#15. Opowiem Wam o Ann i co to do cholery jest woda ?

Obrazek posta

Sto mil ciszy, czyli opowiem Wam o Ann.

Na starcie zawsze było cicho.

Nie dlatego, że nie było ludzi — tylko dlatego, że nikt jeszcze nie wiedział, co się za chwilę wydarzy.

Ann lubiła ten moment. Ten krótki oddech przed drogą.

Nie myślała o zwycięstwach. Nie myślała o tym, ile razy już tu była i czy ktoś ją teraz rozpoznaje.

Myślała tylko o pierwszym kroku.

Kiedyś biegała szybko. Bardzo szybko.

Tak szybko, że wygrywała Western States raz, potem drugi, a potem jeszcze dwanaście kolejnych razy — aż liczba przestała mieć znaczenie.

Tak szybko, że potrafiła pokonać sto mil w czasie, który przez dziesięciolecia wydawał się nierealny.

Tak skutecznie, że wygrywała też z mężczyznami, choć nikt wtedy nie uważał, że to coś nadzwyczajnego. Po prostu była najlepsza.

Jej imię na zawsze zrosło się z jednym biegiem:
Western States 100-Mile Endurance Run.

Czternaście zwycięstw.
Nie z rzędu.
Z charakteru.

W 1994 roku wygrała open, pokonując wszystkich mężczyzn.
Nie dlatego, że chciała coś udowodnić.
Dlatego, że była najlepiej przygotowana.

Western States nie było dla niej sceną.
Było powrotem do domu.

Ann Trason była nie tylko zwyciężczynią.
Była rewolucją fizjologii.

Jej rekordy świata obejmowały dystanse:

  • 50 mil

  • 100 km

  • 100 mil

  • 12 godzin

Niektóre z nich:

  • 100 mil — 13:47:41

  • 50 mil — 5:40:18

Część przetrwała ponad 30 lat.
Bo nie były efektem mody.
Były efektem konsekwencji.

Wygrywała tam, gdzie:

  • wysokość odbiera oddech (Leadville Trail 100)

  • dystans testuje psychikę (Comrades Marathon)

Dwukrotnie dokonała czegoś niemal niewyobrażalnego:

wygrała Comrades w RPA,
a kilkanaście dni później wygrała Western States.

Dla organizmu — szaleństwo.
Dla niej — logiczna kontynuacja drogi.

Nigdy nie była medialną gwiazdą. Nie zatrzymywała się przy mecie.
Nie budowała marki osobistej. Gdy pytano ją o sukces, dziękowała wolontariuszom, mówiła o pogodzie, wspominała o szczęściu.

Nigdy o sobie. Pakowała się i wracała do życia.

Ann Trason wierzyła, że ultra to wspólnota, nie podium

Bez kamer. Bez opowieści o „przekraczaniu granic”. Nie robiła rolek o swoich szybkich treningach, nie wrzucała wykresów na Stravę.

To były inne czasy.

Nie było social mediów.

Nie potrzebowała biec z kłodą drewna na plecach, by zdobyć lajki i rozgłos. Nie musiała być „klikalna”, by być Wielką. Nie było sponsorów, którzy chcieli logo na koszulce.

Była droga. Kurz. Zmęczenie. I ludzie, którzy podawali wodę.

Ann biegała, bo w biegu było coś prawdziwego.

Uważam, że w zmęczeniu zawsze jest coś uczciwego — coś, czego nie da się oszukać ani przyspieszyć.

 

Coś, co nie kłamało.

A potem jej ciało zaczęło zwalniać.

Najpierw delikatnie. Potem boleśnie.

Stawy przestały słuchać. Ruch stał się walką.

Nie było dramatu.

Nie było pożegnania z pompą.

Po prostu przestała biegać tak jak wcześniej.

Minęły lata.

Świat się zmienił. Ultra stało się modne.

Pojawiły się kamery, relacje na żywo, hashtagi.

A Ann była gdzieś obok — pomagając innym, idąc obok trasy, nie w środku kadru.

 

I nadszedł ten dzień.

Wróciła na trasę Across the Years w Arizonie.

Kiedy znów stanęła na starcie, miała 65 lat.

I chodzik.

Plan był prosty: przejść pięćdziesiąt kilometrów.

Tylko tyle. Bez ambicji. Bez narracji.

Pierwszy dzień minął spokojnie.

Drugi też.

Ktoś zapytał, czy idzie dalej. Skinęła głową.

Nie ścigała się z czasem.

Liczyła dni.

Liczyła przerwy.

Liczyła to, ile jeszcze może.

Każdy krok był pytaniem zadanym ciału.

