Ten strzał się liczy!
Leżę po pracy na kanapie, przewijam na telefonie urywki z wczorajszych meczów NHL i trafiam na wideo. Wideo, w którym Madison Square Garden płonie, tłum szaleje, a na lodzie trwa chaotyczne kłębowisko gości w niebieskich koszulkach. W samym środku tego radosnego młyna - Igor Shesterkin. Gość, który na co dzień ma jedno zadanie: nie wpuścić niczego do siatki. Tym razem postanowił jednak zagrać all in i wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie.
Sytuacja jak z podwórkowego meczu na Orliku. Tampa stawia wszystko na jedną kartę, wycofuje bramkarza, na lodzie mają szóstego gracza. Wrzucenie krążka do strefy ataku, ten odbija się od bandy... i wpada pod kij Shesterkina. Inny bramkarz zamroziłby gumę, oddał ją obrońcy albo po prostu wybił na wolne pole, żeby złapać oddech. Ale nie Igor. On od dawna polował na ten moment. Zamach, potężny łuk nad głowami osłupiałych rywali, krążek leci przez całą długość tafli, ląduje w strefie obronnej Lightning i dostojnie sunie do pustej bramki.
To pierwszy gol strzelony przez bramkarza w ponad stuletniej historii New York Rangers! 😱
Igor po meczu, ze swoim charakterystycznym, cwaniackim uśmiechem, rzucił tylko do dziennikarzy: „Ktoś na niebieskiej trochę mnie przysłonił, więc nawet nie widziałem, czy wpadło. Nie wiedziałem, czy mogę się już cieszyć”. Możesz, Igor. Cały Nowy Jork cieszył się za Ciebie.
Ale wiecie, co w tej historii rozbawiło mnie najbardziej? Ta przemiła, czysta, sportowa złośliwość. Kilkanaście miesięcy temu jego kumpel z Nowego Jorku - Ilia Sorokin z Islanders - też zaliczył bramkę. Tylko że tamto to był przypadek: zawodnik rywali sam wbił sobie swojaka, a Sorokin po prostu jako ostatni dotknął krążka. Shesterkin z przyjacielską szyderą śmiał się wtedy, że to się nie liczy. Zatem gdy zapytano go o tamtą sytuację po wczorajszym meczu, wypalił bez mrugnięcia okiem: „Ten strzał się liczy!”. A zapytany, czy woli uczucie po strzeleniu gola, czy po słynnej bójce z Jacobem Markstromem z zeszłego sezonu, odparł krótko: „Przynajmniej nikt nie oberwał w twarz”.
Uwielbiam takie momenty w sporcie. W świecie przesiąkniętym wyreżyserowanymi wywiadami, kalkulacją i chłodnym profesjonalizmem, dostajemy zwykłą, dziecięcą radość. Zibanejad śmiał się po meczu, że pewnie ze dwadzieścia razy widział z ławki, jak Igor próbuje trafić do pustej i minimalnie chybia. Aż w końcu wyszło. Trener Mike Sullivan przyznał, że jak tylko zobaczył parabolę lotu krążka, wiedział, że będzie z tego historia.
To jest właśnie ten piękny pierwiastek szaleństwa, dla którego warto śledzić tę ligę. Facet broni jak natchniony (24 obrony na 25 strzałów tej nocy, w tym popis w osłabieniach), ale i tak największą frajdę sprawia mu przelobowanie całej drużyny przeciwnika.
I mocno wierzę, że to nie był jego ostatni akcent w ofensywie. Jak sam zapowiedział: „Będę próbował dalej”. I za to ode mnie szacuneczek Igor, bo w życiu - tak jak na lodzie - najwięcej wygrywają ci, którzy nie boją się strzelać przez całe lodowisko, kiedy wszyscy inni wybierają bezpieczną opcję.
Trwa ładowanie...