Gdy ojciec szkoli syna jak skakać z samolotu
Nasz młody to dziecko lotniska. Wyjazdy do Hiszpanii organizowaliśmy także, gdy Ula była w ciąży. Gdy się urodził, leżała taka kupka szczęścia w cieniu wiszących spadochronów a my się patrzyliśmy jakiego małego człowieka zrobiliśmy .
Chłonął pozytywną energię, miał ciągły kontakt ze skoczkami, co wpłynęło niezwykle na jego komunikatywność, otwartość. Myślę, że optymizm ma w jakiś sposób wrodzony a nie nabyty, ale to trudny i ciekawy temat na oddzielny film.
W Hiszpanii, podobnie jak w wielu krajach skakać można dopiero ukończywszy szesnasty rok życia, oczywiście za zgodą opiekunów prawnych. Zgoda naturalnie była, ze strony Uli, jak to ze strony mamy - ciut większe obawy, ale nie wpływające na samą decyzję ile na jej przeżywanie tego momentu. Złapaliśmy jednak pewien poślizg czasowy, bo tuż przed wyczekiwaną datą dopadły juniora problemy z zatokami. Okazało się, że lepiej zrobić pełny remont pneumatyki, w tym skrzywionej przegrody nosowej. Nie chodziło jedynie o skoki - choć oczywiście dynamika zmian ciśnienia w tym przypadku owocuje ostrym bólem. Ale skoro już latał - a już latał w szkole samolotów ultralekkich, to jeszcze bardziej warto było zainwestować w operację i przyjąć na klatę odrobinę cierpliwości.
Przyznam, że nie miałem wcześniej takiego studenta. Nie tylko chodzi o sprawność psychofizyczną, nie tylko o to, że przecież wszystko to wielokrotnie trenował, zaskoczyła mnie autodyscyplina, pokora i naturalność z jaką do tego podszedł.
Reasumując, to był niezwykły moment w życiu instruktora, być ojcem, odsunąć ciut na bok kwestie najsilniejszych emocji i zająć się szkoleniem młodego, ufnego, dobrze przygotowanego człowieka.
Trwa ładowanie...