Duchy między Warszawą a Kijowem - Łukasz Dobosz

Obrazek posta

Nie ordery i historia, a włoski upiór stoi na drodze dobrych relacji polsko-ukraińskich. O woli hegemonicznej w naszej części Europy.

Gdzie ten las?

Polska opinia publiczna (zwłaszcza ta liberalna) z autentycznym przekonaniem broni teorii, w ramach której polsko-ukraiński spór o nadanie ukraińskiej jednostce imienia tak zwanych “bohaterów” UPA i w konsekwencji odebranie Prezydentowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, jest czynnikiem, który zaprzepaści historyczną możliwość zbudowania dobrych relacji czy nawet sojuszu Polski z Ukrainą. Nie wspominają oczywiście o tym, że to Zełenski sam całą sprawę rozpoczął - ale to już tylko szczegół, smutny, przewijający się schemat, który stawia partię wyżej niż patrię, ale tylko szczegół.

Oczywiście zakładając takie pojmowanie sprawy nie można się dziwić, że cała sprawa wywołuje w Polsce takie napięcie. Jednak gdyby stanąć trochę dalej i spojrzeć na ten spór z szerszej perspektywy, przestaniemy widzieć drzewa, a dostrzeżemy las.

Nasza opinia publiczna (po obu stronach) myli przyczyny ze skutkami.

Takie czy inne działania naszego (czy ukraińskiego) Prezydenta w sferze symbolicznej / historycznej nie są przyczyną zaprzepaszczenia historycznej szansy dla obu krajów. To samo dotyczy drugiej strony: niechęć elity politycznej Ukrainy w stosunku do Polski, czy mityczna już niewdzięczność, również przyczynami tego stanu rzeczy nie są.

To tylko skutki. Symbole to skutki, brak ekshumacji na Wołyniu to skutek, to czy ktoś Polsce i Polakom podziękuje czy nie to skutki, Order Orła Białego to skutek - pojedyncze wydarzenia, które muszą się dziać - i będą się działy w przyszłości - na trajektorii, na której oba państwa się znajdują, w ramach szerszego układu sił.

Duchem sprawczym (przyczyną) jest siła strukturalna - wola hegemoniczna państw, która na takiej trajektorii nas postawiła i określa jej wektory. Nas, czyli Polaków i Ukraińców… razem z Niemcami i Rosjanami.

W naszej części Europy ścierają się obecnie ci czterej główni aktorzy i każdy w ramach tej trajektorii realizuje własną politykę na miarę swoich sił, ale przede wszystkim w spektrum ograniczonym przez prawa geopolityki.

Wbrew temu co słyszymy, przeszkodą dla osi Warszawa-Kijów nie jest historia, ani ordery - lecz strukturalna siła, która pcha: Kijów ku Berlinowi, Berlin ku Moskwie, Moskwę przeciwko Kijowowi i niestety Kijów przeciwko Warszawie. A my zajmujemy się „drzewami”, chyba tylko po to, żeby nie musieć odpowiadać na trudniejsze pytania: w którym miejscu układu obecnie jesteśmy i jak możemy tej naturalnej i często tragicznej dla nas grawitacji się oprzeć.

 

Warszawa-Kijów - marzenie senne

Historię politycznych relacji Warszawy z Kijowem można opisać jako historię krótkich okien i niewykorzystanych szans. Warszawa i Kijów zdobywały się na współpracę tylko wtedy, gdy Berlin i/lub Moskwa były zbyt słabe lub zbyt zajęte innymi problemami, aby im przeszkodzić. A jak wiemy z historii, nie zdarzało się to często.

Najambitniejszym wspólnym projektem była Unia Hadziacka z 1658 roku. Plan przekształcenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów w Rzeczpospolitą Trojga Narodów, z Księstwem Ruskim jako równoprawnym członem. Polska, Litwa i Ruś jako jeden organizm polityczny. Gdyby się utrzymała zmieniłaby architekturę całego regionu na wieki. Moskwa natychmiast zainterweniowała, a podburzone przez nią ruskie chłopstwo, tzw. “czerń”, i kozacka walka wewnętrzna o ruski hetmanat doprowadziły ostatecznie do śmierci kanclerza ruskiego, obalenia hetmanatu Iwana Wyhowskiego i pogrzebania układu. Znamienne, że w następstwie Ukraina weszła w okres tzw. ruiny.

W 1920 roku Piłsudski i Petlura zawarli sojusz przeciwko bolszewikom, którego celem było w pierwszej kolejności pokonanie odwiecznego wroga, a w konsekwencji stworzenie niepodległej Ukrainy. Okno znów było tylko minimalnie uchylone. Zamknęło je wyczerpanie wojną i słabość obu państw. Polska zawarła separatystyczny pokój w Rydze, oddając bolszewikom lewobrzeżną Ukrainę. Piłsudski do końca życia uważał to za klęskę swojej polityki federacyjnej i przeprosił ukraińskich żołnierzy za warunki, które polska delegacja wynegocjowała w Rydze.

