Grynkiewich i granice zwycięstwa NATO - Maksymilian Skrzypczak

Obrazek posta

„Block, blunt, break”, czyli zatrzymać atak, osłabić jego impet i rozbić siły agresora. Taką drogę do zwycięstwa NATO wskazał podczas tegorocznego Warsaw Security Forum gen. Alexus Grynkewich. Koncepcja opiera się na „obronie przez odmowę”, preferowanej także przez Elbridge’a Colby’ego, i ma pozwolić odeprzeć rosyjską agresję przy ograniczeniu ryzyka nuklearnego. Powściągliwość sprzyja jedności sojuszu i kontroli eskalacji, ale samo rozbicie wojsk inwazyjnych może nie wystarczyć do trwałego zwycięstwa. Pozostaje pytanie, jak skłonić Kreml do zakończenia walk i utrzymać przewagę, która zniechęci Moskwę do kolejnej agresji.

 

Na czym opiera się doktryna Grynkewicha?

Strategia wyłożona przez generała to w istocie zarysowane parametry eskalacji, które mają przyświecać sojuszowi w razie ewentualnej wojny obronnej. Sprowadzają się do maksymy „block, blunt, break”, czyli w wolnym tłumaczeniu „zatrzymać, stępić, złamać”.

W pierwszej fazie wojny nacisk zostanie położony na zatrzymanie (block) sił wroga przed wkroczeniem na terytorium sojusznicze. Aby to zrobić, NATO jeszcze przed rozpoczęciem ataku, uzyskawszy wiarygodne przesłanki, rozmieści dodatkowe siły w państwach frontowych. Ich celem w momencie wybuchu konfliktu będzie obrona wysuniętych pozycji przez nawiązanie walki z siłami nacierającymi (i tylko z nimi).

Jeśli to nie powstrzyma wroga, a ten wejdzie na terytorium NATO, priorytetem (równolegle do blokowania postępów jego pozostałych sił) stanie się stłumienie ataku (blunt). Poprzez manewr lądowy osłaniany środkami napadu powietrznego sojusz uniemożliwi wojskom rosyjskim utrzymanie się i okopanie na zajętych ziemiach. Pod wpływem stałej i mocnej presji siły rosyjskie mają utracić zdolność do kontroli terytorium, a docelowo zostać rozbite do poziomu uniemożliwiającego skuteczne prowadzenie walki, przez co szybki kontratak wojsk lądowych zniszczy lub wyprze je z terenu państwa członkowskiego. Na tym etapie na celowniku wciąż znajdują się wyłącznie siły zaangażowane w operację.

Jeśli wróg będzie kontynuował natarcie, NATO przejdzie do trzeciego wariantu: złamania jego machiny wojennej (break). Dopiero wtedy spektrum celów zostanie rozszerzone na jego zaplecze i ekosystem podtrzymujący wysiłek wojenny. Mowa tutaj o obiektach znajdujących się na terytorium Federacji Rosyjskiej, ale wspierających inwazję: logistyce, magazynach amunicji, stanowiskach dowodzenia, obronie przeciwlotniczej, pobliskich lotniskach, z których startują samoloty, itp. Wciąż jednak atakom nie będą podlegać wojska na innych kierunkach geograficznych. Nie zostało jasno określone, czy do katalogu celów zalicza się w tym wariancie kompleks przemysłowo-zbrojeniowy lub infrastruktura cywilno-wojskowa, jak rafinerie, które same w sobie „nie walczą”, ale finansują armię wroga.

Przewagi powściągliwości, czyli dlaczego mamy sobie wiązać ręce

Wątpliwość, jaka naturalnie się nasuwa, dotyczy sensu nakładania ograniczeń na użycie siły. Skoro prowadzimy wojnę, dlaczego mamy dawkować przemoc, zamiast użyć jej w pełnym zakresie? Tym bardziej że NATO ma większe zdolności od Rosji, więc działając z pełną mocą, miałoby jeszcze większe szanse na zwycięstwo.

Cóż, taka intuicyjna postawa prowadzenia wojny maksymalnymi środkami napotyka kilka problemów, a koncepcja defense by denial stanowi na nie odpowiedź.

Minimalizacja ryzyka eskalacji nuklearnej

Po pierwsze, działanie z pełną siłą i bez ograniczeń zwiększa ryzyko użycia przez Rosję broni nuklearnej. Odwołanie się do argumentu atomowego niesie za sobą poważne koszty i ryzyka: od sankcji i zacieśnienia izolacji międzynarodowej, przez proliferację w sąsiednich krajach, po możliwość wymknięcia się sytuacji spod kontroli w stronę wymiany nuklearnej. Dlatego państwa o takich zdolnościach, nawet jeśli czasem sięgają po groźby, są bardzo niechętne, by faktycznie je zrealizować. Możliwy jest jednak scenariusz, w którym ryzyka związane ze wstrzemięźliwością przeważają nad kosztami użycia broni atomowej. Taką sytuacją jest choćby zagrożenie istnienia państwa. Jeśli Rosja uzna, że celem NATO w wojnie jest jej zniszczenie lub drastyczne osłabienie organizmu państwowego jako całości, wzrośnie szansa, że kalkulacje Moskwy przechylą się w stronę eskalacji nuklearnej.

