Świąteczno-noworoczna dyskusja: czy popularność Brauna jest karą za totalne ataki na religię

Tekst nr 1


Braun jest znakiem, którego progresywna Polska ciągle nie rozumie. Bo szok i niedowierzanie to reakcje wynikające raczej z bezsilności, taka publicystyczna forma rozkładania rąk. Przecież to niemożliwe, żeby w nowoczesnej Polsce na trzecie miejsce rankingu partii wskoczył facet, który wzywa do batożenia gejów i przywrócenia mszy po łacinie.

Pisałem w roku 2023 (https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,29609767,marcin-matczak-fanatyczni-zwolennicy-po-nawalaja-w-umiarkowana.html), że ludzie, którym nie podobała się kościółkowość Hołowni będą musieli sobie poradzić ze „Szczęść Boże” Brauna i właśnie to się na naszych oczach dzieje. Polska 2050 upada, Konfederacja Korony Polskiej triumfuje. A progresywna Polska ciągle drapie się w głowę i powtarza „jak to możliwe?”.

Święta to niby niedobry czas, żeby pisać o polityce. Ale może to jedyny moment, kiedy można porozmawiać o znaczeniu religii dla polityki – bo to jest temat, bez którego zrozumienia nie da się zrozumieć Brauna. Dlatego znowu ryzykując hejt zamkniętych głów, które ciągle pozują na otwarte, piszę: pseudoreligijnym populistom rośnie z powodu tego, co robią antyreligijne polskie elity. Te, które przez lata obśmiewały szacunek dla tradycji, dla wiary, dla konserwatywnych wartości a teraz dziwią się, że ktoś sprzedał ich brutalną – i brunatną – imitację.

Siła Brauna wyrasta z poczucia zagubienia w chaosie norm i wartości, z erozji tradycyjnych autorytetów i relacji społecznych. Wiele osób czuje duchową pustkę i dezorientację. Dlatego w miejsce realnych więzi i wzorców wkraczają polityczni szarlatani.

Braun kusi wizją prostego porządku. Hasła takie jak „Kościół, szkoła, strzelnica” obiecują świat, w którym wszystko jest jasne: Bóg i tradycja wracają na należne miejsce, młodzież dostaje jasne reguły, a naród siłę do obrony wartości. Absurd? Dla wielu tak. Ale dla innych brzmi jak odpowiedź na chaos.

Braun kreuje się na strażnika odwiecznego ładu – potępia „zboczenia” i „herezje” współczesności, wskazuje winnych degrengolady (liberałów, „dewiantów”, obcych). Podaje proste recepty: „Wystarczy wrócić do tradycji”, świadomie archaizuje przekaz: odwołuje się do dawnej etykiety („Drodzy Rodacy”), cytuje łacińskie maksymy, przywołuje historyczne symbole. W liturgicznej powadze jego wystąpień – w kwiecistych zdaniach, barokowych metaforach – wielu odnajduje echo dawnego świata: hierarchicznego, pobożnego, statecznego.

Szczególnie młodzi mężczyźni widzą w Braunie figurę ojca, którego im brakuje. Dla nich nie jest on bynajmniej obciachem, lecz ratownikiem wyciągającym z topieli relatywizmu.

Bardzo niebezpiecznym aspektem fenomenu Brauna jest to, że oferuje on symulakrum religii – rytuał bez ducha, krzyż bez Ewangelii. Serwuje karykaturę katolicyzmu, pozbawioną jego moralnej treści, za to pełną jadu: antysemityzmu, spiskowych teorii, szczucia na uchodźców i Ukraińców – wszystkiego, co stoi w sprzeczności z etyką chrześcijańską opartą na miłości bliźniego.

Można powiedzieć, że Braun stworzył parodię Kościoła: polityczną sektę, gdzie tradycyjne dewocjonalia służą legitymizacji zupełnie niechrześcijańskich postaw – nienawiści, przemocy, zemsty. Wiele osób, którym brakuje dziś poczucia świętości w życiu publicznym, daje się nabrać na tę fasadę.

Progresywna strona tego nie widzi, bo nie rozumie atrakcyjności pozornego ładu. Nie rozumie, że chaos normatywny nie jest abstrakcją, ale dla wielu doświadczeniem codziennym. I nie rozumie, że kiedy ona atakuje religię, Braun wyrasta na jej obrońcę.

Żarty z latającego potwora spaghetti jako wizji Boga może i są śmieszne za pierwszym razem, ale powtarzane do znudzenia stają się manifestem wyższości: my oświeceni vs. wy zaściankowi. Emocjonalna struktura tej pogardy zaczęła przypominać inne uprzedzenia, które niby zwalczamy.

W liberalno-lewicowej narracji Kościół i wiara często przedstawiane są wyłącznie jako siedlisko zła: opresji, zacofania, przemocy. Owszem, Kościół sam dostarczył powodów do krytyki – skandale pedofilskie, polityczne uwikłania, hipokryzja. Jednak przeszliśmy dalej: do wojny totalnej z religią w przestrzeni publicznej.