Kolejne okno pojawiło się tragicznie i - jak się okazało na krótko - w lutym 2022 roku. Po rosyjskiej agresji, Polska odpowiedziała natychmiast: otworzyła granicę, przyjęła ponad półtora miliona uchodźców, jako pierwsza dostarczała i forsowała dostawy broni, niestrudzenie lobbowała w Brukseli i Waszyngtonie. Przez chwilę naiwnie myśleliśmy, że tym razem będzie inaczej. Jak już wiemy, nie było. Tym razem okno współpracy próbują zamykać Niemcy. Początkowo Berlin spodziewał się szybkiego upadku Kijowa i próbował ustawić się pod przyszłe rozdanie z Moskwą. Gdy Ukraina jednak się obroniła, niemieckie elity polityczne zmieniły kurs i zaczęły aktywnie pracować na rzecz osi Berlin-Kijów, w kontrze do raczkującej współpracy polsko-ukraińskiej, która w optyce naszego zachodniego sąsiada mogłaby zakwestionować niemiecki cień nad regionem.

Oś Warszawa-Kijów - ze względu na najbardziej zbliżony potencjał - zostawia obu państwom najwięcej podmiotowości, ale gracze, którzy zyskują na jej zerwaniu, są od nich silniejsi. I to jest też powód, dla którego historycznie jest tak krucha.

Słaba Polska, która nie rości sobie pretensji, jest sympatyczna, ale też niepotrzebna i momentami śmieszna dla Ukraińców. Silna Polska, która nie rości sobie pretensji, byłaby strategicznie atrakcyjna, ale w opinii ukraińskich elit takie zestawienie to oksymoron.

Berlin-Kijów - tragiczna asymetria

Oś Berlin-Kijów jest pozornie dobrą orientacją dla Ukrainy. Niemcy oferują modernizację i postęp cywilizacyjny, i nie stanowią dla niej egzystencjalnego zagrożenia. W przeciwieństwie do Rosji, która Ukrainę najpierw chciała oderwać od I RP, a docelowo chce wchłonąć, i Polski, której historycznie sama siła oddziaływania osłabia tożsamość ukraińską (a wcześniej ruską). Niemcy są na tyle “daleko” kulturowo, żeby nie być rywalem tożsamościowym. To czyni tę oś dla Kijowa atrakcyjną i pozornie bezpieczną.

Dla Berlina rachunek wygląda inaczej. Ukraina jest rynkiem, buforem i narzędziem; przede wszystkim narzędziem balansowania Polski i neutralizowania naszej polityki regionalnej. Ale jest też dla Niemiec przedostatnim stadium ich woli hegemonicznej. Przedpokojem do osi do której Berlin dąży i o której marzy, czyli tej z Moskwą. Ta asymetria jest fundamentalna i nieuchronna: Kijów wchodzi z egzystencjalnej konieczności, szukając partnera, który wzmocni jego pozycję vis a vis Warszawy i Moskwy, Berlin z kolei oferuje mu rolę instrumentu.

Najbardziej brutalną ilustracją jest II wojna światowa. Część ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego - OUN i jej formacje zbrojne - podjęła współpracę z Niemcami. Nie wyłącznie z pragmatyzmu, lecz z wyznawania autentycznej ideologii etnicznego nacjonalizmu, który widział w niemieckiej sile narzędzie do zbudowania jednolitego etnicznie państwa ukraińskiego. Niemcy w podbitej II RP stworzyli próżnię władzy. Efektem było ludobójstwo wołyńskie, a geopolitycznie późniejsze podporządkowanie Ukrainy ZSRR. Niemcy jednak nigdy nie zamierzały stworzyć niepodległej Ukrainy, a ukraińskie formacje były narzędziem, nie partnerem.

Wzorzec jest trwały. Gdy w 2014 roku Ukraina podpisała umowę stowarzyszeniową z UE, Berlin przez chwilę wyglądał jak adwokat ukraińskich aspiracji. Ale gdy przyszło do Mińska, Berlin usiadł do stołu z Moskwą i wynegocjował zamrożenie konfliktu na warunkach, które konserwowały rosyjskie zdobycze. Kijów był przy tym stole, ale znów jako przedmiot porozumienia między większymi graczami.

Oś Berlin-Kijów efektywnie nie zostawia Kijowowi żadnej podmiotowości. Ukraina jest w niej użyteczna dopóki Berlin nie ma lepszej opcji. A lepsza opcja - w definicji całego układu - czeka nieco dalej na wschód.

