Viralowe cierpienie - Między ratowaniem życia a przedłużaniem cierpienia w epoce internetowych zbiórek.

Obrazek posta

‘Błagamy o pomoc!’, ‘To najgorszy przypadek, jaki widzieliśmy!’, ‘On tak bardzo chce żyć’, ‘Nie pozwólmy mu umrzeć’, ‘Każda złotówka ma znaczenie’.

W epoce internetowych zbiórek takie słowa mobilizują tysiące ludzi, ale coraz rzadziej zostawia przestrzeń na spokojną rozmowę o jakości życia ratowanego zwierzęcia.

Wczoraj wieczorem, już po zakończeniu swojego długiego dyżuru trafiłem w internecie na zbiórkę. Kot uratowany z pożaru magazynu. Około trzydziestu procent powierzchni ciała z oparzeniami trzeciego stopnia. Opis leczenia jest długi i szczegółowy. Kolejne etapy terapii, kolejne procedury. Wśród nich amputacja dwóch łap, uszu i ogona. Najprawdopodobniej także utrata obu gałek ocznych. Poparzone drogi oddechowe. Rokowanie określone przez osoby zbierające jako bardzo ostrożne, choć z samych zdjęć widzę że jest ono po prostu źle.

Pod historią zdjęcia pokazujące skalę urazu. Pod zdjęciami licznik zbiórki. Kwota która robi wrażenie. A pod nim setki komentarzy ludzi, którzy chcą pomóc.

Na tej historii zatrzymałem się na dłużej. Nie dlatego, że w weterynarii takie przypadki są czymś zupełnie niezwykłym. Lekarze weterynarii, organizacje prozwierzęce i wolontariusze regularnie spotykają się z dramatycznymi historiami. Zwierzęta potrącone przez samochody z wielonarządowymi urazami, ofiary pożarów, zwierzęta po latach zaniedbań z guzami nowotworowymi wielkosci pilki do koszykowki. Wiele z nich udaje się uratować. Czasem wracają do życia w sposób, który jeszcze kilkanaście lat temu wydawałby się niemożliwy. To ogromna zasługa ludzi, którzy nie przechodzą obojętnie obok cierpienia zwierząt.

Ale są też sytuacje, w których pojawia się pytanie trudniejsze niż wszystkie procedury medyczne. Nie czy potrafimy leczyć i mamy możliwości techniczne i finansowe. Tylko czy potrafimy jeszcze postawić pytanie, jakie życie czeka to zwierzę po wszystkim.

Nie znam wszystkich szczegółów tej historii. Nie znam dokładnego przebiegu leczenia ani decyzji podejmowanych przez lekarzy i opiekunów. Być może kot z tej zbiórki zaskoczy wszystkich i wróci do życia lepiej, niż dziś się wydaje. Weterynaria zna takie przypadki. Ta historia jest więc tylko punktem wyjścia do szerszej refleksji.

Bo jako lekarz weterynarii mam jedną podstawową odpowiedzialność. Stanie po stronie zwierzęcia. Zawsze.

Nawet wtedy, gdy ta perspektywa jest trudna do zrozumienia dla wszystkich innych.

W praktyce klinicznej istnieje pojęcie, które dla naszej profesji ma fundamentalne znaczenie w takich sytuacjach: JAKOŚĆ ŻYCIA. Nie chodzi tylko o to, czy pacjent przeżyje operację albo wyjdzie ze stanu krytycznego. Chodzi o to, jakie życie będzie prowadził później. Czy będzie w stanie się poruszać. Czy będzie odczuwać przewlekły ból. Czy będzie mógł realizować podstawowe zachowania gatunkowe. Innymi słowy, czy będzie żył, czy jedynie przetrwa i będzie czekać go wegetacja.

To szczególnie ważne, gdy mówimy o zwierzętach. Człowiek potrafi myśleć abstrakcyjnie. Potrafi powiedzieć sobie, że życie samo w sobie jest wartością, nawet jeśli wiąże się z ograniczeniami. Potrafi nadać cierpieniu sens albo uzasadnić je nadzieją na przyszłość. Zwierzę nie ma takiej zdolności. Zwierzę żyje tu i teraz. Nie myśli w kategoriach „najważniejsze, że żyję”. Nie planuje przyszłości. Nie racjonalizuje bólu.

