Czy zrobiłem dobrze? - czyli o poczuciu winy po eutanazji swojego zwierzaka.

Obrazek posta

Pamiętam tego psa bardzo dobrze. Miał na imię Solo.

Czternaście lat. Nie pamiętam już dokładnie dnia tygodnia ani godziny. Ale pamiętam jego oczy. Wspaniały stary wyżeł weimarski.

Pamietam tez diagnozę. Nowotwór, który przez kilka miesięcy powoli odbierał mu siły.

Jeszcze niedawno chodził nad jezioro. Pływał. Przynosił patyki.

Tego dnia ledwo stał na łapach.

Przyszedł z nim starszy mężczyzna. Jeden z tych opiekunów, którzy nie mówią dużo.Usiadł na podłodze obok psa jeszcze zanim zaczęliśmy rozmawiać.

Pies położył głowę na jego kolanie. Przez chwilę rozmawialiśmy o chorobie.

O tym, co się zmieniło w ostatnich tygodniach. O tym, że pies przestał jeść. Że w nocy już nie wstaje. Ze zgasła radość w jego oczach…

Znam dobrze ten ton. Znam te spojrzenia. Znam te rozmowy, które w pewnym momencie prowadzą do jednego miejsca.

Czasami ktoś zadaje pytanie. Czasami ktoś tylko kiwa głową.

Podaliśmy sedację. Zasnął spokojnie. Gabinet robi się bardzo cichy. Odszedł.

Kiedy wszystko się skończyło, mężczyzna siedział jeszcze chwilę obok niego i głaskał go po głowie.

A potem powiedział tylko jedno zdanie, którego ciężar słyszałem w swojej pracy setki razy.

„Mam nadzieję, że zrobiłem dobrze.”

Ale ciężar tego momentu zaczyna się znacznie później.

Kiedy człowiek wraca do domu. Kiedy drzwi zamykają się za nim i nagle okazuje się, że nikt nie podbiega.

Nikt nie stuka pazurami o podłogę. Nikt nie podnosi głowy z legowiska.

Miska stoi w kuchni dokładnie tam, gdzie zawsze stała. Smycz nadal wisi przy drzwiach.

W rogu pokoju leży zabawka, której nikt już nie podniesie. Nagle okazuje się, że w mieszkaniu jest miejsce, w którym jeszcze wczoraj leżał pies.

I że to miejsce jest teraz puste.

Wieczorem dom robi się cichy w sposób, którego nigdy wcześniej tam nie było.

W tej ciszy zaczynają pojawiać się myśli.

Najpierw nieśmiało. Prawie niezauważalnie.

Może mogliśmy poczekać jeszcze dzień?

Może była jeszcze jakaś terapia?

Może on jeszcze chciał być tutaj trochę dłużej?

To właśnie w tej ciszy, w tej tęsknocie, w rozdartym sercu rodzi się coś, o czym wielu opiekunów mówi później bardzo często.

Poczucie winy.

Z perspektywy lekarza weterynarii to jedna z najczęstszych emocji, które pojawiają się u opiekunow po eutanazji zwierzęcia.

Wielu jest tym zaskoczonych. Spodziewają się smutku, tęsknoty, żalu.

Tymczasem bardzo szybko pojawia się również coś jeszcze – uporczywa potrzeba wracania myślami do tamtego dnia i zadawania sobie jednego pytania:

Czy zrobiłem dobrze?

Psychologia opisuje ten mechanizm bardzo precyzyjnie.

Po trudnym wydarzeniu umysł zaczyna wracać do przeszłości i układać scenariusze tego, co mogło potoczyć się inaczej.

Co by było, gdybyśmy podjeli inna decyzje.

Gdybyśmy poczekali jeszcze dzień. Gdybyśmy spróbowali jeszcze jednej terapii.

To naturalny mechanizm ludzkiego myślenia.

Nasz mózg próbuje odzyskać poczucie kontroli nad wydarzeniem, które było dla nas bolesne. Problem polega na tym, że te scenariusze powstają już po fakcie, w chwili kiedy znamy zakończenie historii.

