Pokora

Obrazek posta

Pierwszy raz strzelali do mnie w Iraku – skutek był taki, że mało się nie zesrałem. Nie ze strachu, a z podniecenia, takie to było nieprawdopodobne doznanie. Wreszcie, k…, działo się coś, o czym wcześniej czytałem w książkach, co widziałem na filmach, co w moim odczuciu zasługiwało na miano „prawdziwych doznań”. Stanąć na krawędzi i wyjść z tego cało – czy jakieś doświadczenie może mierzyć się z czymś takim!? No nie – tak wtedy sądziłem, zamykając się w skorupie własnej wyjątkowości, bo iluż ludzi mogło dwadzieścia parę lat temu powiedzieć: „przeżyłem coś takiego!”?

Pielęgnowałem to poczucie kilka kolejnych lat. Niosło mnie ono, definiowało postrzeganie spraw. Gdy w Afganistanie wpakowałem się w sam środek zażartej i dramatycznej potyczki, opowiedziałem o niej żonie tak, że ostatecznie mnie opier…liła. „Zachowujesz się, jakbyś opowiadał film”, mówiła z przyganą. „Ale to k… było jak w filmie…”, odparłem, nie do końca rozumiejąc, o co jej chodzi. Potem zatrybiłem, że w mojej opowieści zabrakło refleksji nad tym, że mogłem zginąć, że cała ta historia od początku do końca była igraniem z własnym życiem. W imię czego? Żebym się dobrze bawił…?

Bawiłem się – i dla spokoju ducha racjonalizowałem to, co wokół mnie się działo. Nie można myśleć o wojnie jako o czymś do spodu przykrym, jeśli ma być tłem dla twojej przygody. Musisz odnaleźć jakiś jej sens, jakoś ją wytłumaczyć. Więc tłumaczyłem sobie iracką awanturę i afgańskie zaangażowanie jako coś koniecznego. Ujmowałem sprawy w kategoriach moralnych (walka ze złem) i pragmatycznych (Polska uczy się działać w sojuszach i daje dowód, że jest lojalna). Stojąc na gruncie realizmu wmawiałem sobie – „to i tak się dzieje, chcesz tego czy nie”. Stąd był tylko krok od stwierdzenia „możesz to wykorzystać albo i nie”. Więc wykorzystywałem, fakt, iż na moich oczach ginęli ludzie, uważając za reporterskie szczęście – bo było o czym pisać.

Z czasem zaczynałem rozumieć, że moje przygody – owa wyjątkowość doznać – mają swój rewers. Bo rany bolą, a śmierć jest na zawsze. I żaden z tego anturaż, a czyjeś prawdziwe życie i jego kres. Gdy przychodzi taka świadomość, robota staje się dużo trudniejsza. Żyć z czyjejś śmierci to nie jest komfortowa opcja.

Dlaczego o tym piszę? Po latach po raz kolejny obejrzałem serial „Generation Kill”, opowiadający historię amerykańskiego oddziału podczas inwazji na Irak w 2003 roku. I mam wrażenie, że dopiero teraz zrozumiałem przesłanie tego filmu. „W normalnych okolicznościach za to, co tu zrobiliśmy, trafilibyśmy do więzienia”, mówi jeden z bohaterów, mając na myśli wszystkie przypadkowe ofiary działań zbrojnych. Inny zaś stwierdza: „rozpętaliśmy burzę, która dopiero da się nam we znaki”, trafnie przewidując kilkuletni dramat, który rozegrał się w Iraku po amerykańskiej inwazji. Twórcy „Generation Kill”, opowieści bazującej na prawdziwej historii, nie pozostawiają wątpliwości co do oceny tej wojny. Ona była bez sensu. Nie tylko niepotrzebna, ale i głupia, fatalnie poprowadzona. Fakt, iż jakiś marine spełnił się na niej jako żołnierz, niczego tu nie zmienia.

A więc i fakt, że uformowała jakiegoś reportera, też się nie liczy. Bo w morzu bezsensu takie krople po prostu nie mają znaczenia. „Generation Kill” to dla mnie kolejna lekcja pokory…

Irak Afganistan reporter wojenny "Generation Kill" HBO "Iracka wolność" 2003 inwazja na Irak

Zobacz również

Logistyka!
Oślepianie
Cisza

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...