GWIAZDKI MOCY, czyli o (nie)sprawiedliwych ocenach książek w internecie
System oceniania książek na popularnych platformach promujących czytelnictwo miał być z założenia demokratyczny, jednak w praktyce okazał się być mieczem obosiecznym. Przy małej liczbie ocen, kilka skrajnych not może zepchnąć książkę w dół, ale równie szybko lojalna społeczność potrafi wywindować ją pod sufit. Co więcej - żadna ze skrajności w najmniejszym stopniu nie odzwierciedla literackości dzieła.
W świecie, w którym rocznie ukazują się tysiące nowych tytułów, a tradycyjna krytyka literacka obejmuje promil rynku, platformy internetowe promujące czytelnictwo i sprzedające ksiażki stały się dla wielu autorów jedyną widoczną przestrzenią publicznej oceny. To tam cyfrowa reputacja przybiera postać liczby, która z kolei rozgrzewa emocje i wznieca batalie, przy których walki MMA są zaledwie dziecięcą igraszką. Nie od dziś bowiem mówi się, że literaci „umieją w emocje”. Najwyraźniej potrafią nie tylko wzbudzać je w czytelnikach, ale również rozbudzać je w sobie wzajemnie.
Kilka dni temu opublikowałam w mediach społecznościowych film, w którym poruszyłam temat dziwnych ocen na portalu LubimyCzytać. Liczba komentarzy przeszła moje oczekiwania. Jedni pisali o „dziwnych jedynkach” pojawiających się natychmiast po premierze, inni z kolei zwracali uwagę na zjawisko odwrotne, to jest szybkie, maksymalne noty wystawiane przez zaangażowane społeczności.
Część z komentarzy była również krytyczna wobec samego mechanizmu ocen. „Od dawna LC jest portalem mającym znacznie więcej wspólnego z zarabianiem pieniędzy niż z czytelnictwem” — napisała jedna z osób. Inny komentarz: „Ledwo wstawiłam książkę anglojęzyczną. Nie zdążyłam sama jej ocenić, a już były same jedynki”. Z kolei autorka Roksana Samagalska przytoczyła przykład recenzji ograniczonej do kilku nonsensownych słów i najniższej możliwej noty.
Co więcej, zdarzały się też głosy, chociaż takie dotarły do mnie wyłącznie w prywatnych wiadomościach, że w środowisku krążą podejrzenia, iż w niektórych przypadkach dochodzi do wystawiania własnym książkom wysokich not przy jednoczesnym obniżaniu ocen książce, którą napisała koleżanka lub kolega po fachu.
To głosy subiektywne i niepodparte żadnymi dowodami poza anedgotycznymi. Ich powtarzalnośc każe jednak zadać pytanie, czy problem dotyczy wyłącznie pojedynczych konfliktów, czy konstrukcji systemu. Ich powtarzalność pokazuje bowiem, że zaufanie do systemu bywa kruche. Z kolei świat, który z założenia miał być kulturalną przestrzenią, gdzie ludzie dzielą się spostrzeżeniami o literaturze, staje się kolejnym polem bitwy z dwoma stojącymi naprzeciwko siebie plemionami - tymi od „jedynek” i tymi od „dziesiątek”.
Właśnie dlatego warto przyjrzeć się nie pojedynczym konfliktom, lecz konstrukcji mechanizmu, problem bowiem sięga znacznie głębiej.
NIEWIDZIALNA RĘKA RYNKU
Do końca lat osiemdziesiątych rynek książki wyglądał zgoła inaczej. Wydawano znacznie mniej tytułów, recenzje w prasie miały większy zasięg, a droga do czytelnika była wolniejsza, ale za to bardziej uporządkowana. Pomijając już fakt, że ówczesne nakłady, które sięgały pięćset tysięcy egzemplarzy, brzmią dziś jak fantasmagoria.
Obecnie mamy rynek demokratyczny, który rządzi się prostymi prawami ekonomicznymi. Książki wydawane są masowo i szybko, a ich nakłady są w większości małe i nie przekraczają dwóch tysięcy egzemplarzy. Z drugiej strony rośnie liczba premier. Literatura stała się bowiem jedną z form masowej rozrywki, a przy takich wolumenach nowych tytułów, żywotność książki sięga maksimum sześć miesięcy. Później można ją kupić w internecie, a na koniec, jeśli tytuł miał w miarę przyzwoitą sprzedaż, ląduje na Taniej Książce. Jeśli zaś okazał się niewypałem, idzie na przemiał, bowiem żadna oficyna nie jest skłonna utrzymywać drogich i niepotrzebnych stanów magazynowych.
Jednocześnie gdzieś na obrzeżach tego rynku funkcjonują jeszcze, niczym żywe skamieliny, tradycyjne recenzje papierowe. Jednak dotyczą one zaledwie promila rynku i są to najczęściej recenzje literatury nagradzanej i niszowej.
