baza wiedzy

Fantastyka – A co tu jest do napisania?

Darmowy!

Fantastyka – A co tu jest do napisania?


9 miesięcy temu Maciej Głowacki 9 miesięcy temu Brak komentarzy Brak komentarzy Tagi:  literatura,  fantastyka,  pasja,  blog

„Życie, choć może być tylko nagromadzeniem udręki, jest mi drogie i będę go bronił”. ~ Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz Mary Shelley

Najlepsze co przydarza nam się w życiu, wynika z tego, że świat jest nudny. Nie zrozumcie mnie źle, bywają chwile tak ekscytujące, że chwytają za gardło, rozrywają czaszkę i odbierają oddech. Może właśnie dlatego większość rzeczy wypada tak blado, porównując do tych fantastycznych momentów? Od urodzenia siłowałem się z myślą, że nie będę żył wiecznie, ani nawet drugi raz, więc jeśli nie mogę przeżyć niezliczonych żyć, to mogę stworzyć niezliczone światy. I tak oto pojawiamy się na tej stronie.

Mam jedną Pasję przez wielkie P, jest nią tworzenie. Forma, jaką tworzenie przyjmuje - szkicowanie, odgrywanie scen, układanie wierszy, czy po prostu leżenie na kanapie, wyobrażając sobie niestworzone - to kwestia drugorzędna. Nasze mózgi ważą średnio nieco ponad kilogram, a symulują cały wszechświat doznań, od tabliczki mnożenia, przez jedzenie tostów z serem po świadomość istnienia historii rewolucji październikowej. Wszystko to jest intersubiektywnie (czyli zgadzamy się co do tego) prawdziwe. Człowiek czuje, że go boli zranienie w palec, no to ból jest prawdziwy. Czemu mielibyśmy nie wyobrazić sobie, że istnieją światy, które możemy przyłożyć do naszych, upodobnić i odróżnić, a następnie zasymulować miliardy lat ich trwania?

Skąd się właściwie bierze fantastyka i po co nam ona? By odpowiedzieć na to pytanie, należy wprost przejść do dawnych źródeł i spojrzeć na motywacje twórców, nieobarczonych dzisiejszymi standardami rynku, targetowaniem, marketingiem, skojarzeniami popkulturowymi i całą resztą heurystyki.

Mary Shelley - matka Science-fiction - żyła w czasach wielkich przełomów technologicznych, na których tle coraz bardziej ujawniały się cechy typowo ludzkie, związane z tym, jak postrzegamy świat, co w nim wartościujemy i dokąd oraz jakimi środkami chcemy dotrzeć. Jedną z jej najbardziej znanych prac jest Frankenstein, którego zapewne nie czytało bardzo wiele osób, znających jego popkulturowy motyw.

Książka wypełniona jest odniesieniami do kultury, mitologii, chrześcijaństwa czy antagonizacji społeczeństwa wobec pewnych cech indywidualnych. Victor Frankenstein postanawia w niej stworzyć człowieka i udaje mu się to, dzięki nieistotnym do zrozumienia przekazu środkom. Science jest tutaj nie bardziej istotne od Fiction, służy jedynie możliwości zadania pytań, wobec ludzi, którzy w przeciwnym wypadku pytaliby się: „ale jak to możliwe?" zamiast „co z tego wynika?" Piorun uderza, powstaje życie, najmniej istotna część książki to próba zrozumienia technologii. Niestety zbyt często wiele historii sci-fi skupia się na tym aspekcie.

Oto powstaje Potwór Frankensteina, przed którym ucieka jego twórca w chwili słabości. Victor chciał przechytrzyć śmierć i z plew zlepić plon, stworzyć życie od zera. Jeśli nie ma dowodów na istnienie Boga, to zróbmy z siebie Bogów, zaczynając od zdolności kreacji. Ów potwór jak dobrze wiecie, z horrorów klasy B jest wielki, kanciasty, robi: EEEEE i walczy z wieśniakami... No z tym, że wcale tak nie jest.

Potwór Frankensteina siedzi sobie spokojnie i czyta klasyki literatury, kontemplując życie, swoją wartość, snując refleksje nad stosunkami między ludźmi oraz tym, czym jest wolność i jaką cenę przychodzi za nią nam zapłacić. Jakie są konsekwencje tworzenia życia, skoro już można to robić?

Większość książki to próba zrozumienia, że Potwór Frankensteina, choć bardziej oczytany, delikatny, pełen ciekawości, ale też silniejszy i momentami inteligentniejszy, zostaje znienawidzony za swój wygląd zewnętrzny.