Co więcej, użycie broni atomowej w takim scenariuszu może nieść za sobą niższe koszty. Odium międzynarodowe zapewne byłoby łagodniejsze wobec kraju, który w percepcji wielu państw trzecich (np. Globalnego Południa) łamie tabu nuklearne, by uniknąć egzystencjalnego zagrożenia, a nie w celu osiągnięcia innych korzyści strategicznych. Głębokie, zmasowane uderzenia NATO przeciw zróżnicowanym celom w Rosji mogą dać paliwo dla rosyjskiej gry informacyjnej, dzięki której eskalacja nuklearna stanie się w oczach społeczności międzynarodowej bardziej usprawiedliwiona (lub mniej nieusprawiedliwiona). Ponadto jeśli w wyniku pełnoskalowego użycia siły przez NATO w Rosji faktycznie rozpoczną się procesy rozkładu, groźby Moskwy, które w innych okolicznościach zostałyby zignorowane jako blef, zyskają na wiarygodności. Z kolei wiarygodność natowskiego uderzenia odwetowego spadnie; stawką dla USA, Francji czy Wielkiej Brytanii nie będzie bowiem podtrzymanie funkcjonowania sojuszu, ale odzyskanie dominacji eskalacyjnej, czyli znacznie bardziej ambitny cel. Jeśli koszt polityczny oraz ryzyko eskalacji spowodowane użyciem broni jądrowej spadają, obniża się także próg takiego ruchu. Nawet jeśli Rosja ostatecznie się na to nie zdecyduje, taka dynamika wzmocni wiarygodność, a przez to skuteczność rosyjskich gróźb, które same w sobie stanowią narzędzie Moskwy.

Ograniczenie się do pokonania rosyjskiej agresji, bez rzucania Rosji na kolana, jest w tym względzie lepszym wyborem. Porażka Moskwy będzie częściowa, a nie totalna, zatem spada motywacja do użycia broni jądrowej. Zarazem koszty i ryzyko takiego ruchu po stronie wroga pozostaną wysokie.

Postawienie Rosji przed dylematami

Po drugie, defense by denial przerzuca ciężar eskalacji na Rosję. Elbridge Colby (główny strateg administracji Trumpa; przemowa Grynkewicha sprawia wrażenie pisanej przez Colby’ego) uznaje tzw. burden of escalation za jeden z kluczowych parametrów zarządzania konfliktem. Ciężar eskalacji to koszty i ryzyko, jakie wiążą się z wejściem na wyższy poziom intensywności wojny.

Przykładem jest atakowanie przez Iran celów w państwach arabskich; Teheran w ten sposób wyłamał się z paradygmatu wojny wyłącznie przeciwko amerykańskim czy izraelskim celom wojskowym, licząc na wywarcie presji międzynarodowej i ekonomicznej na USA, by zawrzeć rozejm. Gdy Stany Zjednoczone nie są w stanie osiągnąć swoich celów w ramach kampanii powietrznej, rozważają ruchy takie jak użycie nowych typów broni lub wkroczenie wojsk lądowych, w nadziei na przełom. Zwróćmy uwagę, że Iran nie sięgnął po rozszerzanie wojny na sąsiadów w czerwcu 2025 roku. Do tej pory w sposób ograniczony kąsał, zamiast niszczyć złoża sąsiadów, a Stany Zjednoczone wciąż nie wysłały marines. Dlaczego? Bo każde takie eskalujące działanie wiąże się z kosztami i ryzykiem. Dla ajatollahów ostrzał państw arabskich oznacza możliwość tworzenia się wrogiej koalicji regionalnej, a atak na ich energetykę grozi odwetem na podobne cele w Iranie. Dla USA udział sił lądowych oznacza większe straty, pogłębienie sprzeciwu społecznego, dalsze problemy wizerunkowe i odwet Iranu. To jest właśnie ciężar eskalacji. Nie znaczy to, że państwa nigdy go nie akceptują, ale by podjąć jakieś działanie, postrzegana korzyść musi być uznana za przewyższającą koszt i ryzyko.

Dlaczego jest to istotne? Otóż jeśli przeciwnik przegrywa w ramach obecnego sposobu walki, pojawia się pokusa wyeskalowania na wyższy poziom w nadziei, że umożliwi to uniknięcie porażki (lub odniesienie zwycięstwa). W wojnie, w której nie da się definitywnie zniszczyć wroga, zwyczajne pokonywanie jego sił nie wystarczy. Trzeba jeszcze przekonać go, że akceptacja (ograniczonej) porażki jest lepszym wyborem niż poniesienie ciężaru dalszej eskalacji celem zmiany wyniku konfrontacji.

Jak słusznie zaznaczył generał Grynkewich, skuteczna obrona przez odmowę przerzuca ciężar eskalacji na Rosję. Za każdym razem to ona będzie musiała podjąć aktywne działanie, zatem to ona stanie przed dylematem dalszych kosztów i ryzyka. Tymczasem dla NATO, które tylko odpowiada, i to wobec sił atakujących, ciężar eskalacji będzie niższy, niż gdyby sojusz postawił na maksymalizację zniszczeń po drugiej stronie. Co więcej, gracz, na którym spoczywa ciężar eskalacji, staje się bardziej podatny na presję wewnętrzną lub zewnętrzną. W percepcji innych stron to on, podejmując działanie, jawi się jako bardziej agresywny. I nie chodzi tu o same problemy wizerunkowe. Jeśli państwa trzecie są zainteresowane deeskalacją, większą presję wywrą na tego, kto ich zdaniem stanowi główną przeszkodę dla uspokojenia sytuacji. Do tego z perspektywy NATO odpowiedź na rosyjskie działanie będzie bardziej uzasadniona i napotka mniejszy opór niż własne próby aktywnej eskalacji.

