Ameryka nie ucieka do czerwonych stanów. To mit.
Pokażę Wam dzisiaj przykład leniwego intelektualnie dziennikarstwa, które jednocześnie powiela jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów współczesnej Ameryki – rzekomą ucieczkę ze stanów niebieskich do stanów czerwonych, mityczną migrację z miejsc rządzonych przez demokratów-biurokratów pod rządy republikanów, gdzie kwitnie nieskrępowana przepisami przedsiębiorczość.
Wszystko zaczęło się od opublikowanego kilka dni temu przez Onet tekstu (wiem, wiem, zaraz ktoś mnie zapyta po cholerę czytam Onet - no czasami czytam, choćby żeby takie głupoty wyłapywać), a właściwie przedrukowanego artykułu z niemieckiego Die Welt. Tytuł? "Kalifornia? Nie ma mowy". Republikańskie stany USA przeżywają rozkwit.
Teza równie prosta i efektowna, co nieprawdziwa i głupia.
Ten tekst jest przykładem tego, co nieudolne dziennikarstwo lubi najbardziej: wybiera prawdziwe zjawiska, układa je w barwną opowieść i udaje, że magiczne równanie, które wyjaśnia sposób funkcjonowania wszechświata, właśnie pojawiło nam się przed oczami. Teksas rośnie. Floryda przeżywa boom. Karolina Południowa nigdy nie miała się lepiej. Firmy przenoszą centrale z Kalifornii. Amerykańskie południe jak magnes przyciąga przemysł i przedsiębiorczość.
Dobra, to teraz się temu przyjrzyjmy.
Census Bureau pokazuje, że Karolina Południowa była w 2025 roku najszybciej rosnącym stanem, biorąc pod uwagę przyrost populacji. Wysoko znalazły się także inne republikańskie stany - Idaho, Karolina Północna, Teksas i Utah. Ale mechanizmy wzrostu nie są te same. Karolina Południowa i Karolina Północna korzystają w dużym stopniu z migracji krajowej. Teksas rośnie także dzięki przyrostowi naturalnemu i migracji międzynarodowej. Utah wyróżnia się strukturą demograficzną i… relatywnie wysokim przyrostem naturalnym (mormoni mają średnio dwukrotnie więcej dzieci niż wynosi średnia krajowa). Floryda, ulubiony eksponat w galerii „ucieczki do wolności”, zanotowała w 2025 roku gwałtowne spowolnienie migracji krajowej: z ponad 310 tysięcy netto w 2022 roku i 183 tysięcy w 2023 roku do około 22,5 tysiąca w 2025 roku. To delikatny napływ, ale tsunami demokratyczne to nie jest.
Mit kruszy się jeszcze bardziej, gdy zamiast kolorować stany na czerwono i niebiesko, spojrzymy na mapę, która pokazuje prawdziwy podział polityczny Ameryki. Arizona i Nevada od dawna wymykają się prostym etykietom. Wyborcy w tych dwóch stanach są znani z tzw. ticket-splittingu, czyli głosowania na kandydatów z różnych partii w ramach jednych wyborów (np. wybierając republikańskiego gubernatora, ale popierając demokratycznego senatora). Wirginia, od tego roku całkowicie niebieski stan (w tym roku demokraci zgarnęli tu wszystko, co było politycznie do wzięcia) jest jednym z najważniejszych hubów centrów danych na świecie. Stan Waszyngton, głęboko demokratyczny, nie ma podatku dochodowego na szczeblu stanowym i pozostaje potęgą technologiczną. Massachusetts jest drogie, liberalne i nadal ma jedną z najgęstszych sieci uczelni, biotechnologii i kapitału intelektualnego na świecie.
