Autonomiczna kompetencja
Dzień dobry,
oddaję w Twoje ręce klucz do mojego świadomego rodzicielstwa.
---------------------------
Autonomiczna kompetencja, czyli nieźle się zaczyna
„Z troską o dzieci jest tak, jak z uprawianiem ogrodów. Są ogrody angielskie, fantastycznie naturalne. Ogrodnicy robią wszystko, by wesprzeć rośliny i pozwolić im rozwinąć cały naturalny potencjał. Starają się, jak najmniej przeszkadzać. Ale są też ogrody francuskie. Ogrodnicy z tej szkoły uważają, że przyrodę najlepiej jest przycinać, wyrównywać, geometryzować, dostosowywać do obowiązującej koncepcji estetycznej”
Wojciech Eichelberger, „Jak wychować szczęśliwe dzieci”
A gdyby ktoś Ci powiedział, że Twoje dziecko wie wszystko – tak samo z siebie? Że rodzi się idealne i kompletne, i że jedyne, co potrzebujesz robić, jako rodzic, to być obok? Nie wtrącać się, nie wywierać wpływu i nie manipulować, albo, co gorsze – ściemniać? Uwierzyłabyś? Przestałabyś się czepiać? Przestałabyś oceniać? Zaufałabyś tej małej istocie?
Ja nie umiałam. Nie zrobiłam tego, bo nie wiedziałam, że to tak działa. Nie przyszło mi do głowy, że mój syn wie lepiej. Lepiej niż ja, jego matka?! Albo, że po prostu wie, bo czuje. Bo jest.
RIE czyli dziecko w raju
Kiedy, jako mama kilkuletniego Zachariasza, dziennikarka poznająca współczesne podejścia pedagogiczne, odkryłam filozofię RIE, w mig pojęłam, że tak to właśnie jest, a w głowie poukładały mi się wychowawcze klocki. Dzięki RIE zrozumiałam, że mój syn jest autonomicznie kompetentny.
Podstawą filozofii RIE jest szacunek. Jak pisze Tomasz Smaczny w swojej książce „Pozwól dziecku być” , ten szacunek okazujemy dzieciom w każdej interakcji z nimi. Dzieci są pełnymi istotami ludzkimi od pierwszych swoich chwil. Dlatego celem jest dążenie do rozwoju dziecka autentycznego. A jakie to jest dziecko autentyczne? Takie, które czuje się bezpieczne, które otoczone jest opieką, które czuje się związane ze swoim opiekunem, ale jednocześnie ma poczucie swojej odrębności, a nawet niezależności. Ma także świadomość tego, co potrafi czyli zna swoje kompetencje. Ta świadomość kształtuje się z wiekiem, Myślę, że to, co się tak naprawdę kształtuje to świadomość tej … świadomości. I od razu uspokajam Cię, to nie jest wcale zawiłe, ani skomplikowane. To jedno z najprostszych zagadnień, które poruszam w tej książce. To, co Tomasz Smaczny nazywa RIE czyli „rajem”, bo tak czytamy ten akronim, stworzyła pedagog dziecięca Magda Gerber (oczywiście we współpracy z innymi pedagogami) w 1978 roku. Wtedy powstało w Stanach Zjednoczonych stowarzyszenie RIE.
„Sercem rodzicielstwa RIE jest idea, którą w Polsce znamy już z prac Janusza Korczaka. Dzieci są ludźmi w pełni – czującymi, świadomymi, używającymi swojej intuicji, komunikującymi się. Z natury mają zdolność uczenia się oraz eksplorowania otoczenia, niczym naukowcy testujący hipotezy i rozwiązujący problemy.