Łatwiejsze uzyskanie konsensusu w NATO

Po trzecie, maksymalistyczne cele oraz środki mają niewielką szansę uzyskać szerokie poparcie wśród sojuszników. Kraje walczące o życie, jak Litwa, byłyby skłonne ponieść większy koszt i ryzyko, ponieważ stają w obliczu egzystencjalnego zagrożenia (w tym podboju, zniewolenia i ludobójstwa). Państwa takie jak Niemcy czy Francja są zainteresowane utrzymaniem architektury bezpieczeństwa oraz fundamentów integracji europejskiej, jednak koszt porażki nie byłby dla nich absolutny. Jest to związane z punktem o zarządzaniu ryzykiem nuklearnym, ale decydenci wielu państw NATO w scenariuszu braku hamulców obawialiby się także rosyjskich uderzeń środkami konwencjonalnymi, skali strat wojskowych, długości pozostawania w kosztownej wojnie, utraty poparcia społecznego czy uszczerbku na reputacji międzynarodowej. Dlatego o ile państwa Europy Zachodniej chcą brać udział w kolektywnej obronie, nawet w wysokim stopniu, to ich zaangażowanie, w przeciwieństwie do zaangażowania wspomnianej Litwy, podlega kalkulacji. Łatwiej jest uzyskać wsparcie sojuszników dla działań o niższym ciężarze eskalacji, jak zakłada teoria gen. Grynkewicha, niż dla wykorzystania pełnego spektrum zdolności do realizacji bardzo ambitnych zamiarów.

Kwestia zdolności

Po czwarte, do realizacji ograniczonych celów i skali operacji łatwiej jest wystawić twarde zdolności. Jeśli pokonanie wojsk wroga biorących udział w inwazji wymaga określonych środków, zrobienie tego przy jednoczesnych głębokich uderzeniach na porty, rafinerie, infrastrukturę czy bazy na całym terytorium Rosji wymagać ich będzie jeszcze więcej. Dodatkowo Moskwa w takim scenariuszu zapewne zdecyduje się na kontreskalację na większą skalę niż w razie wojny ograniczonej, np. przez częstsze ataki na cele cywilne. A radzenie sobie z takim zagrożeniem wymagać będzie jeszcze lepszej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, jeszcze solidniejszej obrony cywilnej, jeszcze sprawniejszej administracji itd. Sojuszowi będzie fizycznie łatwiej osiągnąć odpowiedni poziom przygotowania do konfliktu o wyraźniejszych granicach.

Słabości obrony przez odmowę

Mimo wspomnianych wyżej przewag omawiana strategia ma też istotne niedoskonałości, wpływające negatywnie na zdolność do odstraszania, obrony, terminacji konfliktu oraz utrzymania korzystnej równowagi powojennej.

Obniżone walory odstraszające

Przede wszystkim skupienie się wyłącznie na uniemożliwieniu przeciwnikowi osiągnięcia swoich celów osłabia odstraszanie. Jeśli obronie, nawet skutecznej, nie towarzyszy perspektywa ukarania agresora przez nałożenie na niego nieakceptowalnych kosztów (odstraszanie przez karanie, deterrence by punishment), jaką ma on motywację, by nie spróbować? Wyobraźmy sobie, że w razie napadu na bank policja interweniuje, wyłącznie powstrzymując złodzieja: łapie go, odbiera mu zagrabione pieniądze i narzędzia przestępstwa, po czym puszcza wolno bez konsekwencji prawnych. W takiej sytuacji nawet bardzo niska szansa na powodzenie może nie wystarczyć, by odstraszać przed rabunkami (a nuż się uda; jeśli nie tym razem, to za którymś kolejnym).

Podobna kalkulacja dotyczy odstraszania przed agresją zbrojną, przy czym w przypadku Rosji jest dodatkowo uwypuklona. Kraj ten ma bowiem ogromne zasoby ludzkie, poważne zdolności przemysłu zbrojeniowego oraz wciąż stosunkowo dużą gospodarkę (zbliżoną do Niemiec w ujęciu parytetu siły nabywczej). Nawet jeśli w wypadku sukcesu natowskiej doktryny powstrzymywania Rosja poniesie wyraźne straty, wątpliwe, by doprowadziły one ją do ruiny gospodarczej, przewrotu politycznego czy na dekady przekreśliły możliwości odtwórcze armii. Tym bardziej że władze na Kremlu nie liczą się z życiem żołnierzy czy dobrostanem społeczeństwa, a zwykli Rosjanie mają wyraźnie wyższy próg bólu niż ludzie Zachodu.