Taki krajobraz rynku dla przeważającej części autorów oznacza, że jedyną przestrzenią publicznej widoczności pozostają, poza mediami społecznościowymi, platformy rozpowszechniające czytelnictwo, w których prym wiedzie strona LubimyCzytać. To miejsca, w których każdy, kto tylko posiada tam konto, może książkę ocenić i napisać dowolną recenzję. To tam kształtuje się pierwsze wrażenie, a cyfrowa reputacja przybiera formę średniej z kilku kliknięć.
Nieprzypadkowo skupiam się właśnie na tym portalu. LubimyCzytać to największa w Polsce społecznościowa platforma skupiona wokół książek w którym czytelnicy tworzą wirtualne biblioteczki, wystawiają oceny i publikują opinie. Ponadto serwis jest wysoko pozycjonowany w wyszukiwarkach, a jego średnie ocen są łatwo dostępne i często cytowane przez samych pisarzy.
Oczywiście system ocen nie ogranicza się do jednego miejsca. Czytelnicy sprawdzają opinie chociażby także na Legimi czy też Empiku. W przypadku tego pierwszego, oceny powiązane są z kontem użytkownika korzystającego z usługi. Z kolei Empik wprowadził oznaczenie „zakup zweryfikowany”, sygnalizujące, że opinię wystawiła osoba, która faktycznie nabyła dany produkt. Zdaniem części uczestników rynku to rozwiązanie jest również niedoskonałe, zmusza bowiem do zakupu książki i to oczywiście w konkretnie tej sieci księgarni. Zresztą takie rozwiązanie znacznie zmniejszyło liczbę ocen - książka, która ma przeciętnie 300-400 ocen na LubimyCzytać, jest oceniona przez maksymalnie kilkanaście-kilkadziesiąt osób w Empiku.
Tak czy inaczej, nawet, jeśli czytelniczkom i czytelnikom nie odpowiada ów system, i tak na koniec dnia większość patrzy na średnią ocen. A ta bywa myląca.
DRAMA DRAMĄ DRAMĘ POGANIA
Jedna z autorek, która pragnie pozostać anonimowa, opisała mi swoją sytuację z portalem sprzed dwóch lat. Jedna z jej książek, która wówczas miała premierę, była całkiem przyzwoicie oceniana i takież miała recenzje. Jednak jednej nocy nagle okazało się, że ogólna ocena drastycznie spadła. Wystarczył rzut oka na noty by zorientować się, że dosłownie w kilka godzin pojawiło się ni stąd ni zowąc kilka ocen „jeden”. Autorka sprawdziła konta użytkowników, którzy tak surowo ocenili książkę - były świeże, a aktywność na nich znikoma. Co więcej, w tym samym czasie te same profile wystawiały maksymalne noty innej autorce.
„Przy tak małej liczbie ocen każda jedynka naprawdę boli”, powiedziała, tłumacząc jednocześnie, że sytuacja nie byłaby dla niej tak przejmująca gdyby nie fakt, iż nieduża liczba ocen powoduje, iż każde wahnięcie ciągnie ją w dół. Zgłosiła swoją wątpliwość do macierzystego wydawnictwa i mimo, że nie otrzymała jednoznacznej odpowiedzi czy zostały podjęte jakiekolwiek działania, wkrótce część z tych kont zniknęła. Oczywiście wraz z ocenami.
To jedna z kilkunastu relacji, które otrzymałam w wiadomościach. Wszystkie układają się w jedno - system, chociaż z założenia sprawiedliwy, może być zbyt wrażliwy przy niewielkiej liczbie głosów. Owych kilka nieszczęsnych „jedynek” to dla poczytnego bestselleru znanego autora nieistotne wahnięcie. Dla debiutu natomiast sygnał alarmowy.
W tej sytuacji pojawia się jeszcze inny aspekt, na ogół pomijany przy dyskusjach o systemie ocen książek. Owe „kilka jedynek” w dniu premiery może wpłynąć nie tylko na ocenę, ale także na psychikę autora. Cyfrowa reputacja jest natychmiastowa, policzalna i publiczna. I tak jak średnią łatwo zmienić, tak morale pisarza już nie.
PRÓG REAKCJI
Z pytaniem o mechanizmy weryfikacji zwróciłam się do LubimyCzytać. W odpowiedzi otrzymałam informację, że serwis posiada narzędzia wykrywające masowe próby manipulacji oceną. W przypadku podejrzanej aktywności użytkownicy mogą zostać poproszeni o jednorazową weryfikację numerem telefonu. Portal zachęca także do zgłaszania nieprawidłowości.