Rodzicielstwo RIE można również podsumować jako świadomość perspektywy dziecka, opierającą się na trzech fundamentach:
-SZACUNEK – dostrzegamy i uznajemy, że dzieci od pierwszego dnia życia są wyjątkowymi i odrębnymi od nas ludźmi
- OBSERWACJA – uważnie je obserwując, wzmacniamy swoją świadomość
- ZAUFANIE – zostawiamy im przestrzeń na pokazanie, kim są i czego potrzebują
Tomasz Smaczny, „Pozwól dziecku być”
RIE to skrót od Resources for Infant Educarers czyli po polsku „źródła dla wychowawców niemowląt i małych dzieci”. RIE skupia się na dzieciach do 3-go roku życia. Jak pisała Magda Gerber w swojej książce „Your Self-Confident Baby” filozofia RIE nie jest zestawem niepodważalnych, twardych zasad. Jest to źródło, z którego każdy rodzic może skorzystać. Nie musisz zgadzać się ze wszystkim. W swoim życiu wykorzystaj tylko to, co uważasz za użyteczne.
Dziś, jako mama jednego prawie 13-letniego dziecka i edukatorka wielu innych, w różnym wieku, widzę, wiem i czuję, że dzieci są autonomicznie kompetentne, że są dokładnie takie, jak opisuje to filozofia RIE, jeśli im w tym nie przeszkadzamy oczywiście. Dzieci wiedzą (a raczej instynktownie czują), co jest im potrzebne, by przetrwać, by żyć w dobrostanie, by być szczęśliwymi, choć pewnie do szczęścia dążą mniej intencjonalnie, niż do przetrwania. Pragnienie szczęścia pojawia się, gdy pojawia się świadomość czyli w wieku późnoprzedszkolnym. Wcześniej dziecko-człowiek po prostu jest. I to jest kompletne.
Przez ostatnie lata zmieniło się w moim podejściu do drugiego człowieka niemal wszystko. Jestem niezmiernie wdzięczna za spotkanie z Tomkiem Smacznym, bo dało mi ono poczucie, że w swojej wolności i „luzie” w wychowywaniu Zachariasza nie jestem sama. Obserwując samą siebie i widząc jak w świetle tej filozofii odbieram moje dziecko, analizuję, odpuszczam i wciąż się uczę, chętnie dzielę się moimi doświadczeniami.
Co to oznacza, że dziecko jest autonomicznie kompetentne?
Autonomiczna kompetencja dziecka to jego bycie Sobą czyli jego wrodzone cechy, instynkty, potrzeby i sposób komunikacji, a także tempo rozwoju. Zakładamy, że po urodzeniu, chcemy po prostu być, trwać i się rozwijać, a w tym nie ma nic złego. Podążając za autonomiczną kompetencją dziecka, rodzic/opiekun, obserwuje je i w miarę możliwości pomaga realizować dziecięce zamierzenia i plany. To bycie przy dziecku i towarzyszenie mu w realizacji jego misji zamiast negowania zachowania czy pomysłów rozbieżnych z rodzicielskimi. To wskazywanie dziecku możliwości, pokazywanie okazji, bez wywierania presji na wybieranie tych opcji, które wybrałby sam rodzic.
Autonomicznie kompetentne istoty intuicyjnie wiedzą i czują, co jest dla nich dobre. Nie funkcjonuje to na poziomie rozumu czy świadomego podejmowania decyzji. Na początku, mówimy tu o małych dzieciach do 3-5-go roku życia, dziecko po prostu wyraża swoje potrzeby, rozpoczyna czynności, które są mu potrzebne, są dla niego przyjemne. Nie ma tu zastanawiania się „dlaczego robię właśnie tak?” – dziecko po prostu to robi. My, obserwując je, reagujemy, przy czym brak reakcji, także nią jest. Ingerujemy w działania dziecka lub nie, wyrażamy aprobatę lub nie. Autonomicznie kompetentne dzieci nie mają do siebie pretensji o to, że jakieś odczucie pojawia się w ich ciele, a sygnał co z tym zrobić wędruje do głowy i pojawia się działanie. Ta akcja zdarza się całkowicie poza świadomością. Po prostu się zdarza. Tu rola rodzica-obserwatora przydaje się, szczególnie, gdy skutki jakiegoś pomysłu są niepomyślne, bolesne lub po prostu zadanie nie powiodło się. Wtedy bliskość opiekuna, który nie gani, a jest i wspiera, jest kluczowa. To samo dotyczy sytuacji, gdy dziecku coś się udaje. Wzmocnienie pozytywnych sytuacji jest istotne i zapamiętywane przez autonomiczny układ dziecka, które rejestruje wibracje związane z sukcesem, przyjemnością, radością itp.