Terminacja konfliktu

Drugi problem jest podobny do pierwszego, ale dotyczy nie odstraszania przed agresją, ale zmuszenia wroga do jej zakończenia, jeśli już do wojny dojdzie. Rzecz jasna najlepszym scenariuszem dla Rosji byłoby pokonanie NATO na polu walki. Ale jeśli sojusz okaże się silniejszy, a obrona przez odmowę zadziała, konflikt może przerodzić się w długą wojnę na wyczerpanie. Moskwa, mimo porażki operacyjnej, wciąż mogłaby nękać nas nieustającymi falami rakiet i dronów, a także kolejnymi falami ofensyw lądowych. Nawet jeśli jej ataki będą odpierane jeden za drugim, funkcjonowanie w takim paradygmacie jest dla krajów NATO bardzo niekorzystne. Oznacza bowiem długotrwałe przyjmowanie uderzeń na własnym terytorium, wyczerpywanie zapasów amunicji (precyzyjnej, przeciwlotniczej, przeciwrakietowej), a w przeciągających się zmaganiach rośnie znaczenie determinacji i odporności społecznej. Rosjanie mogą kalkulować, że mają tu przewagę nad konsumpcyjnymi społeczeństwami Zachodu. Co więcej, w państwach członkowskich może dojść do niekorzystnego rozwoju sytuacji, np. zmiany władzy na pacyfistyczną lub prorosyjską. Dlatego też systematyczne rozbijanie wojsk rosyjskich wcale nie musi samo w sobie prowadzić do zakończenia agresji, jeśli celem Moskwy jest stopniowe wymęczenie adwersarzy.

Bieżąca doktryna obronna tylko częściowo odpowiada na to wyzwanie. Owszem, we wspomnianym scenariuszu NATO przeszłoby do złamania rosyjskiej machiny wojennej, z czasem poważnie ograniczając jej zdolności do ponowienia ofensywy lądowej lub zmasowanych uderzeń środkami napadu powietrznego. Wątpliwe jednak, by udało się nam całkowicie je zniszczyć. Widać to po możliwościach, jakimi wciąż dysponuje Iran, mimo zdecydowanej przewagi powietrznej, jaką mają nad nim Stany Zjednoczone i Izrael. A ze względu na obawy przed nadmierną eskalacją wątpliwe, by uderzenia na Rosję (kraj o większych zasobach od Iranu) mogły osiągnąć podobną skalę i skutek. Należy więc założyć, że Moskwa zawsze zachowa jakieś zdolności do nękania NATO. Zatem by uniknąć długiej wojny na wyczerpanie, opieranie się na czystej sile kinetycznej nie wystarczy. W pewnym momencie trzeba będzie Rosję do rozejmu przekonać.

Dla kontrastu: szeroka i brutalna presja na Rosję nakładałaby na nią poważniejsze koszty w trakcie konfliktu niż działania przewidziane w doktrynie Grynkewicha, przez co Kreml szybciej mógłby uznać, że kontynuacja operacji przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Dylemat równowagi powojennej: odbudowa i ryzyko powtórki

Trzeci problem dotyczy sytuacji po zakończeniu konfliktu. Wątpliwe, by nawet zdecydowane zwycięstwo nad Rosją położyło definitywny kres jej rywalizacji z Zachodem. Podobnie jak wobec Ukrainy, prawdopodobna jest dogrywka. Kluczowym interesem NATO jest więc nie tylko wygranie wojny, ale też doprowadzenie do korzystnej równowagi powojennej, utrzymującej odstraszanie i zdolności obronne w przyszłości. Nie wolno nam dopuścić do mechanizmu, który miał miejsce choćby po I wojnie światowej. Zwycięska Francja zakończyła ją z wyniszczonym przemysłem, podczas gdy potencjał Niemiec został w dużej mierze zachowany. Dzięki temu odbudowały one swoje zdolności wojskowe szybciej i do wyraźnie wyższego poziomu, co pozwoliło im na (jeszcze brutalniejsze) powtórzenie próby zdominowania kontynentu 20 lat później. Jeśli wojna zakończy się wygraną NATO, ale obie strony wyczerpią swój potencjał, a to Rosja szybciej go odbuduje, grozi nam ponowny konflikt, w którym tym razem porażka będzie bardziej prawdopodobna.

Czysta obrona, ograniczająca się do atakowania sił bezpośrednio zaangażowanych w konflikt, stwarza takie ryzyko. Wyczerpuje bowiem zapasy sojusznicze, a być może też nasze fabryki czy infrastrukturę cywilną, podczas gdy część potencjału rosyjskiego niebiorąca udziału w walce pozostaje nienaruszona. Dylemat jest potęgowany przez proliferację tanich systemów ofensywnych, nakładających na obrońcę koszty nieproporcjonalne do kosztów ponoszonych przez atakującego. Dyktatura i przyzwolenie społeczne na poświęcenia stanowią przewagę Kremla w alokowaniu zasobów na odbudowę armii, co nie jest oczywiste w przypadku zachodnich demokracji. Moskwa zapewne otrzymałaby też jakieś, nawet pośrednie, wsparcie ekonomiczne od Chin. To kolejny problem z nastawieniem wyłącznie na obronę i ograniczony kontratak zamiast na celowe degradowanie rosyjskiego potencjału (i to czynników siły, jak fabryki, rafinerie i porty, a nie tylko efektorów, jak czołgi) na przestrzeni konfliktu.

