Zwrot ludowy i genealogia. Kiedy chłopi przestali być tylko tłem historii

Obrazek posta

Tak przez lata przecież myślano. I nadal tak się myśli, choć już wiele się zmienia. Do dziś można usłyszeć zdanie: „Moich przodków nie ma sensu szukać, przecież byli chłopami”. Albo: „Po zwykłych ludziach nic nie zostało”. To przekonanie jest wyjątkowo trwałe. I wyjątkowo nieprawdziwe.

Jednym z ciekawszych skutków rozwoju genealogii internetowej, masowej digitalizacji archiwów i coraz łatwiejszego dostępu do źródeł jest właśnie to, że tysiące ludzi mogły się przekonać o tym jak błędne jest to przekonanie na własne oczy. Okazało się nagle, że po chłopskich przodkach coś pozostało. W dokumentach zostały całe ich życia.

 

Historia była bliżej, niż nam się wydawało

Jeszcze kilkanaście lat temu przeciętny człowiek, chcąc dowiedzieć się czegoś o przodkach, musiał wiedzieć, do jakiego archiwum pojechać, znać strukturę zasobu, przeszukiwać zasób archiwalny w czytelni - a przede wszystkim poświęcić na to ogromną ilość czasu. Dziś coraz więcej materiałów można znaleźć bez wychodzenia z domu. Księgi metrykalne, spisy ludności, akta sądowe, księgi gruntowe, dokumenty notarialne, dawna prasa, wykazy wojskowe, dokumentacja administracyjna... i wiele wiele innych materiałów mamy już dostępnych online.

I wtedy wydarzyło się coś ważnego.

Ludzie zaczęli wpisywać nazwiska swoich pradziadków w okienka wyszukiwarek i odkrywać, że oni tam są. Nie jako anonimowa „ludność wiejska”. Nie jako pozycja w tabeli. Nie jako anonimowy element badań historyka. Tylko jako Jan, Marianna, Wojciech, Katarzyna.

Jako bardzo konkretni ludzie, którzy coś kupili, coś sprzedali, o coś się pokłócili, czegoś dochodzili, komuś pożyczyli pieniądze, zapisali majątek dzieciom, oddali gospodarstwo synowi, zabezpieczyli córkę przed wydaniem za mąż albo poszli do sądu, bo sąsiad przesunął granicę pola. I być może właśnie tutaj genealogia spotyka się ze zwrotem ludowym najmocniej.

 

Zawiniły szkodliwe uproszczenia

Jednym z najbardziej szkodliwych uproszczeń jest przekonanie, że chłopi byli w dokumentach jedynie opisywani przez innych. Przez księdza. Urzędnika. Sędziego. Właściciela majątku. Oczywiście ogromna część dokumentacji dotyczącej wsi powstawała właśnie w taki sposób. Ale to nie znaczy, że wszyscy chłopi pozostawali wyłącznie biernymi obiektami czyjegoś zainteresowania. Sami przecież też produkowali dokumenty. Bo ich potrzebowali.

Spisywali testamenty. Zawierali kontrakty przedślubne. Ustalali warunki przekazania gospodarstwa. Sprzedawali i kupowali ziemię. Pożyczali pieniądze. Zabezpieczali posag. Dochodziło między nimi do sporów majątkowych.

I nie chodzi wyłącznie o procesy karne, które w popularnym wyobrażeniu najłatwiej połączyć z dawnymi aktami sądowymi. Chłopi i chłopki pozywali i byli pozywani w sprawach o długi, dziedziczenie, własność, alimenty, naruszenie umów, granice nieruchomości, zobowiązania rodzinne.

Oczywiście trzeba tu zachować proporcje. Chłopi stanowili ogromną część społeczeństwa, więc gdyby patrzeć wyłącznie na ich liczebność, można by oczekiwać, że pozostawili po sobie znacznie więcej. Ale z faktu, że tych śladów było proporcjonalnie mniej, nie wynika przecież, że nie było ich wcale. To właśnie to uproszczenie przez lata utrwalało przekonanie, że po chłopach niemal nic nie zostało.

 

Genealogia zmienia punkt widzenia

Być może dlatego genealogia ma tak duży wpływ na sposób, w jaki dziś myślimy o historii społecznej. Kiedy czytamy ogólną historię XIX wieku, chłopi są jedną z grup społecznych. Kiedy znajdujemy testament własnej praprababki, przestają być grupą. Praprababcia nagle ma głos.

Dowiadujemy się, że potrafiła rozporządzić majątkiem, że oczekiwała utrzymania do śmierci, że sąsiad nie oddał jej pieniędzy, że dokupowała kolejne kawałki roli. Tak powstaje nasza mikrohistoria. Sprowadza historię do jednego domu, jednej rodziny i jednego nazwiska. Tworzy się mniej abstrakcyjny byt.

 

Zwrot ludowy od dołu

Zwrot ludowy w polskiej kulturze kojarzymy przede wszystkim z literaturą, historiografią i próbą opowiedzenia historii z perspektywy warstw przez długi czas marginalizowanych w dominującej narracji historycznej.

Ale równolegle wydarzył się jeszcze jeden proces. Znacznie mniej spektakularny. Miliony ludzi zaczęły budować drzewa genealogiczne. I zaczęły odkrywać, że ich rodziny nie zaczynają się od pradziadka ze starego zdjęcia. Że można pójść dalej.  Oczywiście nie każda rodzina pozostawiła po sobie dokumenty. Też nie każde archiwum przetrwało wojny, pożary i zmiany granic. A los biednego komornika jest zwykle znacznie trudniejszy do odtworzenia niż zamożnego gospodarza.

Bo różnica między „źródeł jest mniej” a „źródeł nie ma” jest ogromna. I być może przez lata myliliśmy jedno z drugim. Problem nie polegał na tym, że chłopi nie pozostawili dokumentów. Problem polegał także na tym, że rzadziej ich szukaliśmy. Nowością jest raczej to, że dzisiaj dostęp do nich ma coraz częściej każdy. Nomen omen stały się bardziej dostępne dla ludu. Potomek chłopskiej rodziny może sam otworzyć skan dokumentu siedząc na kanapie w domu. To diametralnie zmienia relację z historią.

I może właśnie tak genealogia stała się jednym z najbardziej niedocenianych elementów współczesnego zwrotu ludowego. Nie dlatego, że ktoś powiedział ludziom: „powinniście zainteresować się historią chłopów”. Stało się to bardziej oddolnie i niemal mimochodem. Ktoś wpisał do wyszukiwarki archiwalnej nazwisko swojej prababki. Potem prapradziadka. I nagle okazało się, że oni tam są. 

 

 

Zobacz również

"To już wszystko. Kończę poszukiwania."
Jak szukać przodków i ich śladów na Wołyniu?
Sygnatury w Archiwach Państwowych – czym są i jak są nadawane?

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...