Ważny test Paktu Mekkańskiego. Co mówi nam reakcja Turcji i Pakistanu na ostrzał Arabii Saudyjskiej przez Hutich? - Maksymilian Skrzypczak
Po wrześniowej bierności wobec ataków Hutich na Arabię Saudyjską Pakt Mekkański ma szansę się zrehabilitować. Zapowiedziane wsparcie wojskowe Turcji i Pakistanu może nadać porozumieniu praktyczny wymiar. Skala i charakter odpowiedzi pokażą, na ile jego członkowie są dziś gotowi przekuć deklaracje wzajemnej obrony w realną pomoc.
W poniedziałek 5 października doszło do trójstronnego spotkania między przedstawicielami tzw. „Paktu Mekkańskiego”, porozumienia podpisanego 7 sierpnia tego roku. Powodem były uderzenia jemeńskiej milicji Huti na terytorium Arabii Saudyjskiej. Pozostali członkowie porozumienia, czyli Pakistan i Turcja, mieli zgodzić się na rozmieszczenie jednostek wojskowych na terytorium Królestwa.
Do eskalacji doszło podczas najnowszej kontrofensywy sił rządowych w Jemenie, które, korzystając ze wsparcia lotniczego Rijadu, odwróciły część wrześniowych zdobyczy Hutich. W ramach ataków odwetowych rebelianci uderzyli w saudyjskie lotniska w miastach Dżizan i Nadżran, położone na południowym zachodzie kraju. Wcześniej, we wrześniu, rebelianci trafili saudyjską infrastrukturę energetyczną, w tym rurociąg Wschód-Zachód, kluczową trasę przesyłu pozwalającą ominąć cieśninę Ormuz przez nawet 50% wolumenu eksportu ropy.
Udane uderzenia Hutich z września stanowiły wyzwanie dla porozumienia z Mekki. Ograniczenie się przez Turcję i Pakistan do werbalnych wyrazów solidarności z Saudami skompromitowało pakt w oczach części komentariatu. Jednak teraz perspektywa dosłania wojsk na teren sojusznika stanowi szansę na rehabilitację po pierwszym nieudanym teście.
Jakie siły mają zostać rozmieszczone?
Nie mamy jeszcze konkretnych informacji co do liczebności ani charakteru sił, które mają znaleźć się na terenie Arabii Saudyjskiej. Niemniej pewną wskazówkę stanowi obecny już tam pakistański kontyngent. Wg nieoficjalnych szacunków liczy on od 8 do nawet 25 tys. żołnierzy, a w jego skład wchodzi eskadra myśliwców JF-17, oddziały obsługi dronów oraz systemy obrony przeciwlotniczej. Zważywszy na rodzaj już rozmieszczonych wojsk oraz niewielką gotowość polityczną Islamabadu do bezpośredniego zaangażowania w Jemenie, można pokusić się o spekulacje dotyczące roli nowych jednostek. Zapewne będą to kolejne systemy OPL, mające wzmocnić ochronę nieba nad Arabią Saudyjską, a także oddziały rozpoznawcze i logistyczne, pośrednio wspierające wojska Królestwa.
Jeśli tak w istocie będzie, stanowi to istotną pomoc, odciążając część zasobów Rijadu, a także zmniejszając podatność na ataki, co obniży jego opory w stosowaniu siły wobec wroga w Jemenie.
Pojawiają się jednak istotne wątpliwości. Analityczka Middle East Institute, Gönül Tol, twierdzi, że „udział Turcji najprawdopodobniej będzie się opierał na innych zdolnościach niż siły lądowe”. Nie chodzi jej tylko o brak interwencji w Jemenie, ale też powściągliwość w wysyłaniu jednostek defensywnych na teren Arabii Saudyjskiej. To dlatego, że (jak tłumaczy choćby Financial Times) Turcja jeszcze nie ratyfikowała porozumienia z Mekki, zatem z prawnego punktu widzenia nie tylko nie musi, ale wręcz nie może dosłać wojsk, powołując się na traktat. Tak stanowi jej konstytucja.
Kamień milowy sojuszu?
Dyslokacja wojsk, które realnie podniosą zdolności Arabii Saudyjskiej do obrony przed atakami, stanowiłaby przełom. Pakt, który do tej pory miał wymiar symboliczny, po raz pierwszy zostałby wypełniony treścią i to na zasadzie faktycznego odparcia ataku na członka w czasie rzeczywistym, a nie jedynie pośredniej współpracy, mającej przynieść bliżej nieokreślone korzyści w przyszłości.
