Prowokacja
Szef MSZ Radosław Sikorski ostrzegł niedawno przed rosyjską operacją pod fałszywą flagą z wykorzystaniem przejętych ukraińskich dronów. Kilka dni później minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że rosjanie rzeczywiście weszli w posiadanie znacznej liczby takich maszyn i mogą próbować wykorzystać je do działań na terenie Polski.
Głos w sprawie zabrał też minister-koordynator służb specjalnych. Tomasz Siemoniak zwrócił uwagę, że rosyjskie operacje mogą polegać na sabotażu i podsycaniu napięć między Polakami a Ukraińcami. Sam fakt, że podobne ostrzeżenia jednocześnie formułują szefowie dyplomacji, MON i służb specjalnych, pokazuje, iż scenariusz prowokacji jest przez państwo traktowany całkowicie serio.
Zaznaczmy przy tym, że ewentualna prowokacja miałaby uderzyć nie tyle w Polskę, ile w zachodni system wsparcia dla Ukrainy. Nasz kraj pozostaje jednym z najważniejszych szlaków transportu uzbrojenia i pomocy humanitarnej oraz (niezależnie od ostatnich napięć) jednym z głównych politycznych sojuszników Kijowa. Gdyby po spektakularnym incydencie przez wiele tygodni trwała debata o bezpieczeństwie transportów, odpowiedzialności Ukrainy czy sensie dalszego angażowania się Polski w pomoc sąsiadowi, Kreml osiągnąłby swój cel. Nie musiałby niszczyć infrastruktury ani zajmować terytorium. Wystarczyłoby skłonić część opinii publicznej do zadania pytania: „Czy dalsze wspieranie Ukrainy nie sprowadza zagrożenia również na nas?”.
Sedno prowokacji
Działania hybrydowe opierają się na wykorzystaniu niejednoznaczności. Najlepsza prowokacja to taka, której sprawcy nie da się od razu wskazać. Im więcej pytań pojawi się w pierwszych godzinach po incydencie, tym większe pole do działania zyska propaganda. Jej zadaniem nie musi być nawet przekonanie opinii publicznej do jednej, konkretnej wersji wydarzeń. Często wystarczy podważyć zaufanie do ustaleń państwowych instytucji i zasiać przekonanie, że „prawdy i tak nie da się ustalić”.
Równie ważna jest skala samego incydentu. Zbyt duży atak mógłby okazać się dla Kremla niekorzystny. Gdyby jednoznacznie przypisano go rosji i uznano za akt agresji wobec państwa NATO, Moskwa ryzykowałaby zdecydowaną odpowiedź Sojuszu. Znacznie korzystniejszy byłby więc incydent ograniczony – a zarazem na tyle poważny, by wywołać ogromne emocje.
Kluczową rolę odegrałby czas. Współczesne operacje informacyjne rozstrzygają się często nie w ciągu tygodni, lecz pierwszych godzin. Jeszcze zanim służby zabezpieczą miejsce zdarzenia i rozpoczną śledztwo, internet obiegają zdjęcia i nagrania, pojawiają się pierwsze komentarze, a media społecznościowe wypełniają się hipotezami. W takiej sytuacji fakty bardzo szybko przegrywają z emocjami.
rosyjskie służby doskonale rozumieją mechanizmy funkcjonowania współczesnego obiegu informacji. Dlatego celem prowokacji nie byłoby jedynie doprowadzenie do samego incydentu. Równie istotne byłoby przygotowanie gruntu pod jego interpretację – poprzez wcześniejsze kampanie dezinformacyjne, wzmacnianie skrajnych środowisk w mediach społecznościowych czy rozpowszechnianie narracji podważających wiarygodność państwowych instytucji. Jeśli po zdarzeniu społeczeństwo natychmiast podzieli się na zwalczające się obozy, wykonawcy operacji mogą uznać swoją misję za zakończoną.
Możliwe scenariusze
Najczęściej wskazywanym scenariuszem jest atak z wykorzystaniem bezzałogowców. rosja dysponuje ukraińskimi dronami zdobytymi na polu walki: zarówno maszynami przejętymi w całości, jak i wrakami, które można przebudować, naprawić lub wykorzystać do skopiowania charakterystycznych elementów konstrukcji. Teoretycznie pozwalałoby to przygotować aparat, którego pierwsze oględziny sugerowałyby ukraińskie pochodzenie.
Taki dron nie musiałby uderzyć w obiekt wojskowy. Wręcz przeciwnie – wybór celu mającego oczywiste znaczenie militarne zwiększałby ryzyko, że incydent zostanie uznany za rosyjski atak na zaplecze NATO. Z punktu widzenia prowokatora bardziej użyteczny byłby cel cywilny, lecz kojarzący się z pomocą dla Ukrainy: skład kolejowy, magazyn, zakład produkcyjny czy terminal przeładunkowy. Przy czym jego zniszczenie nie byłoby najważniejsze. Istotniejszy byłby chaos wokół ustalenia, skąd przyleciał dron i kto go wysłał.
rosjanie mogliby zadbać, aby trasa lotu prowadziła przez ukraińską przestrzeń powietrzną lub przebiegała w sposób umożliwiający przedstawienie incydentu jako skutku ukraińskiego ataku, awarii albo utraty kontroli nad maszyną. Jeszcze większy efekt informacyjny dałoby pojawienie się w innym miejscu bezzałogowca o wyraźnie ukraińskiej konstrukcji, który spadłby bez detonacji i został sfotografowany przez przypadkowych świadków przed przyjazdem służb. Nie byłby to dowód odpowiedzialności Kijowa, lecz w pierwszych godzinach dla wielu odbiorców mógłby nim zostać.