Naturalnie empatyczne, silne, dobre, szczere i dbające o harmonię dzieci chcą przetrwać w stanie jak najbardziej zbliżonym do tego, z czym przyszły na świat. Ten cel jednak realizuje się poza świadomymi wyborami, dlatego dzieci są tak bardzo podatne na wszystko to, czego doświadczają, co widzą, a przede wszystkim na to, co robią ich rodzice i opiekunowie. Obserwujemy, że już małe dzieci wiedzą, bo czują, co chcą jeść, jak chcą (a tym bardziej jak nie chcą) spędzać czas, kiedy pójść spać, a kiedy głośno wyrazić sprzeciw.
MAŁE DZIECI SA AUTENTYCZNE
Autonomiczna kompetencja to stan osiągalny dla każdego z nas, jednak małe dzieci są z nim najbliżej. Z maluchem, który czuje i wie, sprawa jest względnie prosta, bo wystarczy obok niego być i dbać o siebie, i o jego byt. Jest przecież od nas zależny, więc to my dostarczamy mu tego, czego mu trzeba – jedzenia, bliskości, ciepła (dosłownie i w przenośni), rozrywki itp. I właśnie to, w jaki sposób to robimy, co mówimy, jak patrzymy, jak się z tym czujemy, co wyrażamy, kształtuje bobasa lub kilkulatka na tyle, że może w spokoju nadal, intuicyjnie, czując rodzicielskie wsparcie i aprobatę, podążać drogą autentyczności czyli najprościej rzecz ujmując, może nadal być sobą, a jego instynkty, intuicja i decyzje poparte czuciem siebie, są wzmacnianie i prowadzą do kolejnych pozytywnych zdarzeń. W przypadku małych dzieci, działa to na zasadzie wzmacniania tego, co się zdarza i wygląda jak podsumowywanie czy wyliczanie zysków i strat. Profitem czy potwierdzeniem dla dziecka, że podoba mu się to, jak jest, będą zdarzenia w przyszłości, gdy pewność siebie, wolność i umiejętność decydowania o Sobie wskażą mu ścieżki świadomego rozwoju.
Czy wychowanie psuje autonomiczną kompetencję dziecka?
Kiedy dociera do nas, że nasze dzieci wiedzą i czują czego im potrzeba, pojawia się w głowie pytanie „to co ja właściwie mam robić? Pozwalać na wszystko? Stawiać granice? Gdzie? Jeśli moje dziecko nie ma ochoty funkcjonować tak, jak inne dzieci, to czy mam mu na to pozwolić?” To cały zestaw pytań, który zadaje sobie rodzic dostrzegający indywidualne cechy swojego autonomicznie kompetentnego dziecka i stoi przed wyborem – wrzucić dziecko do kotła tradycyjnej edukacji zapominając o tych jego cechach, czy może znaleźć sposób na to, żeby pogodzić własne obowiązki, przekonania, nawyki z własnego dzieciństwa, z tym, co ewidentnie przydałoby się smykowi, by mógł rozwijać się bez presji i dostosowywania się do tego, co robią, każą, mówią, dyktują inni. Oczywiście bajecznym wydaje się połączenie potrzeb wszystkich zainteresowanych i osiągnięcie wygodnej harmonii bez większych rewolucji. Z mojego doświadczenia wynika, że nie jest to możliwe. Podstawą jest szacunek i zaufanie do autonomicznej kompetencji dziecka i niejako dostosowanie procesu edukacji, a także ścieżki zawodowej rodziców do tego, by dziecko mogło realizować i rozwijać swój potencjał.