W momencie podejmowania decyzji opiekunowie patrzą przede wszystkim na coś zupełnie innego: na cierpienie swojego zwierzęcia.

Kilka dni, tygodni lub miesięcy później ten kontekst zaczyna się zmieniać. Cierpienie znika z codzienności, ale pozostaje miłość i pustka.

A w pustce bardzo łatwo rodzą się pytania.

W przypadku eutanazji pojawia się jeszcze jeden ważny element.

W przeciwieństwie do większości strat w życiu człowieka opiekun staje się osobą współuczestniczącą w decyzji o momencie śmierci. To ogromny ciężar odpowiedzialności. Nawet jeśli decyzja podejmowana jest wspólnie z lekarzem i wynika z troski o dobrostan zwierzęcia, wielu ludzi doświadcza jej później jako moralnego paradoksu.

Bo przez lata relacja ze zwierzęciem opierała się na opiece i ochronie. Na obietnicy, że będziemy przy nim i będziemy o nie dbać.

Tymczasem eutanazja wymaga zgody na coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak zaprzeczenie tej obietnicy. Decyzja podjęta z miłości może być odczuwana jak zdrada.

Do tego dochodzi jeszcze jeden kontekst, o którym szerzej pisałem już w innym felietonie – zjawisko nieuznanej żałoby. Strata zwierzęcia wciąż bywa społecznie bagatelizowana. Kiedy ból nie znajduje przestrzeni do wypowiedzenia, często wraca w innej formie. Jedną z nich jest właśnie poczucie winy.

Z czasem jednak wielu z nich zaczyna zauważać coś, co w pierwszych dniach po stracie jest bardzo trudne do zobaczenia. Przypominaja sobie, ze w chwili podejmowania decyzji kierowali się nie własną wygodą, nie zmęczeniem, nie chęcią zakończenia problemu.

Kierowali się miłością.

Patrzyli na zwierzę, które było częścią ich życia przez kilkanaście lat. Widzieli jego cierpienie, jego słabnące ciało, jego trudność w oddychaniu, w chodzeniu, w jedzeniu. I wzięli na siebie ciężar decyzji, której zwierzę samo podjąć nie mogło.

To ogromna odpowiedzialność.

Być może jedna z największych, jakie pojawiają się w relacji człowieka ze zwierzęciem.

Dlatego właśnie poczucie winy tak często pojawia się po eutanazji. Nie dlatego, że decyzja była zła. Ale dlatego, że była tak trudna bo dotyczyła kogoś, kogo bardzo się kochało.

I właśnie dlatego tak bardzo boli.

Dziś z perspektywy wielu lat pracy z opiekunami zwierząt mogę powiedzieć jedno.

Wiem, że jest wam ciężko.

Wiem, że wielu z was wraca codziennie do tej chwili w myślach mimo ze minelo tygodnie, czasem miesiące, czasem lata.

Wiem, że pojawia się poczucie winy, które nie chce zniknąć.

Że serce potrafi się wtedy rozdzierać na miliony kawałków. Wiem…

Bo eutanazja jest jedyną decyzją w opiece nad zwierzęciem, w której człowiek bierze na siebie coś, czego tak bardzo nie chce unieść. Ciężar ostatniej decyzji.

I jeśli dziś, po czasie, czujecie w sercu ten ciężar…

jeśli wracacie do tamtego dnia i zastanawiacie się, czy mogliście zrobić coś inaczej…to bardzo często oznacza tylko jedno.

Że byliście dla swojego zwierzęcia naprawdę dobrymi opiekunami.

Bo tylko ludzie, którzy kochali naprawdę mocno, potrafią tak bardzo bać się, że mogli wtedy zrobić coś nie tak.

Kuba.

Zobacz również

Viralowe cierpienie - Między ratowaniem życia a przedłużaniem cierpienia w epoce interneto...
(Nie)Uznana żałoba
“Futrzane dzieci” - Miłość, która boli.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...