Przyszłość amerykańskiego odstraszania Chin: zmiany w równowadze i strategii - Marek Stefan

Obrazek posta

Drenaż arsenałów amunicji precyzyjnej w połączeniu z obecną przewagą ofensywnych środków rażenia dalekiego zasięgu produkowanych w logice “precyzyjnej masy” sprawiają, że zmianie może ulec amerykańska strategia wojskowa wobec Chin. W przyszłości w większym stopniu niż dotychczas może ona bazować na odstraszaniu i obronie przez ukaranie (ang. deterrence by punishment).

 

W marcu tego roku, dwa tygodnie po rozpoczęciu przez Stany Zjednoczone i Izrael zmasowanej kampanii nalotów na Iran, pisaliśmy w Układzie Sił o możliwych konsekwencjach tej wojny dla szerszych celów Waszyngtonu na innych teatrach strategicznych, w tym w Azji. Pięć miesięcy później coraz wyraźniej widać, że najgorsze obawy sceptyków wobec kolejnego uwikłania się Ameryki w konflikt na Bliskim Wschodzie były ze wszech miar uzasadnione.

 

Osłabione odstraszanie wobec Chin

 

13 sierpnia amerykańskie media poinformowały, że w kierunku Zatoki Perskiej zmierza amerykańska grupa lotniskowcowa skupiona wokół okrętu USS George Washington. Ma on zastąpić operujący w regionie Morza Arabskiego USS Abraham Lincoln, który pozostaje na morzu od ponad 250 dni, z czego 200 przypadało na rozmieszczenie w strefie walk. Standardowy planowany czas misji morskiej takich jednostek wynosi około siedmiu miesięcy. W przypadku konfliktów zbrojnych jest on wydłużony do ponad dziewięciu miesięcy. Co ważne, od wyczerpanej załogi Lincolna obowiązki ma przejąć grupa okrętów skierowana w rejon Zatoki Perskiej z obszaru Pacyfiku, co czyni region Azji Wschodniej i Południowej pozbawionym strategiczne ważnej obecności amerykańskiego lotniskowca, będącego symbolem politycznego i wojskowego zaangażowania USA w danym regionie świata.

 

W ostatnich latach wskutek amerykańskich operacji militarnych w rejonie Morza Czerwonego przeciwko jemeńskim Huti, czy na południowym Atlantyku wymierzonych w Wenezuelę, a ostatnio w związku z kolejnymi kampaniami przeciwko Iranowi, wydłużone ponadstandardowe okresy służby lotniskowców i towarzyszących im okrętów zdarzały się coraz częściej. “USS Gerald R. Ford przebywał na morzu przez 11 miesięcy, zanim powrócił do bazy w maju, stając się najdłużej rozmieszczonym lotniskowcem od dziesięcioleci. USS Dwight D. Eisenhower przebywał na morzu przez dziewięć miesięcy, do lipca 2024 roku, a USS Theodore Roosevelt również przez dziewięć miesięcy, do października 2024 roku” - wylicza "The Wall Street Journal".

 

„To efekt zbyt małej liczby lotniskowców. Działamy tak, jakby Stany Zjednoczone miały ich 15, podczas gdy posiadamy 11 - wskazuje Brent Sadler, starszy pracownik naukowy konserwatywnego think tanku Heritage Foundation.

 

Wydłużone misje okrętów na morzach sprawiają, że zakłóceniu ulegają zaplanowane wcześniej okresy napraw i konserwacji, co przełoży się na zdolność US Navy do globalnej projekcji siły. Przekierowanie grupy lotniskowcowej z Pacyfiku na Morze Arabskie w połączeniu z rosnącą asertywnością wojskową Chin wobec Filipin i Tajwanu, a także wznowione niedawno testy pocisków balistycznych, których nie można oddzielić od trwającej rozbudowy przez Pekin potencjału nuklearnego, sprawiają, że wiarygodność amerykańskiego zaangażowania militarnego w regionie Azji Wschodniej i Południowej drastycznie spada.

 

To nic innego jak kwintensencja opisanego przez Paula Kennedy’ego “nadmiernego imperialnego rozciągnięcia”. Ameryka, śladem wielu innych wielkich mocarstw z przeszłości, ma rosnący problem z obsługą zbyt wielu strategicznych zobowiązań, przy kurczących się zasobach militarnych.

 

Remedium jest ustalenie priorytetów, ale trwająca wewnątrz administracji Trumpa i w Partii Republikańskiej walka stronnictw “powściągliwych”, ze “zwolennikami prymatu”, czyni zapowiedziany jeszcze w 2011 roku amerykański “zwrot ku Azji” wciąż niedokonanym. 