Postanowiłam zatem sprawdzić, jak wygląda to w praktyce. Założyłam fikcyjny adres email, później konto na portalu i po pewnym czasie podjęłam próbę ponownego logowania. W moim przypadku system poprosił jedynie o potwierdzenie poprzez adres e-mail. Weryfikacja telefoniczna nie została uruchomiona.
Nie twierdzę, że mechanizmy nie działają. Widzę jednak, że w moim teście próg ich aktywacji nie został przekroczony. Czyżby zatem reakcja dotyczyła jedynie masowych zaniżań bądź zawyżań? Niewykluczone. Portal deklaruje bowiem walkę z tzw. review bombingiem czyli właśnie zaniżaniem lub zawyżaniem ocen na masową skalę. I w tym aspekcie system zapewne działa. Pytanie jednak brzmi, jak radzi sobie z pojedynczymi, rozproszonymi działaniami, które nie mają skali ataku, ale przy małej liczbie głosów potrafią zmienić średnią.
INFLACJA ZACHWYTU
Jeśli problem dotyczyłby wyłącznie zaniżanie ocen, sprawa byłaby prosta. Tymczasem system ocen działa w dwie strony.
W rozmowach z autorkami i czytelniczkami regularnie pojawia się obserwacja, że część książek, zwłaszcza nowości wspierane przez aktywne grupy w mediach społecznościowych, bardzo szybko osiąga średnie oscylujące wokół maksymalnych not. Nie musi to oznaczać manipulacji. Często jest to po prostu efekt lojalności, entuzjazmu i relacyjnego marketingu: patronki, zaprzyjaźnione recenzentki, osoby współpracujące przy promocji nie wystawiają ocen niskich. Wystawiają najwyższe. Efekt bywa nierzadko kuriozalny. Oto bowiem książki obecne w obiegu od lat, oceniane przez szerokie i zróżnicowane grono czytelników, a nierzadko klasyki światowej literatury, często mają średnie, oględnie mówiąc, umiarkowane. Tymczasem nowości gatunkowe, szczególnie te, wokół których szybko buduje się zaangażowana społeczność, potrafią utrzymywać się na poziomie o punkt wyższym.
Przykład? „Nóż” Salmana Rushdiego ma średnią około siedmiu. To dobra ocena. Podobnie jest w przypadku „Muzeum niewinności” Orhana Pamuka. Jednocześnie wiele współczesnych romansów czy powieści rozrywkowych oscyluje wokół średniej „osiem”. Nie chodzi o to, by wartościować literaturę ani rozstrzygać, co jest lepsze, a co gorsze. Chodzi o to, że skala ocen przestaje być porównywalna.
Średnia z wieloletnich, zróżnicowanych głosów nie znaczy tego samego co średnia z kilkudziesięciu entuzjastycznych ocen oddanych w pierwszych tygodniach po premierze.
W praktyce system premiuje mobilizację. Im silniejsza społeczność, tym szybciej rośnie nota. To naturalny mechanizm internetu, ale niekoniecznie miernik jakości literatury. Jeśli jedni zaniżają, a inni zawyżają, średnia przestaje być neutralnym wskaźnikiem, a staje się zapisem emocji, sympatii i napięć.
BRANŻA REAGUJE?
O opinię zapytałam również redaktora z wieloletnim doświadczeniem na rynku książki.
„Zawsze reagujemy na tego typu sytuacje i mieliśmy ich niemało. Zdarzało się nawet, że dowiadywaliśmy się, iż jedna autorka mówiła źle o drugiej podczas spotkań autorskich. Takie sytuacje kończą się rozmową” — powiedział.
Zwróciłam się również do jednego z wydawnictw, którego wątek pojawił się w relacji jednej z autorek komentujących mój film. Redaktorka przekierowała mnie do szefowej wydawnictwa. Do momentu publikacji tego tekstu nie uzyskałam komentarza.
RYNKOWY LESEFERYZM
Nie ma dowodów na zorganizowaną, powszechną manipulację. Są natomiast relacje autorów, znikające konta, deklaracje portalu o narzędziach zabezpieczających oraz branżowe potwierdzenia, że napięcia między twórcami się zdarzają. Najciekawsze pytanie nie brzmi więc zatem kto zawinił, ale czy system ocen oparty na prostej średniej jest wystarczająco odporny na mikro-manipulacje przy małej liczbie głosów? I czy środowisko literackie, portale, wydawnictwa, sami autorzy, wypracowało standardy reagowania, zanim emocje przerodzą się w publiczne oskarżenia?
Gwiazdki miały ułatwiać orientację w świecie książek. Dziś coraz częściej stają się elementem gry o reputację, a w tej grze najmniej chronieni są ci, którzy dopiero zaczynają. Jak zwykle zresztą.
Trwa ładowanie...