Najbardziej widowiskowy element tej historii, czyli ucieczka firm z Kalifornii, też wymaga odrobiny higieny intelektualnej. Tak, znane firmy przeniosły centrale. Tesla, Oracle, Hewlett-Packard, czy Chevron. Zaniepokojony Public Policy Institute of California policzył skalę zjawiska na chłodno: w latach 2011–2021 Kalifornia straciła netto 789 siedzib głównych firm. To 1,9 procent wszystkich HQs w stanie. W tym samym okresie powstało w Kalifornii… 7 250 nowych siedzib głównych. Jasne, nowe firmy są zwykle mniejsze niż stare korporacje, więc nie można udawać, że każda z nich równoważy Chevrona. Ale nie można też opowiadać o exodusie, pomijając narodziny tysięcy nowych przedsiębiorstw, które nadal bez mrugnięcia okiem wybierają Dolinę Krzemową. Dane pokazują, że z Kalifornii uciekają skostniałe firmy, które poszukują optymalizacji podatkowej i maksymalnych oszczędności zamiast innowacji.
Artykuł nie mówi tego wprost, ale zakłada to jako oczywistość: niższe podatki to niższy koszt życia. Teksas nie ma podatku dochodowego na szczeblu stanowym, ale ma wysokie podatki od nieruchomości. Floryda nie ma stanowego podatku dochodowego, ale mieszkańcy mierzą się z kosztami ubezpieczeń, presją na mieszkania i podatkami pośrednimi. Czerwone stany bywają tańsze, bo mają więcej ziemi, słabsze regulacje budowlane, mniejsze zagęszczenie, słabsze związki zawodowe i inną historię urbanizacji. Dla firmy produkcyjnej może to być znakomita oferta. Dla pracownika bilans zależy od płac, szkół, opieki zdrowotnej, ubezpieczeń, transportu i majątku, który uda się zbudować po przeprowadzce.
I tu dochodzimy do najważniejszego oszustwa tej opowieści. Ludzie nie pakują życia do kartonów dlatego, że nagle zrozumieli wyższość republikańskiej doktryny podatkowej nad demokratycznym etatyzmem. Firmy nie przenoszą magazynów, fabryk i głównych siedzib dlatego, że ich zarządy doznały objawienia przy lekturze programu Partii Republikańskiej. Amerykanie migrowali od zawsze. Owszem, czasem ta migracja nakłada się na mapę polityczną i jej trasa biegnie z niebieskiego stanu do czerwonego. A czasem do purpurowego lub niebieskiego stanu bez podatku dochodowego, jak stan Waszyngton, który też notuje gwałtowny napływ ludności.
Zdarza im się też przenosić metropolii, która na mapie stanu wygląda czerwono, ale w praktyce żyje jak liberalna wyspa. Nikt wam przecież nie mówi, że migracja do liberalnych, wielkich metropolii to dominujący, kluczowy element tego całego exodusu do Teksasu. Szacuje się, że aż ok. 70–80% wszystkich migrantów (zarówno z innych stanów, jak i z zagranicy) osiedla się w obrębie głównych obszarów metropolitalnych na czele z demokratycznymi bastionami jak Houston, Austin i San Antonio. Przenosząc się do Teksasu, ludzie nie uciekają na głęboką, konserwatywną prowincję; w najlepszym razie wybierają republikańskie Dallas-Fort Worth, ale poza tę aglomerację już się nie zapuszczają.
To dlatego cała formuła „ucieczki z niebieskich stanów do czerwonych” jest tak intelektualnie wygodna i tak analitycznie bezużyteczna. Gdyby polityka była magicznym kluczem do mapy, Arkansas, Oklahoma, Luizjana albo Wirginia Zachodnia powinny dziś przeżywać taki sam „rozkwit” jak Teksas czy Karolina Północna. A te stany umierają demograficzną, powolną śmiercią i nikt z własnej woli nie chce się tam przenieść. Już samo to powinno wystarczyć, żeby ręka zadrżała przed napisaniem kolejnego peanu na cześć czerwonej Ameryki.
