Zderzenie z ławą - tak zaczęłam chodzić
Kiedy miałam trzy lata, uczyłam się chodzić. To nie była nauka taka jak u innych dzieci — z radością i beztroską. To była praca. Ciężka, skupiona, wykonywana krok po kroku. W domu krążyłam między rodzicami a babcią, od jednych ramion do drugich, jakby każdy metr był osobnym zwycięstwem. Ich dłonie były blisko, głosy czujne, oczy uważne.
I wtedy nagle — trach.
Mój mózg zaprzeczył temu, co jeszcze chwilę wcześniej robił poprawnie. Jakby ktoś na moment wyłączył sygnał. Nogi przestały mnie słuchać, ciało straciło równowagę i runęłam do przodu. Uderzyłam głową w rant ławy.
Pamiętam chaos bardziej niż ból. Zaskoczenie dorosłych, krzyk, pośpiech. Ciepło spływające po skroni, którego wtedy nie rozumiałam, a które dla nich było natychmiastowym sygnałem zagrożenia. Skóra rozcięła się głęboko i krew pojawiła się od razu — zbyt dużo jak na małe dziecko, zbyt szybko jak na spokój.
To był jeden z tych momentów, w których choroba przypominała o sobie brutalnie, bez ostrzeżenia. Uczyłam się chodzić, a jednocześnie uczyłam się, że moje ciało nie zawsze będzie współpracować. Że nawet najprostszy ruch może nagle się rozsypać.
Miałam trzy lata. A świat już wtedy pokazał mi, że każdy krok będzie wymagał ode mnie więcej odwagi niż od innych.
Rodzice nie widzieli dokładnie, co wydarzyło się w tej jednej sekundzie. Dla nich był tylko efekt — upadek, krew, strach. Dla mnie był ból w głowie i dziwny spokój. Byłam mniej wystraszona niż oni. Nie rozumiałam jeszcze, że stało się coś poważnego. Nie wiedziałam do końca, co się dzieje, dlaczego nagle wszyscy mówią głośniej, dlaczego ręce drżą, a czas przyspiesza.
Czułam pulsujący ból, ciężar w głowie, ale nie panikę. Może dlatego, że w tamtym wieku nie umiałam jeszcze bać się „na zapas”. Reagowałam tylko na to, co tu i teraz.
Trzeba było jechać na pogotowie.
Trwa ładowanie...