Dowód bezradności
Drugi wariant to klasyczny sabotaż infrastruktury. rosja nie musiałaby używać żadnego środka napadu powietrznego. Wystarczyłby pożar, eksplozja albo awaria wywołana przez ludzi działających na miejscu.
Tego rodzaju operacja byłaby prostsza do przeprowadzenia niż skomplikowany atak dronowy i łatwiejsza do ukrycia. Sprawcą nie musiałby być rosyjski funkcjonariusz. Dotychczasowe działania rosyjskich służb w Europie pokazały, że do prostych aktów sabotażu można werbować pośredników za pośrednictwem komunikatorów internetowych, często nie ujawniając im nawet, dla kogo rzeczywiście pracują. Zleceniodawca może znajdować się setki kilometrów dalej, a wykonawca otrzymać jedynie adres, instrukcję i obietnicę zapłaty.
Również w tym przypadku nie chodziłoby wyłącznie o straty materialne. Pożar magazynu paliw można przedstawić jako dowód bezradności państwa. Uszkodzenie linii kolejowej – jako znak, że transporty dla Ukrainy narażają Polskę na rosyjski odwet. Awarię sieci energetycznej – jako rezultat wojny, w którą rzekomo niepotrzebnie daliśmy się wciągnąć. Ta sama eksplozja może więc spełniać jednocześnie kilka funkcji: zakłócić działanie infrastruktury, zmusić służby do kosztownej reakcji i stać się paliwem dla kampanii propagandowej.
Trzeci scenariusz nie wymagałby ataku na infrastrukturę ani użycia dronów. Jego celem byłyby bezpośrednio relacje polsko-ukraińskie. rosyjskie służby mogłyby spróbować wywołać incydent, który dałoby się przedstawić jako przestępstwo dokonane przez Ukraińców przeciwko Polakom albo przez Polaków przeciwko Ukraińcom.
Możliwości jest wiele: podpalenie ośrodka dla uchodźców, pobicie uczestników demonstracji, dewastacja miejsca pamięci, atak na organizację pomagającą Ukrainie, a w najbardziej drastycznym wariancie – zabójstwo lub eksplozja podczas wydarzenia publicznego. Najważniejszy byłby dobór miejsca i symbolu. Incydent powinien dotykać istniejących napięć: sporów historycznych, kosztów pomocy, obecności uchodźców albo przekonania, że Ukraińcy są w Polsce traktowani lepiej niż jej obywatele.
To może być wariant nawet bardziej użyteczny niż atak dronowy. Nie wymaga skomplikowanej techniki, a jego konsekwencje społeczne mogą być równie silne. Wystarczyłoby pozostawić ślady sugerujące określony motyw, rozpowszechnić odpowiednio zmontowane nagranie albo podsunąć mediom fałszywą informację o narodowości sprawcy. Nawet szybkie zdementowanie takiej wersji nie musiałoby już zatrzymać fali emocji.
Pierwsze godziny
W pierwszych minutach po incydencie nikt nie znałby jeszcze pełnego obrazu sytuacji. Służby dopiero jechałyby na miejsce, straż pożarna rozpoczynałaby akcję, policja zabezpieczałaby teren, a wojsko i kontrwywiad sprawdzałyby, czy doszło do ataku, wypadku czy sabotażu. Tymczasem w internecie już pojawiłyby się pierwsze zdjęcia, nagrania i kategoryczne oceny.
Najpierw zareagowałyby media społecznościowe. Na platformie X zaczęłyby krążyć fotografie szczątków drona, płonącego składu kolejowego albo uszkodzonego budynku. Na Telegramie pojawiłyby się rzekome informacje od anonimowych źródeł związanych z wojskiem i służbami. TikTok wypełniłyby krótkie filmy nagrywane przez świadków, często bez kontekstu, za to z dramatycznymi komentarzami i sugestiami dotyczącymi sprawcy.
Część tych materiałów byłaby prawdziwa. Inne mogłyby pochodzić z wcześniejszych pożarów, bombardowań na Ukrainie albo ćwiczeń wojskowych. Jeszcze inne zostałyby odpowiednio przycięte, opisane lub wygenerowane komputerowo. Dla przeciętnego odbiorcy różnica byłaby trudna do uchwycenia, zwłaszcza gdyby te same treści zaczęły powielać tysiące kont.
Jako się rzekło, rosyjska operacja informacyjna nie musiałaby narzucać jednej spójnej wersji. Według jednej za atakiem staliby rosjanie. Według drugiej Ukraińcy, którzy chcieliby wciągnąć Polskę do wojny. Trzecia mówiłaby o prowokacji zorganizowanej przez polskie władze, czwarta o samowolnym działaniu ukraińskich służb, a piąta o zwykłym wypadku wykorzystanym do celów politycznych. Celem nie byłoby przekonanie wszystkich do jednej z nich. Wystarczyłoby wywołać poczucie, że żadnej informacji nie można ufać.
Do dyskusji szybko weszliby politycy. Co by z tego wynikło? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info - oto link do tego materiału.
Trwa ładowanie...