Koszmar NATO: rosyjskie fakty dokonane

Jedną z potencjalnych dróg do zwycięstwa dla Rosji mimo słabości konwencjonalnej byłaby strategia faktów dokonanych. Mowa tu o zajęciu terytorium państwa członkowskiego, zapewne z wykorzystaniem zaskoczenia lub lokalnej przewagi konwencjonalnej. NATO ma siły i środki, by przygotować i z czasem przeprowadzić kontrofensywę wyzwalającą utracone tereny. Tu jednak pojawia się drugi element rosyjskiej strategii: szantaż nuklearny.

Większość strategów jest zgodna, że broń jądrowa jest słaba jako narzędzie wymuszające, ale może być efektywna jako instrument zamrożenia lub terminacji konfliktu. To powód, dla którego groźby atomowe wypowiadane w próżni lub nastawione na kapitulację sojuszu mają niskie szanse na osiągnięcie celów Moskwy. Jeśli jednak Rosja już okupuje terytorium NATO, jej groźby przestają mieć charakter wymuszający, a przyjmują rolę odstraszającą: odstraszającą sojusz przed kontrofensywą. Taka sytuacja przerzuca ciężar eskalacji na sojusz, i to bardzo poważny ciężar. W takiej sytuacji NATO może:

  • zignorować demonstracje siły Rosji i kontynuować kontrnatarcie, ryzykując taktyczne uderzenia jądrowe degradujące potencjał jego wojsk i zwiększające szanse sił okupacyjnych na utrzymanie pozycji;
  • odpowiedzieć kontruderzeniem nuklearnym, co grozi wymknięciem się sytuacji spod kontroli i w końcu pełną wymianą atomową;
  • zatrzymać kontrofensywę, co w sytuacji kontroli terenów sojuszniczych przez Rosję oznacza strategiczny i polityczny sukces Moskwy.

Taki scenariusz dodatkowo uwypukla wszystkie niedociągnięcia nuklearne po stronie NATO: kwestie zdolności, stawki, determinacji i rozbieżności interesów.

Uniknięcie katastrofy nie polega w tym wypadku tylko na własnym odstraszaniu nuklearnym. Polega przede wszystkim na uniknięciu za wszelką cenę faktu dokonanego rozumianego jako zajęcie terenów sojuszniczych i umocnienie się na nich wojsk rosyjskich. Jeśli to się nie uda, nawet najlepszy parasol nuklearny może nie wystarczyć. Dodatkowy problem jest taki, że Rosja może na zajętych terytoriach dokonać ogromnych, nieodwracalnych zniszczeń, w tym masowych mordów i wywózek ludności cywilnej. Choć ryzyko scementowania zdobyczy bronią jądrową jest głównym wyzwaniem strategicznym dla sojuszu, z perspektywy krajów bałtyckich sama utrata ziem stwarza obawy, że nie będzie zbytnio czego wyzwalać.

Praktyczny wniosek jest taki: NATO nie może opierać się na ogólnej przewadze konwencjonalnej nad Rosją i liczyć, że utracone terytoria uda się po prostu odbić. Musi od początku konfliktu dysponować znacznymi siłami na wysuniętych pozycjach. To w zasadzie zasygnalizował gen. Grynkewich, mówiąc o zapobieżeniu utworzeniu faktów dokonanych przez Rosję. Świadomość jest, pozostaje pytanie o zdolności, a z nimi zawsze są większe problemy niż z dyskusją teoretyczną.

Pytania natury operacyjnej

Poza kwestiami strategicznymi koncepcja Grynkewicha nie odpowiada na pewne pytania stricte wojskowe. Niektóre zostały już przeze mnie zarysowane powyżej i przeplatały się z dylematami politycznymi.

Inną kwestią jest potencjalna strategia, którą Rosja może zastosować, by wykorzystać naszą powściągliwość na pierwszych etapach konfliktu. Teoria natowska zakłada, że najpierw sojusz weźmie na celownik tylko wojska zaangażowane w atak i dopiero później ewentualnie rozszerzy zakres uderzeń. Co jednak, jeśli już pierwsza faza wojny zacznie się od ruchu wroga wymagającego uderzenia na zaplecze? Przykładowo, co jeśli Rosja zacznie od nękania NATO zmasowanymi nalotami lotnictwa oraz atakami rakiet i dronów, drenując nasze zasoby i dezorganizując obronę (która przez powściągliwość nie może jeszcze złamać ataku jako całości), a dopiero później przeprowadzi główną ofensywę lądową? Wtedy nawet użycie pełnej siły sojuszu może nie wystarczyć, by zapobiec rozlaniu się żołnierzy wroga po terytorium NATO, co pozwoli Rosji (mimo ogromnych strat) na stworzenie faktu dokonanego.

Co więcej, Rosja może rozstawić ogromne siły na granicy i zmylić sojusz co do tego, które z nich wezmą, a które nie wezmą udziału w pierwotnym natarciu. Mimo że NATO wie, że ostatecznie wszystkie zostaną włączone w wojnę, będzie miało początkowo związane ręce, co przy przewadze liczebnej Rosji i sprawnym manewrze może ułatwić Moskwie osiągnięcie rozstrzygnięcia taktyczno-operacyjnego, które przełoży się na fakty dokonane na poziomie strategicznym.