W mediach liberalnych regularnie pojawiały się głosy, że wszelkie przywileje Kościoła – od katechezy w szkole po kwestie podatkowe – należy zlikwidować. Formułowano pomysły traktowania spowiedzi jak praktyki przestępczej czy ściągania krzyży. Dla ludzi wspierających Brauna to nie była już walka o standardy państwa świeckiego, ale wojna kulturowa. A wojny kulturowe mają to do siebie, że produkują przywódców plemiennych.

Gdy opowieść o winach instytucji zamienia się w tezę o „amoralności” religii w ogóle, emocją przestaje być sprawiedliwość, a zaczyna być zajadłość. Widać ją niestety u byłych duchownych, którzy stali się gwiazdami świeckiej krytyki. To już nie jest krytyka nadużyć, lecz narracja totalna: religia jako źródło zła, przeszkoda dla demokracji, projekt do unieważnienia.

Delegitymizacja religii w sferze publicznej pozostawiła próżnię duchową. Ale potrzeba wspólnotowego przeżycia sacrum nie zniknęła – przeniosła się na margines, gdzie czekał Braun ze swoją atrapą sacrum. Teraz rośnie, bo korzysta na symetrii destrukcji, na wrażeniu wojny totalnej. On gra na zniszczenie Unii, liberalnych wartości, różnorodności. Drugą stronę ukazuje jako grająca na zniszczenie Kościoła tradycji i sacrum jako takiego. Jedni chcą świata oczyszczonego z postępu, drudzy – świata oczyszczonego z religii. To jest wizja Kononowicza w wersji kulturowej: ludzie myślą, że jeśli nie będzie takich polityków jak Braun, nie będzie niczego.

Rosnące poparcie dla Brauna to cena za wojnę z religią. Wykopaliśmy rów, który miał oddzielić Polskę od zabobonu, a z tego rowu wyszedł demon dużo groźniejszy niż rysowany grubą kreską katotaliban. Bo Braun nie jest anomalią, ale reakcją na stworzony przez progresywne elity świat.

Można nienawidzić Kościoła – często z uzasadnionych powodów – ale nie wolno ignorować faktu, że ludzie potrzebują sacrum. A jeśli nie otrzymają go w dojrzałej formie, sięgną po jego karykaturę.


 

Tekst nr 2

 

Ostatnio napisałem, że ataki na religię wspierają popularność takich polityków jak Braun. Pod tekstem pojawiło się kilkaset komentarzy, w których jest wszystko: że powinni mi zabrać dyplom, który znalazłem w paczce po chipsach, że mnie popier…ło, i że pod garniturem noszę sutannę.

Uważam, że musimy być intelektualnie przygotowani, by rozpoznać przyczyny brunatnego niebezpieczeństwa, które nadchodzi nad Polskę. A żeby być przygotowanym, musimy więcej czytać, a mniej się obrażać. W waszych komentarzach, w których brakuje jeszcze czegoś o mojej matce, nie ma ani Hanny Arendt, ani Fromma, ani Karen Stenner, którzy mówią to samo, co ja: autorytaryzm nie rodzi się z nadmiaru religii, lecz z poczucia jej rozpadu; nie z przesytu norm, lecz z wrażenia, że norm już nie ma.

Stenner pisze, że postawy autorytarne są uruchamiane przez poczucie „normatywnego zagrożenia”: wrażenie, że znikają wspólne wartości. Gdy ludzie czują, że nie ma już wspólnej definicji dobra i zła, stają się bardziej nietolerancyjni, agresywni i domagają się twardej ręki. Głównym źródłem ich lęków jest obawa przed „moralnym rozkładem”.

To samo opisują Pippa Norris i Ronald Inglehart: zmiany kulturowe, sekularyzacja i unieważnianie religii wywołują reakcję obronną. Ludzie przywiązani do tradycyjnych ram moralnych czują się zagrożeni, pozbawieni języka, w którym da się opisać świat jako uporządkowany. I zwracają się ku liderom, którzy obiecują przywrócić porządek. Nie dlatego, że chcą dyktatury, ale dlatego, że boją się świata bez osi moralnej.

Ataki na religię są więc prezentem dla autorytaryzmu. Produkują to, czym on się żywi: lęk, dezorientację, poczucie, że wszystko się rozpada. A potem wystarczy surowy ojciec narodu, który mówi: „spokojnie, ja wam ten chaos uporządkuję”.

Warto o tym pomyśleć. Warto też odpowiedzieć na polemikę Artura Nowaka, który nie chce dostrzec różnicy między krytyką Kościoła hierarchicznego a atakiem na religię jako taką.

