Europejska teoria zwycięstwa po odejściu Amerykanów
Naiwnym i demobilizującym jest zarówno przekonanie, że „sojuszniczy nas opuszczą” jak i pogląd, iż „z pewnością tego nie zrobią”. Zwolennicy tej ostatniej tezy często argumentują, iż Amerykanie ze względu na swoje interesy strategiczne będą z pewnością bronić stabilności strategicznej Europy i w każdym scenariuszu będziemy mogli liczyć na ich zaangażowanie. Nie chcę wchodzić w fideistyczną w gruncie rzeczy debatę. Lepszą opcją, a moim zdaniem jest to też świadectwem dojrzałości strategicznej, jest rozważenie scenariuszy skrajnych, zwłaszcza tego jakie konsekwencje ich urzeczywistnienie będzie miało dla Polski, Europy i zdolności do odstraszania w pierwszym rzędzie a następnie powstrzymania ewentualnej rosyjskiej agresji. W tym podejściu przemyślenie tego jakie konsekwencje dla zdolności do prowadzenia i wygrania wojny z Rosją, będzie miało „odejście Amerykanów” jest niezbędne bo inne warianty zachowania Waszyngtonu (częściowe zaangażowanie) to opcje lepsze, choć nie idealne. Pełne zaangażowanie zdolności wojskowych Stanów Zjednoczonych w obronę Europy jest scenariuszem również skrajnym podobnie jak pełne porzucenie. Między tymi dwiema skrajnościami będziemy mieć jedną z opcji realnych i dlatego trzeba wyjść od opisu skrajności, bo rzeczywistość będzie „gdzieś pomiędzy”. Z punktu widzenia strategii państwowej oznacza to też potrzebę rozważenia wariantów suboptymalnych, bo stawianie wszystkiego na jedną kartę, najlepszego z naszej perspektywy rozwoju wydarzeń jest w gruncie rzeczy brakiem strategii, a raczej realizacją scenariusza „jakoś to będzie”. Te rozważania trzeba uzupełnić o jeszcze jedną konstatację wyjściową. W Polsce i Europie koncentrujemy się na aspekcie ilościowym amerykańskiej obecności wojskowej. Dyskutujemy o obecności wojskowej, naszą wyobraźnię ożywia kwestia redukcji jednej z brygad sił lądowych i ewentualne przesunięcie tego potencjału na teren Rzeczpospolitej. To istotne aspekty ale nie najważniejsze. Zdecydowanie większą wagę ma amerykańskie zaangażowanie jakościowe, w zakresie niektórych zdolności, tzw. High enablers od których zależy możliwość urzeczywistnienia przyjętego modelu wojny, sposobu w jaki siły NATO chciałyby pokonać agresywnego przeciwnika, w tym wypadku Rosjan. Nie ulega bowiem wątpliwości, że NATO budowane było od samego początku, a pamiętajmy, że Dwight Eisenhower zanim został prezydentem USA (sprawował ten urząd przez dwie kadencje czasie których ukształtowała się ostatecznie amerykańska polityka powstrzymywania Rosji) był głównym dowódcą sił Paktu Północnoatlantyckiego w Europie, jako narzędzie do realizacji amerykańskiej teorii wojny, czyli tego w jaki sposób sojusznicy pod przywództwem Stanów Zjednoczonych chcieli, planowali i zamierzali, pokonać Rosjan. A zatem redukcja amerykańskiego zaangażowania zmusza do postawienia pytania czy Europejczycy, wspierani przez USA albo tego wsparcia zupełnie pozbawieni, będą samodzielnie w stanie walczyć w umownym „modelu amerykańskim” czyli zrealizować budowane pod ich przywództwem plany operacyjne i zamierzenia strategiczne. Innymi słowy pytaniem zasadniczym jest czy Europejczycy bez Amerykanów będą w stanie zrealizować zbudowaną przez tych ostatnich teorię zwycięstwa.
Ruben Steward, ekspert IISS, londyńskiego think tanku strategicznego, specjalista w zakresie wojny lądowej na łamach ostatniego numeru periodyku Survival szukał odpowiedzi na tak postawioną kwestię.