Najczęściej psujemy autonomiczną kompetencję dziecka uparcie wychowując je według tego, czego nauczono nas. Nie dopuszczamy do głosu, bo „to przecież tylko dziecko”, a do tego zwykle „wiemy lepiej, bo jesteśmy starsi”, a wdając się w dyskusję z rozmownym już maluchem, argumentujemy „to dla Twojego dobra”. A dzieci czują, że „coś nie gra” i ogarnia je złość. Czasem udają, że pasuje im to, co proponujemy, bo taka postawa się bardziej opłaca i realnie zbliża dziecko do celu, którym jest święty spokój, harmonia i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy indziej, zagubiony w chaosie zdarzeń, wielu nakazów i niewielu pytań w stylu „co czujesz?” lub „co jest Ci potrzebne?”, smyk, zwyczajnie odpuszcza swoją autonomiczność, bo tak dyktuje mu jego instynkt samozachowawczy: „żeby przetrwać w tym stadzie, potrzebuję się dostosować”.
DZIECI STARSZE
W przypadku starszaków, a potem nastolatków, zapomniana lub zaniedbana autonomiczna kompetencja dochodzi do głosu, gdy odzywa się stłamszona natura, niezrealizowana wizja, niespełnione marzenia lub skrywane pasje. Mówimy często wtedy, że to bunt nastolatka albo innego wieku. Nie stwierdzam oczywiście, że coś takiego, jak faktyczny „bunt” nie istnieje, nie chcę się teraz na tym skupiać. Mówię jedynie, że często te „trudne” zachowania dzieci starszych, to właśnie ta niemożność wyrażenia się w latach wcześniejszych lub brak opcji na poznanie swojej natury i swojej autentyczności. Dorośli zawsze znajdą wymówkę, usprawiedliwienie, pretekst i „machnięcie ręką” na ten wołający z wnętrza głos. Jestem rodzicem prawie nastolatka i z wieloma mam do czynienia, pamiętam także swoje młodzieńcze lata. Wiem i czuję, że odnajdywanie tego wewnętrznego poczucia siebie, swojej autentycznej kompetencji jest tym trudniejsze, im bardziej potrzebowaliśmy się w przeszłości dostosować do tego, czego od nas wymagano.
Autentyczna kompetencja jest i działa, bez względu na to, jak bardzo była lekceważona, ignorowana lub zwyczajnie niezauważona. Dlatego zawsze warto rejestrować potrzeby dziecka od samego początku. Żeby nie narobić sobie, i dziecku, zaległości z jestestwa.
Zatem, gdy ta autentyczna kompetencja jest, ale jakby jej nie było, młody człowiek działa „na pół gwizdka”. To jak walka o przetrwanie bez dbania o poziom, komfort tego przetrwania. Znamy to dobrze, bo my – współcześni rodzice jesteśmy właśnie tym budzącym się pokoleniem rodziców, którzy zdają sobie sprawę z tego, ile ważnych spraw, cech, zachowań, kiedyś nie miało znaczenia, a dziś, wychowując własne dzieci, widzimy i czujemy wagę tych zdarzeń, onegdaj nazywanych błahostkami, lub w ogóle niezauważanych w myśl zasady „dzieci i ryby głosu nie mają” lub po prostu „co Ty tam sobie znowu wymyślasz”.
Ja taka byłam. Dostosowałam się, a przynajmniej tak się wydawało tym którzy oczekiwali ode mnie funkcjonowania w systemie. Być może także w powszechnym pojmowaniu życia dziecka (a potem nastolatki) wtedy nie było opcji na funkcjonowanie poza schematem . Był sznyt. Działaliśmy według niego. Dziś to wiem, dziś to czuję. Żyłam z innymi, chodziłam do szkoły, jeździłam na obozy czy uczęszczałam na zajęcia pozaszkolne i żyłam drugim życiem …w moim pamiętniku. Pisałam go od 11-go roku życia. Pisałam tak, jak nie rozmawiałam z nikim. I choć miałam i mam kochających rodziców, przez kilkanaście lat pełną rodzinę (rodzice rozwiedli się, gdy miałam 17 lat) i regularne spotkania rodzinne, a także przyjaciół i jakąś „ekipę”, dziś, gdy czytam to, o czym pisałam w swoich pamiętnikach (zapisałam ich około 30tu), przenoszę się do świata niezwykle wrażliwej, samotnej i nierozumianej istoty, którą mogłabym nazwać niespełnionym, zakompleksionym odludkiem, gdyby nie to, że takie nazewnictwo jest krzywdzące, oceniające, a w nosi de facto niewiele konstruktywnej treści.