Berlin–Moskwa - duch Rapallo

Oś Berlin-Moskwa jest jednocześnie najbardziej - choć dla nas zabrzmi to irracjonalnie - racjonalną, ale też najbardziej fatalną konfiguracją w regionie.

Racjonalną, bo opiera się na prostej współpracy dwóch najmocniejszych graczy w regionie, którzy mają na celu podporządkować sobie i podzielić obszar pomiędzy sobą.

Fatalną, bo wola hegemoniczna jest z definicji ostatecznie wyłączająca. Dwóch hegemonów w jednym systemie to stan przejściowy. Współpraca między nimi jest zawsze przedostatnim etapem. Berlin i Moskwa mogą się wzajemnie wzmacniać, ale nie mogą się wzajemnie tolerować w nieskończoność. Jedno z nich musi dążyć do dominacji, a wtedy przestrzeń między nimi staje w ogniu i pożodze. Historia pokazuje ten wzorzec z bezlitosną regularnością.

Mechanizm jest starszy niż XX wiek. Gdy w 1762 roku Rosja niespodziewanie zmieniła sojusze i wyciągnęła Prusy z wojennej katastrofy - choć wtedy była to raczej anomalia oparta na osobistych sympatiach niż zimna kalkulacja geopolityczna - zapowiadała jednak trajektorię relacji i napięć między Berlinem a Moskwą na kolejne trzysta lat.

W Rapallo w 1922 roku Republika Weimarska i sowiecka Rosja, państwa wykluczone z obrad wersalskich, zawierają za plecami wszystkich układ gospodarczy i wojskowy. Wtedy jeszcze zbyt słabe, żeby zrealizować pełnię swoich ambicji wobec przestrzeni między nimi. Siedemnaście lat później jednak ten sam mechanizm wypluwa pakt Ribbentrop-Mołotow i rozbiór przestrzeni między nimi.

W Ostpolitik Brandta w latach 70. oś wraca w formie bardziej cywilizowanej. Niemcy kupują gaz, Rosja dostaje legitymizację i kapitał. Most budowany nad głową wszystkich państw między nimi. Nord Stream jest jego infrastrukturalnym przedłużeniem; rurą, która dosłownie i symbolicznie omija Polskę i Ukrainę.

I za każdym razem z obietnicą fatalnego dla nas (i Ukraińców) finału. Oś, która ma być szczytem racjonalnej współpracy, staje się bramą do konfliktu, bo gdy jeden gracz staje się wystarczająco silny, logika systemu popycha go do eliminacji drugiego.

Dla Polski i Ukrainy ta oś jest egzystencjalnym zagrożeniem niezależnie od jej fazy. Nie ma dla nas dobrego momentu w cyklu Berlin-Moskwa. A jednak Ukraina wciąż wraca do stawiania na Berlin, co jest etapem poprzedzającym i narzędziem do wskrzeszenia ducha Rapallo. Kijów - świadomie lub nie - wchodzi w relację, która strukturalnie działa przeciwko jego podmiotowości, a w długim terminie prowadzi do ograniczenia lub likwidacji podmiotowości państw w strefie zgniotu.

Duch w lesie

Wola hegemoniczna, czyli siła popychająca państwa do działania, promieniuje na nas niezależnie od intencji tego czy innego polityka, czy nastrojów danego społeczeństwa.

Kraje między Niemcami a Rosją mają dwie opcje: stać się wystarczająco silnymi, żeby ich grawitacji się oprzeć lub dać się nadal przyciągać. W przypadku Polski i Ukrainy ta druga opcja zawsze musi oznaczać przeżywanie, kolejny raz, swojej tragicznej historii.

To jest las.

Pytanie tylko czy ducha Rapallo można wypędzić z naszego lasu, czy skazani jesteśmy na to, że będzie nas wiecznie dręczył.

 

Jeżeli czytasz ten tekst, wypełnij krótką ankietę poniżej. Twoja opinia pomoże nam lepiej ocenić naszą pracę i rozwijać kolejne materiały. 📝

Jeśli tekst był dla Ciebie interesujący, zostaw także komentarz ze swoją refleksją. Chętnie poznamy Twoją perspektywę. 💬

Ankieta

Czy artykuł był dla Ciebie ciekawy?

Możesz wybrać 1 odpowiedź

Zaloguj się, aby móc oddać głos

Zobacz również

W Europie trwa walka o to, kto będzie rozmawiał z Putinem - Eugeniusz Romer
Metale ziem rzadkich: japońska strategia niezależności - Krzysztof Karwowski, Jakub Wit...
Iran wygrał tę wojnę kosztem kolejnej? Maksymilian Skrzypczak

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...