16 (i nieliczne francuskie Mirage) nie wystarczą. Większość przekazywanych Ukrainie maszyn to używane egzemplarze z Danii, Holandii, Belgii czy Norwegii. To samoloty wielokrotnie modernizowane, ale jednocześnie mające za sobą dekady służby i duży nalot. W czasie pokoju mogłyby latać jeszcze długo. Jednak wojna oznacza zupełnie inne tempo eksploatacji: częste alarmowe starty, loty na małych wysokościach, wysokie przeciążenia, no i trudniejsze (zaimprowizowane!) warunki serwisowania. To wszystko błyskawicznie zużywa płatowce, silniki i awionikę.

Do tego dochodzi problem skali. Nawet jeśli Ukraina otrzyma już wszystkie z ponad 80 obiecanych F-16, realnie liczba gotowych do walki maszyn zawsze będzie niższa. Część samolotów będzie używana do szkolenia, część trafi do remontów, część zostanie utracona lub rozebrana na części zamienne. Tymczasem wojna trwa, a ukraińskie lotnictwo musi myśleć nie tylko o najbliższych miesiącach, ale i o kolejnych latach. A mając w perspektywie zapewne niespokojne powojnie – także i dekadach.

Gripen jest dla Ukrainy atrakcyjny właśnie dlatego, że projektowano go z myślą o wojnie z rosją. Szwedzi zakładali scenariusz, w którym lotniska będą regularnie atakowane rakietami, a lotnictwo będzie zmuszone do działania z rozproszonych baz i prowizorycznych pasów startowych. Dlatego Gripen jest relatywnie tani w eksploatacji, wymaga mniejszego zaplecza technicznego, bez trudu może operować z dróg i improwizowanych lotnisk, ma bardzo krótki czas obsługi między lotami. Dla Ukrainy to cechy bezcenne.

Nie bez znaczenia pozostaje też kwestia uzbrojenia. Ukraińcy liczą szczególnie na integrację Gripenów z pociskami MBDA Meteor, uznawanymi dziś za jedne z najgroźniejszych rakiet powietrze–powietrze dalekiego zasięgu. Tego rodzaju uzbrojenie mogłoby zmusić rosyjskie lotnictwo do jeszcze większego odsunięcia się od frontu, utrudniając ataki bombami szybującymi.

W praktyce Ukraina zaczyna więc budować nie „tymczasowe lotnictwo na czas wojny”, ale przyszłe zwesternizowane siły powietrzne. W takim ujęciu F-16 są „szybkim pomostem” i natychmiastowym wzmocnieniem. Gripeny – bardziej odporną i tańszą w utrzymaniu platformą do działania w realiach obecnej, ale i przyszłej wojny z rosją.

Nie zżymajmy się więc, że Ukraińcy „także w lotnictwie idą w sprzętowy misz-masz”, bo z ich perspektyw to bardzo logiczne wyjście.

Aha, i nie dajmy się zwieść ukrainosceptykom, którzy podnoszą argument finansowy, prowokacyjnie pytając, kto za to zapłaci. No my zapłacimy, drodzy państwo – Ukraina zakup Gripenów chce sfinansować ze środków pozyskanych od europejskich sojuszników, a więc również i od nas. Tyle że to żaden gest czy marnotrawstwo, a inwestycja – nie ma obecnie bowiem, i zapewne długo jeszcze nie będzie, dla Polski lepszego gwaranta bezpieczeństwa niż ukraińska armia. To ona trzyma rosję za gardło…

PS. Ukraińscy piloci i personel techniczny od dawna szkolą się w Szwecji, zatem pozyskane za kilka miesięcy maszyny szybko wejdą do walki.

-----

Nz. Gripen/fot. Saab

Saab Gripen F-16 Mirage 2000 OPL FAB Szwecja Sztokholm

Zobacz również

(De)stabilizacja
Ratownik
Polowania

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...