Fragment z mojego pamiętnika:
11.04.2000
No i stało się …. Jedna decyzja – nowa szkoła … jaka szkoła? Taaaka szkoła… Elitarna, he, he, tak mówili. Po krótkim czasie przebywania z tyyymi ludźmi zaczęłam dostrzegać prymitywizm większości otaczających mnie osób… (…) … Awantury … raz z ojcem, choć rzadko bywał w domu, gdyż pracował (nadal pracuje) w tzw. „rajchu”, no więc częściej „żarłam” się z matką … było coraz gorzej . Nie jestem w stanie przytoczyć tamtych kłótni … Chodziło pewnie o codzienne sprawy , żadnych złych intencji. Po prostu zakłócenia w przekazywaniu komunikatów i najwyraźniej nie budziło to specjalnego niepokoju … ot takie zwyczajne dojrzewanie nastolatki … Teraz wiem – oni naprawdę nie rozumieli. (…) To stąd nieporozumienia … W grę wszedł nie tylko winowajca „konflikt pokoleń”, ale zwyczajnie inny rodzaj świadomości. (…) Tu pewnie myślicie (zwracam się do potencjalnego czytelnika mojego pamiętnika, który czasem pisałam jak książkę, którą wydam w przyszłości – dopisek autorki) sobie: „zarozumiała gó*niara, ma się za nie wiadomo kogo” … Macie trochę racji … Uważam się za kogoś innego … od innych … od tamtej osoby, którą kiedyś byłam …, ale jest w tym coś jeszcze … Dlaczego tak radykalnie się zmieniłam? …”
Zapytałam niedawno mojej Mamy jaka byłam kiedyś? Czy byłam typem odmieńca? Czy może wpisywałam się w schemat? Dziś wiem i coraz lepiej czuję swoją odmienność, swoje oryginalne atrybuty, ale byłam ciekawa czy tak było zawsze? Jak to było, gdy nie byłam świadoma tego, że można inaczej, niż wszyscy, po swojemu i że swoją największą moc czyli autentyczną kompetencję, mam w sobie? Podobno zachowywałam się poprawnie, tak, jak tego ode mnie wymagano, robiłam to, o co prosili mnie dorośli, a co się działo w środku? To inna sprawa i wiem to tylko ja …, a raczej mój pamiętnik, bo pewnie, gdyby nie to, że większość tamtych rozważań mam na papierze, to nie pamiętałabym o nich. Teraz, obserwując dzisiejsze dzieciaki, widzę siebie i rozumiem czego im trzeba, bo wiem czego zabrakło mnie. Nikt, a przynajmniej tego nie pamiętam, nigdy nie powiedział mi „Bądź sobą. Jesteś wyjątkowa. To, co czujesz, jest OK. Możesz to wyrazić”.
Gdy patrzę wstecz, nie brakowało mi swobody w codzienności, bo takie były czasy. Siedzieliśmy na podwórkach, na trzepakach, ganialiśmy po klatkach schodowych i klimat w niczym nie przypominał tego, co robi dzisiaj moje dziecko. Zac nie jest huncwotem z blokowiska. Jest dziki w swoim sercu, a łagodny i harmonijny w swej codziennej aktywności. My byliśmy dzicy na swój sposób, wolni w swoich niepokornych podwórkowych działaniach, ale uciszani w towarzystwie przez dorosłych, rzadko pytani o zdanie i raczej nie uświadamiani, że możemy być inni i myśleć oraz czuć inaczej (niż mama/tata/babcia/dziadek/ciocia/wujek…). Bardziej powszechne były i pewnie czasem jeszcze są, postawy typu : „ja wiem wszystko, a Ty niewiele, bo jesteś dzieckiem, więc ja – dorosły muszę Cię tego nauczyć” … Jakże jest to inne od tego, w co wierzę i praktykuję codziennie. Jakże jest to inne od tego, czego autentycznie kompetentna istota potrzebuje, by wzrastać.
JAK ODBUDOWAĆ AUTONOMICZNĄ KOMPETENCJĘ?