Nowak czyni dobro, gdy tropi pedofilię w Kościele — za to wielu katolików jest mu wdzięcznych. Ale gdy z demaskowania przestępstw przechodzi do symbolicznej egzekucji chrześcijaństwa, traci wiarygodność i bezstronność. Jest bowiem przepaść między pokazaniem światu księdza-przestępcy z czarnym paskiem na oczach a założeniem takiego paska Jezusowi — jak na okładce jego książki “Chrześcijaństwo. Amoralna religia”. To już nie krytyka, tylko ideologiczny gest niszczenia.

Jeśli Nowak chce zobaczyć, jak wygląda uczciwa intelektualnie ocena chrześcijaństwa, niech sięgnie po “Boże władztwo” Toma Hollanda — agnostyka, który pokazuje, że równa godność i etyka ochrony słabszych wyrastają właśnie z tradycji, którą Nowak unieważnia. Wtedy dostrzeże różnicę między rozliczaniem zła a produkowaniem paszkwilu — i dlaczego to pierwsze buduje jego autorytet, a drugie go kompromituje.

Z kolei na replikę Tadeusza Zatorskiego nie powinienem odpowiadać, bo pisze on, że ze mną „oczywiście” nie warto dyskutować. Ale tym się różnimy, że ja z dyskusji nikogo nie wykluczam.  

Cytując kilku badaczy, Zatorski chce wykazać, że to religia produkuje faszyzm.  Problem w tym, że te cytaty mówią coś odwrotnego.

Adorno nie twierdził, że katolicyzm produkuje faszyzm, tylko że osobowość autorytarna dobrze czuje się w strukturach hierarchicznych – raz kościelnych, raz partyjnych. Wyróżnił wręcz „pseudokonserwatystów” – ludzi, którzy nadużywają wartości konserwatywnych do celów antydemokratycznych. To jest przypadek Brauna

Fromm twierdził, że człowiek autorytarny nie znika wtedy, gdy zabierze mu się Boga. On po prostu znajduje sobie innego: naród, rasę, partię, wodza. „Religia władzy” może być równie dobrze ateistyczna jak kościelna.

Podobnie z von Balthasarem i jego „okrutnymi karykaturami katolickiego posłuszeństwa”. To nie jest oskarżenie Kościoła, tylko ostrzeżenie przed jego parodią. Faszyzm to nie kontynuacja chrześcijaństwa, ale jego bluźniercza imitacja: bierze rytuał, a wyrzuca etykę; bierze hierarchię, a wyrzuca miłość bliźniego. To robi dziś Braun.

Dwa zjawiska mogą współwystępować, ale nie być swoją przyczyną. A katolicyzm i faszyzm mogą współwystępować, bo ten sam typ osobowości może realizować się łagodnie w religii i brutalnie w faszyzmie.

To jest sens mojego argumentu. Zamiast bronić zdrowego konserwatyzmu, który kanalizuje potrzebę sensu i ciągłości, progresywne elity chcą go w imię świeckości likwidować. A potem są bardzo zdziwione, że w jego miejsce przychodzi konserwatyzm chory, agresywny, brunatny.

Zatorski pyta, czy był kiedyś faszyzm, którego nie poparł Kościół. Owszem, był totalitaryzm, któremu Kościół się jednoznacznie sprzeciwiał – sowiecki. Skoro religia rodzi autorytaryzm, to ZSRR powinien być rajem wolności. Przecież tam zrobiono to, o czym marzą radykalni krytycy Kościoła: religię zlikwidowano systemowo.

Czy osobowość autorytarna wyparowała? Przeciwnie. Została uwolniona od ograniczeń. Nie pojawił się racjonalny humanizm, ale religia polityczna w wersji hard: nieomylna doktryna, heretycy, procesje, a nawet relikwie (zabalsamowane ciało Lenina).

Zniszczenie religii nie zlikwidowało osobowości autorytarnej, ale ją zradykalizowało.  Sowiecki eksperyment pokazał, że religia jest buforem przeciw totalitaryzmowi, a nie jego źródłem. Że kanalizuje potrzebę sensu i autorytetu w sposób niedoskonały, ale nieporównanie lepszy niż świeckie bożki nowoczesności.

Tylko adresując przyczyny – lęk, chaos normatywny, wykorzenienie – można zapobiec faszyzmowi. Nie poprzez atak na wiarę wyborców, które oni odczytują jako atak na potrzebę sensu w ich życiu.

Tych ludzi łączą poczucie upokorzenia i brak reprezentacji. Jeśli ktoś myśli, że walczy z Braunem, atakując ważną dla jego elektoratu religię, to jeszcze bardziej upokarza ten elektorat, a więc Brauna wzmacnia.

Ale komentatorzy wolą pisać o sutannie pod garniturem. Pozostaje mi więc skierować do nich Braunowskie: „Szczęść Boże i ratuj się kto może”. Emocje tak bardzo utrudniają im racjonalną ocenę sytuacji, że to może być akurat dobra rada.

Zobacz również

Osiem umytych limuzyn i osiem Nobli
Kasyno, katedra czy kontrrewolucja?
Którego Nobla oddamy Trumpowi albo o znaczeniu prawa międzynarodowego

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...