Równie podejrzane jest samo słowo „rozkwit”. Wzrost liczby ludności bywa oznaką sukcesu, ale bywa też rachunkiem odroczonym na później. Napływ ludzi nie jest automatycznie dowodem lepszego modelu rządzenia. Jest informacją, że dane miejsce stało się atrakcyjne dla określonej grupy ludzi w określonym momencie. To dużo. Ale za mało, żeby budować z tego polityczny katechizm.
Teksas jest tu najlepszym przykładem. Brak stanowego podatku dochodowego brzmi jak ulga, zwłaszcza dla kogoś, kto sprzedaje dom w Kalifornii i kupuje znacznie większy (i tańszy) w okolicach Dallas, Houston lub San Antonio. Ale to nie jest darmowy lunch. Stan zostawia podatnikowi większą część pieniędzy, ale w zamian będzie mniej obecny wtedy, kiedy zaczniesz naprawdę go potrzebować.
Teksas ma najwyższy w kraju odsetek osób bez ubezpieczenia zdrowotnego. Nie rozszerzył Medicaid, więc dla części biedniejszych dorosłych utrata pracy albo choroba nie oznacza po prostu „trudnego miesiąca”, lecz wejście w dziurę systemu, w której zarabiasz za mało na prywatne ubezpieczenie, a za dużo albo w niewłaściwy sposób, żeby państwo realnie cię zabezpieczyło. Zasiłki dla bezrobotnych są ograniczone i podporządkowane filozofii natychmiastowego powrotu na rynek pracy (jakiejkolwiek pracy, wcale niekoniecznie tej, która ci odpowiada).
Stan nie gwarantuje pracownikom w sektorze prywatnym powszechnego płatnego urlopu chorobowego, wypoczynkowego czy rodzinnego. W praktyce wiele zależy od pracodawcy, branży, pozycji negocjacyjnej i szczęścia. Dla wysoko opłacanego specjalisty technologicznego może to być akceptowalny kompromis. Dla samotnej matki pracującej za niską stawkę, człowieka z przewlekłą chorobą albo rodziny żyjącej od wypłaty do wypłaty ten sam model może oznaczać państwo, które pojawia się głównie jako policja, szkoła, droga i urząd pobierający podatek od nieruchomości.
To właśnie ginie w leniwej narracji o czerwonym rozkwicie. Koszt życia nie jest tylko ceną domu, a podatek dochodowy nie jest jedynym podatkiem. Gdy z wybiórczych danych robi się opowieść o ucieczce z niebieskiej Ameryki do czerwonej, zaczyna działać najstarszy błąd w interpretowaniu statystyk: korelacja udaje przyczynowość.
Mit o wielkiej migracji z niebieskich stanów do czerwonych jest atrakcyjny, bo porządkuje Amerykę w sposób wygodny dla felietonisty i zabójczy dla rzeczywistości. Pokazuje mapę z dwoma kolorami tam, gdzie trzeba by narysować warstwy: ceny domów, wiek mieszkańców, podatki lokalne, klimat, migrację międzynarodową, infrastrukturę, porty, wodę, szkoły, rynek pracy, ubezpieczenia, kapitał wysokiego ryzyka, politykę budowlaną i zwykłe ludzkie zmęczenie życiem w miejscach, w których sukces gospodarczy sam siebie uczynił nie do zniesienia.
Ameryka nie przeprowadza się z Kalifornii do Teksasu. Ameryka rozciąga się, specjalizuje, rozlewa po przedmieściach, ucieka od cen mieszkań, szuka słońca, optymalizuje podatki, buduje magazyny, finansuje startupy, zamyka stare centrale i otwiera nowe. Czasem ta mapa wygląda na czerwoną. Czasem na niebieską. Najczęściej wygląda po prostu jak kraj zbyt duży, zbyt nierówny i zbyt skomplikowany, żeby dało się go opisać nagłówkiem napisanym pod gotową tezę.
Trwa ładowanie...