No wiecie - jak z dzieckiem - stworzyć łatwo, wychować gorzej. Zło, którym jest karmiony, wzrasta w nim, mimo, że z „natury" był przecież dobry.

I teraz się to wydaje niemalże fundamentalne dla naszego myślenia. Mnóstwo myśli kultury stało się elementami naszego postrzegania świata: Wielki, łagodny olbrzym, zły motłoch, szalony naukowiec, generał USA strzela rakietami, gdy główny bohater uspokaja potwora, grając na flecie etc.

Jest różnica, między pisaniem o czymś ważnym i przedstawianiu tego w sposób intrygujący, fantastyczny i przystępny dla szerszego grona, a przerysowywaniem formy i liczeniem, że zastąpi ona treść. Jeszcze gorzej jest, gdy ktoś zauważa, że ma same wydarzenia, ale nic z nich nie wynika, więc próbuje zakryć to tanim symbolizmem.

Zostając w kręgu „znanych i lubianych horrorów" mamy taki banał jak wojna wampirów z wilkołakami. Mało kto dzisiaj powie, jaka myśl za tym stoi, a same te dwa słowa wywołują raczej lekki uśmiech politowania i zażenowania na twarzach. Głównie za sprawą wszelkiego rodzaju fanficów o wampirach albo wplataniu w światy fantasy wilkołaków, by bohater miał na czym „expić"

Dobrą interpretacją jest uznanie nielicznych, długowiecznych, wyrafinowanych wampirów, żyjących w zamkach za... Arystokratów. Szlachciców, którzy żyją z wysysania krwi wieśniaków... Boją się wiejskiego czosnku i srebrnych krzyży kapłańskich, ale lubią bale, piękne ubrania, szerokie łóżka z baldachimami, wino i płonące kominki. A z kim mają konflikt? Z wilkołakami, które przypominają bardziej z ich perspektywy zwierzęta, mnożą się, żyją w brudnych norach, są agresywne, pełne wigoru, brutalności i żądzy krwi... Zupełnie tak jak zbuntowane przeciwko arystokratom masy.

I nagle się okazuje, że można mądry i zabawny komentarz przyoblec w pełen akcji horror. Niestety po latach oddalamy się od źródeł i zostaje nam tylko to.
 

                                                                       ArtStation - Forest Walkers, Jesse Keisala

Trójnogie roboty z kosmosu Wellsa
Potwór, którego imienia nie pamiętamy
Kalka kalki kalki, użyta jako marionetka w prostej fabule: przyszedł, ukradł, zabił, dostał zlecenie, walczył w rytm metalowej muzyki, chciał zniszczyć ludzkość, ale bohater ostatnią torpedą trafił w rdzeń, ziew, ziew, ziew.

Dlatego dla mnie fantastyka - jeśli mam ją mierzyć swoją miarą i oceniać wobec swojego sumienia - musi wynikać zawsze z jakiejś myśli, refleksji lub próby zobrazowania procesu dialogowego.

To czasami jest jeden element, na przykład: dlaczego czujemy się moralnie uprzywilejowani, by posiadać zwierzęta w domach? Zabieramy sobie je z dziczy, dajemy im ciepły kocyk, miskę, czasem rzucimy kapciem, a czasem wypłaczemy im w futro. Więc wyobraźmy sobie świat, gdzie ponad ludźmi są alegorycznie bardziej rozwinięte Istoty, które widzą ludzi w ich naturalnym środowisku i stwierdzają: jakie słodkie, chcę zabrać do domu. Gdzie wyznaczyć granicę samostanowienia? Kiedy mamy prawo narzucić swoją wolę? Czy zwierze ma prawo się bronić? Ile jesteśmy mu winni, a ile możemy oczekiwać?

Myśli – te wielkie i małe – pozwalają nam oderwać się od naszego życia, spędzić czas w sposób zarazem rekreacyjny i refleksyjny. Mogą zmienić nasze postrzeganie rzeczywistości, a mogą stać się śmieszną anegdotą na przyjęciu. Tak czy inaczej, czytając o tych stworzonych z taką myślą światach, możemy wzbogacić się o niewyobrażalne doświadczenia i wiedzy, których nie zdobylibyśmy, żyjąc tylko jednym życiem.

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do dalszego obserwowania StoryYelling, feedbacku i pisania.

Trwa ładowanie...