Pamiętajmy, że w interesie Rosji jest narzucenie Zachodowi walki według logiki ilościowej, czyli sytuacji, w której np. drogi pocisk natowski niszczy tani rosyjski czołg lub drużynę piechoty. Z kolei dla NATO istotna jest walka głębią, czyli uderzenie nie tyle bezpośrednio na czołgi czy piechotę, ile na czynniki siły na zapleczu wroga: logistykę, magazyny amunicji, dowodzenie, łączność itp. W ten sposób cały ekosystem wspierający siły liniowe ulega załamaniu, przez co czołg czy żołnierz rosyjski ma słabe zaopatrzenie, nie zna rozkazów, ma problem z koordynacją z kolegami i jest podatny na zagłuszenia. Wtedy liniowe wojska NATO mogą o wiele łatwiej i szybciej pokonać takiego osłabionego przeciwnika. Jeśli jednak Rosja na początku konfliktu wymusi na nas zużycie środków walki głębią na jej wojska liniowe o niskiej wartości, jak piechota, czołgi i drony, przewaga jakościowa NATO zostanie zredukowana.

Wnioski: jak dopełnić strategię i wygrać wojnę

Na przedstawione powyżej dylematy nie ma złotej pigułki, ale można wskazać kilka propozycji uzupełniających, by w większym stopniu mitygować wady nowej strategii NATO przy zachowaniu jej plusów.

Elementy strategii karania jako dopełnienie obrony

Na pierwsze trzy wskazane przeze mnie problemy można odpowiedzieć przez stworzenie katalogu opcji selektywnego nakładania kosztów na wroga. W ten sposób jeszcze w czasie pokoju można zwiększyć odstraszanie, gdyż Rosja będzie musiała liczyć się z kosztami agresji wykraczającymi poza utratę sił zaangażowanych w atak. Tego typu narzędzia będą potrzebne również do terminacji konfliktu, żeby uniknąć przeciągającej się wojny i zakończyć ją, póki wynik jest korzystny dla NATO. Powinniśmy także mieć gotowe sposoby na dodatkową degradację rosyjskiego potencjału, by równowaga powojenna nie przechyliła się na korzyść Moskwy.

Wyzwanie polega na dobraniu takich narzędzi, które jednocześnie nie anulują całej logiki unikania przesadnej eskalacji. Dlatego preferowane powinny być instrumenty niekinetyczne, bowiem wobec nich łatwiej uzyskać konsensus sojuszniczy, a ryzyko odwetu nuklearnego będzie znikome. Pytanie brzmi: jakie narzędzia mogą zadać ból Rosji, osłabić jej relatywną pozycję militarną, nie przekroczyć nieakceptowalnego progu eskalacji, a zarazem nie zostały już użyte (jak choćby sankcje handlowe)?

Przykład stanowi ostateczne przejęcie części lub całości zamrożonych aktywów rosyjskich i wykorzystanie ich konkretnie na powojenną odbudowę zdolności wojskowych. Można zawczasu przeforsować legislację zezwalającą na pełną konfiskatę, a nie tylko zamrożenie, w razie agresji wierzyciela na dłużnika lub jego traktatowych sojuszników. W ten sposób jednocześnie trwale pozbawiamy Moskwę środków finansowych oraz wzmacniamy własny potencjał. Na stole powinny być też sankcje wtórne, mające odstraszać państwa trzecie przed handlem z Rosją, co w razie wojny ma większą szansę uzyskać zgodę polityczną niż obecnie. Do tego Zachód wciąż posiada pewne miękkie narzędzia, których jeszcze nie użył, jak wzrost wsparcia finansowego i propagandowego dla środowisk antyrosyjskich w Azji Centralnej i na Kaukazie.

Pomostem między narzędziami miękkimi a kinetycznymi są cyberataki, które Zachód już stosował mimo braku otwartej wojny. Administracja Bidena przyznała się do wykonania operacji cybernetycznych przeciwko Rosji podczas jej inwazji na Ukrainę. Pogłoski sugerują, że podobne ruchy obecnie wykonuje Francja w reakcji na ataki hybrydowe. Inną opcją pośrednią jest wzrost wsparcia dla wrogów Rosji spoza NATO, przede wszystkim dla Ukrainy. Fakt wejścia już w wojnę z Rosją powinien osłabić opory przed przekazaniem niektórych nowych typów broni lub nawet punktowym wsparciem na froncie.

Jeśli sojusz byłby gotowy, mógłby rozważyć taktykę, którą w swojej książce „Strategy of Denial” podaje Elbridge Colby. Chodzi o rozszerzenie uderzeń na takie zdolności wroga, które nie biorą udziału w obecnej wojnie, ale ze względu na swój charakter mogą być użyte w razie powtórki. Dotyczy to zwłaszcza wojsk o stricte ofensywnym charakterze, jak konwencjonalne pociski balistyczne i składy czołgów ulokowane z dala od frontu. Równolegle wciąż unikano by ataków na zdolności defensywne, np. ochronę nieba nad Moskwą czy umocnienia na granicy z państwami trzecimi, a także aktywa potrzebne do utrzymania państwa w ryzach, jak siły porządkowe. Należałoby jasno zakomunikować selektywny dobór celów i wolę deeskalacji, a nie podkopywania fundamentów, na jakich zasadza się państwo rosyjskie. W ten sposób Kreml stanąłby przed dylematem: kontynuacja presji na NATO oznaczałaby skokowe, a nie, jak Moskwa mogła zakładać, powolne degradowanie jej zdolności ofensywnych. To może sprzyjać zarówno terminacji konfliktu, jak i zabezpieczaniu równowagi powojennej.