Zwierzę jest biologią instynktu. Jego życie to zdolność realizowania podstawowych potrzeb: ruchu, eksploracji, interakcji, jedzenia, snu i …unikania bólu. Kiedy te potrzeby przestają być możliwe do realizacji, zaczyna się problem jakości życia. I właśnie dlatego pytanie o jakość życia musi pozostać centralnym elementem każdej decyzji medycznej.

Współczesna weterynaria potrafi dziś bardzo wiele. Operujemy skomplikowane urazy, rekonstruujemy tkanki, prowadzimy intensywną terapię, stabilizujemy pacjentów w stanach krytycznych. Dzięki temu tysiące zwierząt wraca do dobrego życia. Ale nie w każdym przypadku. Są sytuacje, w których technicznie jesteśmy w stanie przedłużyć życie, lecz nie jesteśmy już w stanie przywrócić jego jakości.

W ostatnich latach pojawił się jednak nowy element tej układanki. Social Media i Internet Dramatyczne historie zwierząt potrzebujących pomocy bardzo szybko rozprzestrzeniają się w mediach społecznościowych. Publiczne zbiórki potrafią w ciągu kilku dni zgromadzić ogromne środki na leczenie. Ludzie chcą pomagać i reagują na cierpienie zwierząt z ogromną empatią. To zjawisko ma wiele dobrych stron. Dzięki takim zbiórkom wiele zwierząt otrzymało leczenie, na które w innych okolicznościach nie byłoby szans.

Jednocześnie pojawia się mechanizm, o którym rzadziej rozmawiamy. Historie, które najbardziej poruszają, to najczęściej historie najbardziej dramatyczne. Im większa tragedia, im bardziej wstrząsające zdjęcia i opisy, tym większa mobilizacja społeczna. Emocje stają się paliwem, które napędza zbiórkę. To naturalny mechanizm ludzkiej psychologii, ale właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie, czy emocjonalna dynamika takich historii nie zaczyna czasem wyprzedzać spokojnej medycznej refleksji.

Czy potrafimy jeszcze zadać pytanie o realną jakość życia zwierzęcia, kiedy tysiące ludzi kibicuje jego ratowaniu? Czy potrafimy rozmawiać o rokowaniu, o bólu i o ograniczeniach funkcjonalnych, kiedy licznik zbiórki rośnie z godziny na godzinę?

Istnieje też jeszcze jeden bardzo realny problem. Zdarza się, że lekarz weterynarii, kierując się wiedzą medyczną i oceną rokowania, stawia granicę leczenia. Uznaje, że dalsza terapia nie przyniesie zwierzęciu życia o akceptowalnej jakości. W takich momentach decyzja bywa odbierana nie jako próba ochrony pacjenta przed dalszym cierpieniem, lecz jako odmowa pomocy. A gdy historia zdąży już stać się viralową tragedią, emocje potrafią bardzo szybko przenieść się do mediów społecznościowych.Pojawiają się oskarżenia, zarzuty braku empatii, a czasem publiczny lincz wobec lekarza, który w rzeczywistości próbował jedynie odpowiedzialnie ocenić sytuację pacjenta, stojąc na straży jakości jego życia.

To trudna przestrzeń dla wszystkich.

Organizacje prozwierzęce działają często pod ogromną presją czasu i emocji. Wolontariusze ratują zwierzęta, których nikt inny nie chciał ratować. Darczyńcy kierują się autentyczną chęcią pomocy. A lekarz weterynarii musi w tym wszystkim zachować jeszcze jedną perspektywę.

Perspektywę zwierzęcia-pacjenta.

Dlatego być może nadszedł moment, aby rozpocząć spokojną dyskusję o tym, jak w takich sytuacjach zachować równowagę między empatią a odpowiedzialnością. Między chęcią ratowania a uczciwą oceną rokowania. Między historią, która porusza internet, a realnym życiem zwierzęcia po zakończeniu leczenia.

Ta rozmowa nie powinna być oskarżeniem wobec kogokolwiek. Nie chodzi o wskazywanie winnych ani o podważanie sensu pracy organizacji prozwierzęcych. Ich rola pozostaje ogromna i często nie do zastąpienia.

Chodzi o coś znacznie prostszego. O przypomnienie, że w centrum całej tej historii zawsze powinno znajdować się zwierzę. Nie licznik zbiórki. Nie viralowa tragedia. Nie nasze emocje.

Tylko jego życie.

I jego jakość.

K.

Zobacz również

(Nie)Uznana żałoba
“Futrzane dzieci” - Miłość, która boli.
Jak kochają psy?

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...