 

Malejące amerykańskie arsenały

 

Ostatnich pięć miesięcy walk z Iranem poważnie nadwątliło amerykańskie arsenały broni precyzyjnej, zarówno ofensywnej jak i defensywnej, których odtworzenie do poziomów sprzed konfliktu w Zatoce Perskiej może zająć od trzech do czterech lat.

 

Stany Zjednoczone wyczerpały niemal cały zapas pocisków ATACMS i Precision Strike Missiles (PrSM). Arsenał Tomahawków spadł poniżej 1/3 poziomu sprzed wojny, natomiast arsenał pocisków JASSM zmalał do poziomu 2/3 sprzed tego czasu.

 

Najpoważniejszym problemem wydaje się odbudowa arsenału Tomahawków.

Ich produkcja w ostatnich latach wynosiła około 200 sztuk rocznie, a średnio w ciągu ostatniej dekady Pentagon nabywał zaledwie 86 sztuk rocznie. Co prawda US Navy zamówiła 785 pocisków w projekcie budżetu Departamentu Wojny na rok 2027, ale pierwsze dostawy przewidziano dopiero za cztery lata. Nie lepiej sytuacja wygląda w przypadku arsenałów pocisków przechwytujących, w tym przede wszystkim PAC-3 do systemów Patriot i antybalistycznych THAAD.

 

Według waszyngtońskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) Stany Zjednoczone zużyły w ciągu ostatnich sześciu miesięcy walk na Bliskim Wschodzie ponad połowę przedwojennego zapasu efektorów do systemów THAAD i około dwóch trzecich pocisków do wyrzutni Patriot. W tej chwili Ameryka może dysponować łącznie między 800 a 1000 sztuk tej ostatniej broni.

 

Roczna zdolność produkcyjna tych systemów to około 600 sztuk; ma ona ulec zwiększeniu do około 2 tys, ale nastąpi do dopiero na początku następnej dekady. Sam proces produkcji jednego pocisku PAC-3 z już gotowych podzespołów trwa około dwóch lat, natomiast niektóre jego elementy, jak silnik rakietowy pocisku, który wytwarzany jest przez jedną tylko firmę Aerojet Rocketdyne należącą do L3Harris, są budowane ponad 2,5 roku. Niedawna inwestycja Pentagonu w wysokości 1 miliarda dolarów w tę firmę podkreśla jej wyjątkową podatność na zagrożenia. Jej silniki są kluczowym elementem nie tylko dla systemów Patriot, ale także dla programów THAAD, Tomahawk i Standard Missile.

 

Koszt stylu wojny “po amerykańsku”

 

Tę wyliczankę kosztów dotychczasowej wojny z Iranem można by kontynuować jeszcze długo. Najważniejszym wnioskiem płynącym z przywołanych danych jest to, że zdolność Stanów Zjednoczonych do odstraszania swoich rywali, jak Rosja i przede wszystkim Chiny, ulega znacznemu osłabieniu. Ma to podwójne znaczenie, bowiem konflikt z Iranem ujawnił nie tylko to, że amerykański styl prowadzenia operacji wojskowych niezwykle szybko drenuje USA z potrzebnych systemów uzbrojenia, ale co najważniejsze pokazał, że nie są one w stanie szybko uzupełnić opróżnionych arsenałów.

 

Styl operacji wojskowej preferowany przez Pentagon, skoncentrowany na maksymalnym zredukowaniu ryzyka strat w personelu wojskowym, wymaga ograniczenia prowadzenia operacji lądowych oraz przede wszystkim uzależniony jest od dostępności precyzyjnej amunicji dalekiego zasięgu, która umożliwia rażenie przeciwnika z dystansu bez konieczności zawsze ryzykownego wlatywania w jego przestrzeń powietrzną. Chociaż z pewnością ten system, oparty na sile powietrzno-kosmiczno-morskiej, umożliwia ograniczenie strat ludzkich we własnym personelu wojskowym, to jednak uzależnia takie operacje od systemów uzbrojenia, których obecna amerykańska baza przemysłu obronnego nie jest w stanie szybko uzupełnić.

 

Ameryka nie jest więc obecnie w stanie efektywnie prowadzić przewlekłego konfliktu zbrojnego nawet z przeciwnikiem takim jak Iran, a co dopiero z Chinami, państwem odpowiedzialnym za 30 proc. światowej produkcji przemysłowej.

 

Inna równowaga w strategii odstraszania  

 

Co zatem mogą zrobić Stany Zjednoczone w obliczu słabnącej wiarygodności swojej siły militarnej wobec ewentualnej agresji ze strony Chin w regionie Pacyfiku? Jedną z odpowiedzi jest zmiana podejścia do odstraszania. Przypomnijmy, że jest ono zwykle połączeniem dwóch podejść w tym zakresie; odstraszania przez odmowę (ang. denial) i karę (ang. punishment). To pierwsze sprowadza się do zademonstrowania przeciwnikowi, że nie będzie on w stanie osiągnąć swoich celów w ewentualnej agresji, gdyż koszty ewentualnego ataku przewyższą zyski. To drugie polega na budowaniu zdolności do odwetu proporcjonalnego do ewentualnych strat. Zwykle mamy do czynienia z mieszanką obu tych podejść w różnych proporcjach.