I każda odpowiedź brzmiała: jeszcze tak.

Kiedy licznik pokazał sto mil, nikt nie krzyczał.

Nie było taśmy.

Był tylko uśmiech i to znajome uczucie:

jestem w drodze.

Ann nigdy nie uważała, że ultra to samotna sprawa.

Wiedziała, że zawsze idzie się czy biegnie z kimś — nawet jeśli ten ktoś tylko podaje kubek wody.

Sto mil nie było jej największym osiągnięciem.

Było tylko kolejnym rozdziałem.

Bo sens jej życia nigdy nie polegał na tym, jak szybko dotrze.

Polegał na tym, że zawsze wracała na drogę.

I dopóki mogła iść —

szła.

Dlaczego Ann Trason jest dla mnie ważna ?

Nauczyła świat, że wielkość nie potrzebuje hałasu a determinacja nie musi być agresywna.

Sport może być praktyką życia. Nie była mistrzynią dlatego, że wygrywała.
Była mistrzynią, bo pokazała, że można biec przez całe życie.

W tym biegu, jak w drodze, można się czuć niczym ryba w wodzie.

***

Jest taki wykład Davida Fostera Wallace pt. „To jest woda”.

Dwie młode ryby spotykają starszą rybę, która mówi: „Cześć chłopaki, jaka dziś woda?”.
Gdy odpływa, jedna ryba pyta drugą: „Co to do cholery jest woda?”

Najważniejsze rzeczy w naszym życiu są tak oczywiste, że ich nie zauważamy.

1.

Wallace mówi, że wszyscy żyjemy w tzw. trybie domyślnym.

Ja jestem w centrum wszystkiego co mnie otacza a świat jest przeciwko mnie. Wszyscy, których spotykamy na naszej drodze są dla nas przeszkodą. Zmęczenie, korki, kolejki czy kasjerkę w markecie postrzegamy jako osobistą niesprawiedliwość.

Ten tryb jest automatyczny.
Nie jest zły. Jest ludzki. Ale jest też niebezpieczny, bo zamyka nas w poczuciu krzywdy, złości i samotności.

2.

Według Wallace’a prawdziwa wolność nie polega na odnoszeniu sukcesów, na inteligencji, osiągnięciach czy „wygrywaniu życia”.

Prawdziwa wolność polega na świadomym wyborze, jak interpretujemy rzeczywistość

To jest trudne.
Wymaga wysiłku.
Wymaga uwagi.

3.

Sens, wolność i mądrość życia polega na postrzeganiu perspektywy.

Ta sama sytuacja może znaczyć coś zupełnie innego:

  • kolejka w sklepie może być dowodem, że „wszyscy są głupi”

  • albo chwilą, w której inni też są zmęczeni, głodni, zagubieni.

Świat się nie zmienia.
Zmienia się sposób, w jaki go czytamy.

4.

Uważność jako codzienna praktyka.

Wallace nie mówi o oświeceniu ani wielkich objawieniach.
Mówi o:

  • zwykłym dniu

  • zwykłym zmęczeniu

  • zwykłych ludziach

I o tym, że:

sens nie przychodzi sam — trzeba go świadomie zauważyć.

Kobieta, która obsługuje sklepową kasę, a w kim widzimy wroga, bo nie chce nam sprzedać produktu, na którym skaner nie potrafi odczytać prawidłowego kodu, nie musi być naszym wrogiem. Może być tak samo zmęczona jak my wracający do domu po pracy. Może jest zestresowana, bo musiała dziś oddać do przedszkola pierwszy raz swoje dziecko?

Kierowca, który wymusił na nas pierwszeństwo na drodze być może spieszy się do szpitala, by pożegnać umierającą matkę i wcale nie uważa nas za zawalidrogę ani nie traktuje lekceważąco.

To właśnie jest „woda”.

Nie chodzi o to, by zawsze być pozytywnym.
Nie chodzi o udawanie, że jest łatwo.

Chodzi o to, by wiedzieć, że mamy wybór. Pamiętać, że nie jesteśmy centrum świata oraz umieć zobaczyć, że inni też „płyną” w tej samej wodzie.

Najważniejszą umiejętnością w dorosłym życiu jest nauczyć się zauważać rzeczy, które są wszędzie — i dlatego ich nie widzimy.

#biegiemprzezżycie #route66project

Zobacz również

#14. (Nie)Podsumowanie, Betty Robinson i to, na co czekam - Rok Konia 2026 !
#13. Porażka jako brama do zwycięstwa — podróż bohatera naszych czasów
#12. Nie wszystkie gadżety biegają, orzeł i wrona oraz cała nadzieja w Natalie.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...