Czy perspektywa uderzenia na Huti przez lotnictwo Turcji i Pakistanu jest realna? Prawdopodobnie nie. Oba kraje chcą zachować wiarygodność jako mediatorzy w wojnie regionalnej, a Iran postrzega jemeńską bojówkę jako część swoich zasobów w tej konfrontacji. Zagrożenie dla interesów Ankary i Islamabadu ze strony tej organizacji jest niewielkie, zatem ich motywacja do podejmowania drastycznych kroków pozostaje tym bardziej wątpliwa. Nie wiadomo też, czy włączenie lotnictwa obu krajów poprawiłoby sytuację na froncie. Saudyjskie samoloty są już zaangażowane, a bombardowania z powietrza rzadko przynoszą trwałe skutki strategiczne; ciężarem walk może zatem być ofensywa lądowa sił rządowych, a nie samo zwiększenie intensywności nalotów.
Pakt z Mekki nie jest bliskowschodnim NATO. Ale nie musi nim być
Pojawia się istotne pytanie: czy wobec tego Pakt Mekkański nie okazuje swojej słabości? Przecież gdyby reakcją na regularny ostrzał członka NATO było wyłącznie rozmieszczenie systemów defensywnych, bez odpowiedzi zaczepnej wobec agresora, mówilibyśmy o poważnym podważeniu odstraszania sojuszu. Jednak sytuacja porozumienia bliskowschodniego jest zgoła inna niż natowska architektura bezpieczeństwa. Status quo w Europie to stabilność oparta na wiarygodności odstraszania NATO; odpowiedź sojuszu na agresję, która byłaby tylko cząstkowa, wybrakowana, ukazywałaby jego słabość i obniżałaby stabilność regionu. Natomiast na Bliskim Wschodzie nie ma trwałej architektury bezpieczeństwa. Naturalny jest porządek anarchiczny, balansowanie oraz koalicje ad hoc zamiast trwałych zobowiązań. W tym sensie porozumienie, które działa na pół gwizdka, stanowi postęp w dążeniu do stabilności.
Co więcej, lider NATO, czyli Stany Zjednoczone, opiera swoją pozycję międzynarodową w dużej mierze na wiarygodności jako gwarant bezpieczeństwa. I to twardy gwarant, gotowy do bezpośredniego wejścia do wojny w obronie sojuszników. Ani Turcja, ani Pakistan, ani Arabia Saudyjska nie funkcjonują w takim paradygmacie. Co najwyżej dopiero budują taką pozycję w skali regionu, ale wątpliwe, by przybrała ona charakter żelaznych gwarancji. Większą szansę powodzenia mają pośrednie ruchy, jak właśnie dyslokacja systemów defensywnych, głębsza współpraca przemysłów zbrojeniowych oraz dzielenie danych wywiadowczych. Podobnie jak w przypadku innych głośnych medialnie formatów, jak BRICS, Pakt Mekkański ma większą rację bytu jako porozumienie o bardziej ograniczonych celach i metodach niż się powszechnie mówi. Dlatego dyskusja nad partnerstwem tych trzech krajów zbytnio zafiksowała się na punkcie klauzuli o wzajemnej obronie.
Taki model ma rzecz jasna pewne ograniczenia. Nie wiadomo na przykład, czy partnerstwo we wspomnianej formie wystarczy do skutecznego powstrzymywania irańskich ambicji hegemonicznych lub niepożądanych ruchów Izraela. Pośrednie wsparcie może wzmacniać zdolności obronne i zwiększać pole manewru, ale trudno przy jego pomocy osiągnąć trwały efekt odstraszający.
Pakt Mekkański obecnie przechodzi przez ważny test. Po dwóch miesiącach widać, że należy ograniczyć oczekiwania i schłodzić prognozy co do formowania się „bliskowschodniego NATO”. Nie oznacza to jednak, że pakt ma wymiar wyłącznie symboliczny. Realne wzmocnienie saudyjskiej ochrony nieba byłoby kamieniem milowym i oznaką potencjału owocnej współpracy trzech regionalnych potęg. Kolejne dni i tygodnie mogą pokazać, czy w istocie mamy do czynienia z taką sytuacją.
Trwa ładowanie...