To tylko przykłady. Aby dopełnić teorię zwycięstwa, stratedzy NATO powinni przygotować szeroką i dobrze przemyślaną listę metod aplikacji bólu.

Selektywne rozszerzenie pierwotnego zakresu celów

Jak wspomniałem, jeśli uderzamy tylko w siły bezpośrednio atakujące NATO, ułatwiamy Rosji przeciążenie naszej obrony na początku konfliktu lub granie niejasnością co do tego, które siły są, a które nie są zaangażowane.

Dlatego należy rozważyć rozszerzenie pojęcia sił uczestniczących w walce na „małe zaplecze”, czyli elementy wspierające atak blisko linii frontu. Tak samo należy potraktować te jednostki na granicy, które może jeszcze nie weszły do akcji, ale mają taką możliwość. Powściągliwość wciąż obejmowałaby szeroko rozumiane „duże zaplecze”, czyli wojska pozostające poza ustalonym promieniem od granicy (np. 30 km), nie mówiąc już o fabrykach czy bazach w innych częściach Rosji. Zwróćmy uwagę, że takie postawienie sprawy nie oznacza rezygnacji z ograniczeń, tylko ich lekką kalibrację. Wciąż obowiązują, jeśli chodzi o zakres geograficzny oraz typ jednostek, ale wszystko, co może szybko przekroczyć granicę (lub wspierać atak od razu przy linii frontu), powinno być celem od pierwszych minut.

Praktycznym wnioskiem jest wykształcenie przez państwa frontowe własnych, niezależnych zdolności długiej ręki, by w razie czego samodzielnie egzekwować niszczenie „małego zaplecza”. Paradoksalnie, choć napotka to opór krajów zachodnich, taki ruch ma szansę ostatecznie zwiększyć spójność sojuszu i poprawić odstraszanie. Wyższa stawka konfliktu dla państw frontowych może zwiększać wiarygodność ich gotowości do takich uderzeń, a tym samym ograniczać skuteczność rosyjskiego szantażu nuklearnego. Równolegle silniejsze państwa NATO mogą zachować powściągliwość zgodną z wykładnią Grynkewicha. Skalibrowane rozszerzenie katalogu celów o „małe zaplecze” stanie się bardziej wiarygodne i trudniejsze do zablokowania przez rosyjski szantaż atomowy.

Państwa członkowskie powinny także rozważyć, jak odpowiedzieć na ryzyko oparcia rosyjskiej agresji na masowych, tanich środkach napadu powietrznego. Ze względu na przewagę „miecza” nad „tarczą” być może w tej kwestii słuszne będzie hołdowanie zasadzie „kill the archer, not the arrow” (pol. zabij łucznika, nie strzałę), czyli uderzanie od pierwszego dnia w cały ekosystem podtrzymujący presję powietrzną, w tym fabryki dronów i rakiet. Niewykluczone, że akurat na tej płaszczyźnie powściągliwość jest strategią przegrywającą. Powstaje pytanie, czy szeroka kampania uderzeniowa na zaplecze, ale ograniczona tylko do komponentu rakietowego i dronowego, mieści się w granicach akceptowalnej dla sojuszu eskalacji. Plus jest taki, że i tu nie trzeba od razu iść na całość. Alternatywnym wyjściem jest dawkowanie siły w kolejności od końca aż do początku łańcucha dostaw: najpierw atakowanie miejsc startu, potem wyrzutni, następnie magazynów, a dopiero na końcu samych fabryk.

Wysunięta obrona ważniejsza niż ogólny rachunek sił

Zagrożenie, jakie dla NATO stanowią rosyjskie fakty dokonane połączone z odstraszaniem nuklearnym, jest łatwe do zażegnania na koncepcyjnym poziomie. Tzw. tripwire, czyli wojska wielonarodowe, które mają zwiększać wiarygodność późniejszego zaangażowania sojuszników, zupełnie nie wystarczą. Potrzebujemy zdolności na wysuniętych pozycjach, szczególnie w państwach bałtyckich, żeby jak najdłużej zatrzymać (block) siły nacierające przed wejściem na teren krajów członkowskich. To trudne zadanie, zwłaszcza w sytuacji rosyjskiej przewagi liczebnej oraz użycia Białorusi jako bazy wypadowej. Kluczem jest zatem zdolność NATO do zmobilizowania i przerzutu sił w krótkim czasie, gdy tylko pojawią się informacje wskazujące na przygotowania do inwazji. Gotowość bojowa jest znacznie ważniejsza niż ogólna przewaga konwencjonalna. Sojusz powinien też priorytetyzować możliwości jak najszybszego zebrania i dosłania drugiego rzutu, który będzie miał za zadanie poprzez manewr wyprzeć jednostki wroga po ewentualnym wdarciu się na terytorium sojusznicze (blunt). Luka czasowa między tymi dwoma elementami powinna być jak najmniejsza. Jej minimalizacja poprzez odpowiednie ukompletowanie jednostek oraz przepustowość logistyczną może bardziej zdecydować o wyniku konfliktu niż ten czy inny system uzbrojenia.