Czego potrzebuje autentyczna kompetencja dziecka by wzrastać lub by się odrodzić? Po pierwsze, świadomości rodzica, który zorientowawszy się, że coś „traci” lub „stracił” decyduje się temu przyjrzeć, by to uratować lub odzyskać. Taka świadomość to pierwszy i najważniejszy krok do tego, by coś zmienić w wielopokoleniowych czasem schematach, które w naszym społeczeństwie są uznawane za bardziej naturalne, niż dawanie dzieciom głosu, uznawanie ich za partnera i istotę pełnoprawnie korzystającą z uciech życia, choć wciąż zależną od nas. Myślę, że pojęcie tej granicy, pomiędzy kontrolą, narzucaniem, a opieką i towarzyszeniem jest kluczem do autonomicznej kompetencji naszego dziecka.
O WYBACZANIU SOBIE BŁĘDÓW
Kochany Rodzicu, to ważna sprawa, nie biczuj się za to, że nie od razu ufasz autonomicznej kompetencji Twojego dziecka.
To, że mamy z tym problem jest zrozumiałe i dla nas naturalne. W końcu nikt nas nigdy nie uczył takiego spojrzenia na drugą istotę. Wychowani w trybie oceniania i zrzucania winy na innych, na początku nie odnajdujemy się w przestrzeni, w której każdy ma rację i każda racja jest inna, a dziecko ma jej tyle samo, co dorosły. Tym bardziej, warto się tej sytuacji przyglądać z uwagą i łagodnością dla samego siebie.
Nikt nas nie uczył tego, że dzieci mają głos, a co dopiero, że mogą go używać, a do tego jeszcze, że mogą cokolwiek wiedzieć o tym, co jest dla nich dobre. Uczymy się tego teraz, kiedy często jest pozornie za późno. Dzieciaki mają już kilka albo kilkanaście lat, nauczyły się już tego, że ze „starymi” to jest fajnie, ale jak dają „kasę” (bo ta okazuje się być ważna w życiu), a dogadać się to raczej trudno tak naprawdę szczerze. Nauczyły się grać w tę grę.
I duże i małe chłoną to, co dostają od otoczenia i można powtarzać w nieskończoność, że „tak nie wolno” lub „tak nie wypada”, a gdy z ich wewnętrznego algorytmu obserwacji wynika, że jakieś zachowanie i zagrywka się opłacają, to mają one miejsce. A co oznacza, że coś się opłaca? Najczęściej chodzi o zwrócenie na siebie uwagi, o zainteresowanie, o coś innego, niż to, co nudzi je, ich na co dzień. Nie uważam, że to złe lub niestosowne. To naturalne i oznacza, że zawsze jest szansa na to, że autentyczna kompetencja da się odkopać, że odzyska swoją moc, a doświadczenie i świadomość mogą ją wzmocnić. Myślę także, że czeka to każdego z nas – dorosłych. Taki mamy czas i każdy z nas wchodzi w taki proces odnajdując swoje młodzieńcze marzenia i pomysły, tęskniąc za nimi, za swoją beztroską autentycznością pragnień. Świadomość, że ten mechanizm działa od wielu pokoleń i że wiele autentycznych kompetencji zostało zaniedbanych, pomaga nam dotrzeć do przyczyn i ułatwia pojęcie wielopokoleniowego kodu. Stawiamy się tym samym na równi, bo wszystkim nam, zależy na tym samym czyli na zdrowiu, spokoju, szczęściu i harmonii.
Nawet Ci, którzy uważają, że z ich autentycznej kompetencji nie zostało już nic lub obserwują ten stan u swoich dzieci i z trwogą patrzą na to, co wyprawia ich latorośl spędzając długie godziny np. przy komputerze lub smartfonie, miewają przebłyski spokoju i dostrzegają te instynktowne sygnały od naszych autentycznych pragnień. No i warto zapamiętać, że zaczynamy od własnego podwórka czyli od Siebie i swojej rodziny, bo nie każdy przebłysk ma szansę zabłysnąć, a niepielęgnowany szybko daje się zagłuszyć. Często, dla świętego spokoju, opłaca się zostać przy normach wyznaczanych przez systemowo wygodny świat, w którym nikt nie pyta kim jesteś. W którym mówią Ci kim jesteś i wcale nie musisz tego czuć.