 

W związku z faktem, że obecna faza zmian technologicznych na współczesnym polu walki premiuje środki ofensywne, które w ramach zjawiska “precyzyjnej masy” mają za zadanie przeciążać systemy obronne przeciwnika, doprowadzając z czasem do jego wyczerpania i konieczności rozproszenia deficytowych systemów defensywnych w celu obrony różnych istotnych elementów infrastruktury wojskowej i cywilnej, równanie odstraszania i obrony będzie przesuwało się w kierunku deterrence by punishment.

 

Strzelać do “łucznika” zamiast do “strzały”

 

Pisze o tym przekonująco Jim Fein, ekspert amerykańskiego konserwatywnego think-tanku The Heritage Foundation. W raporcie pod tytułem "Zapasy obrony przeciwrakietowej na teatrze działań wojennych: niewystarczające w obliczu konfliktu USA–Chiny" pisze: “Stany Zjednoczone dysponują mniej niż 10% łącznej liczby pocisków przechwytujących PAC-3 MSE, THAAD, SM-6 i SM-3, niezbędnych do odstraszania lub, w razie potrzeby, do zwycięstwa w przedłużającym się konflikcie o wysokiej intensywności z Chinami”.

 

Fein rekomenduje, żeby Pentagon rozważył wdrożenie dwóch ważnych zmian w zakresie zwalczania wrogich pocisków rakietowych i dronów oraz w kwestii ewentualnych ataków na Chiny kontynentalne w przypadku wojny na Pacyfiku. W tej pierwszej kwestii chodzi o zmianę doktryny obrony powietrznej, która obecnie zakłada wystrzelenie zwykle trzech “przechwytywaczy” na jeden pocisk atakujący. Ekspert The Heritage Foundation proponuje ograniczenie tej liczby do dwóch i rozbudowę pasywnych środków obrony, takich jak schrony i bunkry. W tej drugiej kwestii postuluje: “Zmniejszenie liczby pocisków chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ALW) wymagających przechwycenia za pomocą takich środków, jak ataki na chińską infrastrukturę rakietową na kontynencie, stanowi najskuteczniejsze działanie mające na celu zmniejszenie zapotrzebowania na przechwytywacze”.

 

Fein proponuje zatem, żeby Ameryka w obliczu braków w arsenałach odpowiedniej liczby pocisków przechwytujących, których sposób produkcji jest bardziej wymagający technicznie niż rakietowej broni ofensywnej (szczególnie pocisków balistycznych), położyła większy akcent na działania ofensywne mające na celu degradację arsenału przeciwnika i jego infrastruktury wspomagającej oraz przemysłowej.

 

Nie inaczej postępuje obecnie Ukraina w wojnie z Rosją. Nie dysponując odpowiednią liczbą środków obrony przeciwrakietowe postawiła akcent przede wszystkim na obronę przez “karę”: uderzenia głębokie na rosyjską infrastrukturę przemysłu zbrojeniowego, logistykę oraz wyrzutnie rakietowe. Takie podejście określa się często koncepcją strzelania do “łucznika”, a nie do “strzały”.

 

Warunkiem koniecznym powodzenia takiej strategii jest jednak przyjęcie odmiennego niż dotychczasowy modelu zamówień uzbrojenia dla sił zbrojnych USA. Pentagon już wskazuje, że zależy mu na poszerzeniu liczby firm bazy przemysłu obronnego, które są w stanie dostarczać pociski balistyczne i manewrujące kosztujące maksymalnie kilkaset tysięcy dolarów za sztukę, a nie kilka milionów, i dostępne w dużych ilościach.  

 

Konsekwencje

 

Jeśli Stany Zjednoczone przyjmą taką koncepcję - w obliczu technologicznych trudności z budową efektywnego systemu zwalczania wrogich pocisków balistycznych i manewrujących, używanych masowo przez ich przeciwników - równowaga odstraszania przesunie się wyraźnie na środki i metody ofensywne, co w przypadku wybuchu wojny oznaczać będzie większe ryzyko eskalacji. W przypadku Stanów Zjednoczonych i Chin, dysponujących bronią jądrową, może to mieć dramatyczne konsekwencje.

 

Zobacz również

Budżet obronny USA kontra kalendarz. Pentagon między Kongresem a Białym Domem - Rafał M...
AfD u władzy w Saksonii-Anhalt?
Konstanca bez osłony - George Vișan

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...