Potencjał przemysłowy łagodzi dylematy strategiczne

Wałkowanym od dawna w debacie publicznej, a wzmocnionym przez wojnę bliskowschodnią aspektem jest konieczność budowania zdolności przemysłu zbrojeniowego. Pomijając oczywiste potrzeby operacyjne, za potężną bazą produkcyjną stoi korzyść w postaci łagodzenia trudnych dylematów strategicznych. Część wyzwań, które zarysowałem wcześniej, stanie się łatwiejsza do pokonania.

Prężny przemysł to lepsze możliwości odtworzeniowe po wojnie, zmniejszające ryzyko, że Rosja szybciej niż NATO odbuduje swoje siły zbrojne. Taka przewaga oznacza także, że sojusz może ograniczyć się do mniej eskalacyjnych działań w trakcie starcia celem degradacji rosyjskiego potencjału (np. skonfiskować aktywa i przeprowadzić cyberataki, ale bez konieczności szerokiej kampanii kinetycznej na cele w Rosji).

Co więcej, im lepsze stany amunicji precyzyjnej, tym bardziej spada ryzyko, że powściągliwość w pierwszych etapach wojny spowoduje jej nadmierne zużycie wobec celów o niskiej wartości.

Wreszcie, dysponując większymi zapasami amunicji przeciwrakietowej, możemy pozwolić sobie na dłuższe zwlekanie z kontrą przeciwko rosyjskiemu zapleczu. Do tego Rosja, by zadawać nam ból, musi uderzyć jeszcze mocniej. Te dwa czynniki dają nam przestrzeń na skalibrowaną odpowiedź zamiast zmuszać do natychmiastowego wyboru między akceptacją przyjmowania uderzeń a przejściem do ataków na terytorium Rosji. My zyskujemy opcje, a ciężar eskalacji przesuwa się w stronę Moskwy.

Podsumowanie

Strategia defense by denial Grynkewicha jest słusznym podejściem, ponieważ umożliwia budowę obrony w oparciu o konsensus sojuszniczy, ułatwia uzyskanie potrzebnych zdolności, zmniejsza ryzyko użycia przez Rosję broni jądrowej, a także przerzuca ciężar eskalacji na adwersarza. Koncepcja nie jest pozbawiona wad, natomiast NATO ma w swojej talii karty do ich mitygowania.

Poprzez wykształcenie i umiejętne aplikowanie elementów strategii nakładania kosztów na wroga (punishment / cost imposition) wzmacniane są odstraszanie, zdolność do terminacji konfliktu na naszych warunkach oraz korzystna równowaga powojenna.

By odpowiedzieć na część dylematów operacyjnych, NATO może skorzystać z selektywnego rozszerzenia definicji sił atakujących na „małe zaplecze” oraz jednostki przy linii frontu, zachowując zarazem ograniczenia odnoszące się do położenia geograficznego oraz typu wojsk. Taka postawa zostałaby wzmocniona, gdyby państwa frontowe wykształciły własne, niezależne zdolności do głębokich uderzeń. Sojusz powinien także rozważyć, jak odpowiedzieć na problem przewagi ataku nad obroną w zakresie środków napadu powietrznego i czy akurat ta kwestia nie wymaga większej asertywności bojowej od samego początku.

Ponieważ rosyjska teoria zwycięstwa może opierać się na utworzeniu faktów dokonanych oraz scementowaniu ich przez odstraszanie nuklearne, absolutnym priorytetem NATO musi być wysunięta obrona i zdolność do szybkiego dosłania sił na front. Gotowość bojowa i logistyka są tutaj ważniejsze niż ogólna przewaga konwencjonalna sojuszu nad Rosją.

Wreszcie, by złagodzić niektóre dylematy strategiczne, NATO potrzebuje silnej bazy przemysłowej i zapasów amunicji. To da nam większe możliwości absorpcji rosyjskiego ostrzału, lepsze zdolności odtworzeniowe, a także ułatwi utrzymanie przewagi walki głębią dzięki jakości zamiast akceptacji narzucanej przez Rosję logiki ilościowej. Te korzyści pomogą nam uniknąć wyboru między nadmierną eskalacją a porażką.

Wdrożenie powyższych wniosków oznacza stworzenie jeszcze solidniejszej, bardziej spójnej i mniej podatnej na rosyjskie sztuczki obrony przez odmowę. Docelowo mądra strategia denial, uzupełniona o selektywne odstraszanie przez karanie, ma nigdy nie dopuścić do ataku. Jeśli jednak do niego dojdzie, jej zadaniem będzie pokonanie wroga bez nadmiernej eskalacji, zmuszenie go do zaakceptowania porażki zamiast odwołania się do broni jądrowej lub przeciągania wojny, a także zabezpieczenie długoterminowej przewagi militarnej, by uniknąć powtórki w przyszłości.

 

Zobacz również

Trump wypycha RPA ku Europie
Nowe skrzydła smoka - Michał Hunicz
Cierpliwość Trumpa, upór Putina - James Jay Carafano

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...