Przerażająca wizja, nieprawdaż?? Wdech, wydech. Nie dygaj, nic straconego! Choć to zawsze kwestia wyboru i konsekwencji w podjętej decyzji..
Zakładając, że już trochę „popsuliśmy” te nasze cudeńka nie wiedząc lub nie wierząc, że one wiedzą i czują jak najbardziej „poprawnie” i one nie są już niemowlętami, a raczej coraz bardziej świadomie i chętnie wchodzą w nasze śpiewki o tym co można, czego nie i co wypada, szczególnie w obecności innych, to teraz właśnie mamy genialne pole do popisu.
ŻEBY COŚ ZMIENIĆ, TRZEBA COŚ ZMIENIĆ
Kiedy już wiemy i czujemy, że w nas samych lub w naszej rodzinie, autentyczne kompetencje „leżą i kwiczą”, opowiadamy o tym sobie, a potem dziecku. Kiedy wiemy, że nasz szkrab, szkrabem przestał być już dawno, a włączyła mu się raczej konkretna analiza okoliczności, nazywamy rzeczy po imieniu. Pokazujemy na swoim przykładzie, opowiadając o sobie i swoich odczuciach, co czujemy, że straciliśmy i co chcielibyśmy z tym zrobić. Tłumaczymy także, tym samym, swoje zachowanie, czasem nadmierną kontrolę i pytamy o zdanie np. „co o tym sądzisz?”, lub „wyobrażasz sobie, że ja się tak czułam?”, „miewasz tak czasem?”. Wcale nie chodzi tu o rozbudowaną konwersację, a raczej o pokazanie Siebie jako partnera do dialogu. Najważniejsza jest zmiana, która wywołuje zaskoczenie, wzbudza nową emocję, a tym samym pokazuje, że zawsze jest miejsce na weryfikację ustaleń w rodzinie. I jeśli w naszym dziecku, któregoś dnia zabłyśnie jakaś nowa iskierka autentyczności, będzie miało odwagę nam o tym powiedzieć lub po prostu się za to zabrać. To, obok szacunku, kolejny filar autentycznej kompetencji – zaufanie. Jestem, bo ty jesteś. Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i to jest w porządku, bo ufamy sobie i chcemy dla siebie dobrze.
W przypadku młodszych dzieci, możemy urządzić sesję rysowania marzeń, swoich wewnętrznych, skrywanych pragnień, a może odczuć, które łatwiej wyrazić w takiej zabawie. Sesji rysowania na pewno będzie towarzyszyła też wymiana zdań, a może jakieś zaskakujące pytanie od dziecka, typu „mamo, a czy ja mogę być czasem zły?”
Masz problem z przyznawaniem się do słabości? To najlepszy moment, żeby ten lęk pokonać. Wyobraź sobie, że grasz w grę i to jest Twoja misja w tej planszy. Działaj.
Inna wizualizacja, to rzeka – jesteś nią i płyniesz. Nie ma odwrotu. Możesz jedynie i aż wpłynąć do morza lub oceanu i się nim stać. Bez lęku, a z przyzwoleniem na to, że wpływasz na nowe, ale fascynujące wody.
Doskonale motywująco działa też świadomość, że, gdy przyznajemy się do błędu lub słabości, uczymy tego nasze dziecko. Pokazujemy mu, że to naturalne czasem nie wiedzieć, coś zmienić i wymyślić od nowa. Tak długo jak działamy i szukamy rozwiązań, ma to skutek perfekcyjnie pedagogiczny – pokazuje, że świat wokół nas możemy dostosować do swoich potrzeb, także w kwestii emocji.
