18,8 miliona rocznie za 20-latka. Wyjaśniam, dlaczego najdroższy dzieciak w NHL okazał się... tani.

Obrazek posta

Wyobraźcie sobie gościa, który przychodzi do luksusowej restauracji, zamawia najdroższą butelkę wina z karty, wypija jeden łyk, po czym płaci rachunek opiewający na równowartość średniej krajowej i jeszcze daje kelnerowi potężny napiwek. Pierwsza myśl? Odklejony od rzeczywistości banan, który nie ma co robić z kasą. Ale potem dowiadujesz się, że kupił ostatnią butelkę z rocznika, który właśnie wygrał światowy ranking, a za miesiąc ten sam trunek będzie kosztował cztery razy tyle. Łatwo przykleić komuś łatkę szaleńca albo rozrzutnika. Najtrudniej dostrzec, że ktoś po prostu gra w zupełnie innej lidze i widzi ruchy na planszy o trzy posunięcia do przodu.

Odzwierciedleniem tej sytuacji jest historia z dzisiaj, kiedy zobaczyłem nagłówki zza Oceanu. San Jose Sharks właśnie przyklepali 5-letni kontrakt dla Macklina Celebriniego. Kwota? Średnio 18,8 miliona dolarów za sezon.

Słucham?! Prawie dwadzieścia baniek rocznie?! Przecież jeszcze niedawno za takie pieniądze kupowało się pół składu, łącznie z autokarem i rocznym zapasem taśmy do kijów!

Kiedy zrzucisz z oczu pierwszą warstwę tego finansowego szoku, okazuje się, że u Rekinów ktoś po prostu wyciągnął kalkulator i zrobił interes życia. W świecie, gdzie zarządcy klubów rzucają wielkimi milionami na lewo i prawo - często za samą „obietnicę talentu” - Celebrini dostaje fortunę, a eksperci i tak mówią: promocja! I mają chyba rację.

Dzieciak ma dwadzieścia lat, a w zeszłym sezonie niemal sam wciągnął San Jose do fazy play-off, przy okazji meldując się w pierwszej czwórce głosowania na MVP ligi. Na tafli robi rzeczy, po których człowiekowi z wrażenia opada szczęka. Jest w nim ta absolutna, czysta elegancja, połączona z cwaniackim, podwórkowym zacięciem. Gra dynamicznie, szyje podania jak krawiec na miarę, a strzela tak, że bramkarze mają prawo żądać dodatkowego ubezpieczenia na życie. Wielu widzi w nim naturalnego następcę Connora McDavida. I nie ma w tym ani grama przesady.

Jasne, rynek w tym roku kompletnie oszalał. Czapki z głów dla Daniela Briera z Flyers, który swoją ofertą dla Carlssona rozbił bank i przewrócił stolik z dotychczasowymi zasadami. Wszyscy młodzi gwiazdorzy zobaczyli, ile można wyciągnąć przy rosnącym budżecie ligi, i zaczęli dyktować warunki. Ale podczas gdy inni płacą zawrotne sumy za sam potencjał, Sharks zapłacili za kogoś, kto już teraz gra jak profesor, a za dwa lata będzie absolutnym potworem.

Modele finansowe wyceniały rynkową wartość Celebriniego przy pięcioletniej umowie na ponad 20 milionów rocznie. Dostał 18,8. Wyobrażacie to sobie? Gość podpisuje najbardziej lukratywny kontrakt w historii, a klub i tak świętuje sukces, jakby przy płaceniu przy kasie wyciągnął z kieszeni pognieciony kupon z dyskontu na minus 10%. Zrobili interes życia, zanim dzieciak w ogóle wszedł w swój najlepszy wiek.

Dla San Jose to nie jest ryzykowna inwestycja. To fundament pod dom, do którego za chwilę będą wnosić puchar. Celebrini dał sobie pięć lat, nie dał się uwiązać na dekadę i za chwilę pewnie znowu zgłosi się po jeszcze większe pieniądze. Ale wiecie co? Jeśli doprowadzi ich tam, gdzie wszyscy myślą, że doprowadzi - włodarze Sharks wypiszą mu kolejny czek z pocałowaniem ręki.

Świat pędzi, finanse absurdalnie pęcznieją, a my czasem kręcimy głowami na ten cały przepych. Ale fajnie jest czasem popatrzeć na kogoś, kto jest po prostu tak cholernie dobry w swoim fachu, że nawet największe miliony świata wyglądają przy nim na całkiem uczciwą cenę.

Zobacz również

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki? Powiedzcie to kibicom w Chicago. Patrick K...
Koniec ery potulnych chłopców. Młodzi nie chcą już czekać w kolejce po swoje.
Nolan, Matt Damon i typ, który dostałby w mordę w każdym barze. Historia Seana Avery'ego.

Komentarze (2)

Trwa ładowanie...