A kiedy dzieje się za dużo i mam wrażenie, że wszyscy się pogubiliśmy i nie można znaleźć wspólnego rozwiązania, mówię STOP i wyrażam swoje rozterki. Tak, robię to werbalnie. Najnormalniej w świecie pytam dziecko o zdanie, bo sama nie wiem lub widzę i czuję, że coś nie działa. Tak, przyznaję, widziałam już wiele zdziwionych dziecięcych buziek, które świadczyły o tym, że nikt ich wcześniej nie pytał o takie rzeczy, a nawet jeśli pytał, to nie słuchał, lub nie słyszał odpowiedzi. Albo na przykład nie brał jej pod uwagę. Jest wiele sposobów na to, żeby do dziecka dotrzeć i przyjrzymy się im rozkminiając komunikację z dziećmi w różnym wieku. Jedno liczy się tu najbardziej - nawet, gdy dociera do nas, że nasze zarządzanie życiem dziecka zaszło za daleko i do tej pory wcale (lub prawie wcale) nie szanowaliśmy tych jego kompetencji, co więcej wątpiliśmy w ich istnienie, zawsze jest czas, żeby zacząć od nowa. Co więcej, można to robić z niewinną radością. Autentyczna satysfakcja z wprowadzania nowości w kompetentny sposób ma wielką moc.
Pewnie, że inaczej się zapobiega, a inaczej leczy i są to pozornie zupełnie inne drogi. Łączy je jednak jedno – świadomość szczerości intencji oraz uważne wyrażanie potrzeb. Słowa są tu pomocne, ale jeszcze większą rolę odgrywają czyny i łagodność istnienia. Skoro mamy niejako przekodować to, czego już nauczyliśmy dziecko, i skoro mamy się nauczyć funkcjonować w tej postawie bezwiednie, ważne jest poczucie bezpieczeństwa.
PRZYKŁADY:
Pytamy np.:
- Na co masz ochotę? Dlaczego? - potrzebujemy dowiedzieć się czy dane zachowanie wynika z tego, że dziecko tak nauczyło się funkcjonować czy faktycznie tego chce?
- a może masz jakiś inny pomysł?
- jak się czujesz, gdy robimy …?
- a gdybyś mógł sam zaplanować ten dzień i tę sytuację, to jakby ona wyglądała?
Nie wzbudzając niepotrzebnego lęku, skupiamy się na korzyściach z doświadczania. Tym bardziej, że podążając za dziecięcą kompetencją i autentycznością jego autonomicznych pragnień, często odkrywamy w sobie swoje „wewnętrzne dziecko”, które szczerze cieszy się z tych nowych, a starych zajawek. Okazuje się, że zawsze, lub od dawna, chcieliśmy zrobić coś inaczej i nie ma nic złego w rozwiązaniu zaproponowanym przez dziecko. Kiedy pozwalamy sobie na doświadczanie radości lub upajamy się radością dziecka, chcemy odnaleźć ten stan w sobie i zadajemy pytania samym sobie „co lubię robić?” – ja jako np. ja – kobieta, człowiek, a nie Mama Zachariasza.
Świadomie i z całą stanowczością stwierdzam, że najdziwniejsze pomysły mojego syna, najczęściej są zupełnie nieszkodliwe i nie mam absolutnie żadnych sensownych argumentów przeciwko nim. Turlanie się z wału przeciwpowodziowego w stronę łąki, przesiadanie się do innego stolika i jedzenie ciastka z obcymi ludźmi, którzy po chwili nie są już obcy, zadawanie pytań o brak uzębienia sąsiada … temu sąsiadowi - to tylko pierwsze przykłady, które przychodzą mi do głowy, gdy pomyślę o autentycznych zagrywkach mojego syna, których sama pewnie bym nie przeprowadziła.
Zwykle zadaję sobie jedno kluczowe pytanie „dlaczego nie?” i gdy w odpowiedzi nie pada okoliczność zagrażająca zdrowiu lub życiu kogokolwiek i nie jest to działanie na czyjąkolwiek szkodę, wchodzę to. Bo mogę. I chcę. Tak czuję. I to jest autentyczne.
-----------------------
Mam nadzieję, że treść tego rozdziału przyda Ci się w Twoim Jestestwie.
Dziękuję Ci za Twoje słuchanie i słyszenie. Serdeczności - Lidia <3
Trwa ładowanie...