Interesowało go jak Europejczycy będą sobie w stanie poradzić samodzielnie, bez Amerykanów, w scenariuszu kinetycznego starcia, czyli wojny, z Rosją. Nie chodzi w tym wypadku o kwestie liczebności i obecności sił, w postaci jednej czy dwóch brygad, bo zastąpienie tych zdolności jest akurat najmniejszym problemem. Znacznie poważniejszym wyzwaniem będzie sytuacja, kiedy umowne „odejście Amerykanów”: czy choćby redukcja ich zaangażowania będą równoznaczne z utratą części zdolności o wysokim poziomie specjalizacji. Nie jest to scenariusz teoretyczny, bo niedawne zapowiedzi Hegsetha związane są z wycofaniem z naszego kontynentu części samolotów zwiadowczych czy umożliwiających tankowanie w powietrzu, to właśnie plany redukcji „high eneblers”. Jeszcze większe znaczenie mieć może wycofanie części amerykańskiego personelu z Europy lub przekazanie dowództw a tego rodzaju zmiany również, w świetle ostatnich informacji, są rozpatrywane. Jak słusznie bowiem zauważa Steward „Stany Zjednoczone nie tylko dostarczają siły, ale także stanowią fundament architektury dowodzenia, obsadzając funkcję Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych w Europie (SACEUR) i zapewniając nieproporcjonalnie duży udział w wiedzy specjalistycznej, zasobach kadrowych i możliwościach, które umożliwiają funkcjonowanie dowództwa międzynarodowego. Chociaż personel amerykański stanowi jedynie ułamek całkowitej liczby personelu Dowództwa Sojuszniczego ds. Operacji, jest on skoncentrowany na wysokich stanowiskach dowódczych oraz w funkcjach integrujących wywiad, namierzanie celów, cyberprzestrzeń i oddziaływanie na przestrzeń kosmiczną.” W praktyce oznacza to, że w dowództwie NATO funkcjonują, upraszczając, dwa poziomy odpowiedzialności i kompetencji. Pierwszym i często zauważanym w mediach jest polityczny, choć należałoby napisać państwowy. O tym kto obsadza stanowiska wyższych dowódców, w Brunsum, w Neapolu, Norfolk czy w Izmirze decydują porozumienia między państwami, gra o prestiż i pozycję. Ale jest też poziom niższy, funkcjonalny, gdzie liczą się realne zdolności, specjalizacje konkretnych oficerów, ich doświadczenie, umiejętność współpracy i koordynacji działań. Tu mniej liczą się narodowe parytety, polityczne gry i prestiżowe stanowiska. Tu prowadzona jest codzienna, żmudna, o której nie mówi się, „robota wojskowa”. Na tym, operacyjnym poziomie zarządzania dowódczego zdolnościami NATO, Amerykanie przez dziesięciolecia zakorzenili się na tyle silnie, że bez nich trudno wyobrazić sobie sprawne funkcjonowanie systemu. Będzie on działał, ale znacznie mniej sprawnie, bo nowi oficerowie, jeśli wejdą na ten poziom dowodzenia, będą potrzebowali czasu aby przejąć obowiązki. System będzie działał ale mniej sprawnie, czas podejmowania decyzji się wydłuży, będziemy też mieć do czynienia ze znaczenie mniejszą pewnością co do słuszności obranej strategii. A to z kolei uruchomi czynnik polityczny, bo państwa członkowskie mają różne poziomy akceptacji ryzyka i mogą w odmienny sposób oceniać sytuacji i najlepsze rozwiązania. Odejście Amerykanów oznaczać bowiem będzie także, na poziomie dowódczym i operacyjnym, „zniknięcie hegemona”, czyli czynnika który jest w stanie narzucić, wykorzystując swój autorytet, model działania, czyli teorię zwycięstwa. Jak napisał Stewart „Problemem nie jest zatem liczebność personelu, ale to, co on umożliwia – mianowicie dostęp do potencjału narodowego i możliwość jego połączenia w spójny system operacyjny, a także autorytet, doświadczenie i udowodnione zdolności do dowodzenia wielodomenowymi, międzynarodowymi operacjami na dużą skalę. Bez personelu USA wyzwaniem nie jest jedynie obsadzenie wakatów, ale zastąpienie pełnionej przez nie funkcji integracyjnej i złagodzenie zakłóceń równowagi politycznej, jakie spowodowałoby wycofanie się Stanów Zjednoczonych.” Gdyby na proces odchodzenia Amerykanów z Europy, spojrzeć przez pryzmat zmian operacyjnych, zastanawiając się jak tego rodzaju zmiana wpłynie na „europejską teorię wojny”, to konsekwencje warte są dostrzeżenia, zwłaszcza z perspektywy Polski.
Otóż zdaniem Stewarda odejście Amerykanów zmieni system, a należałoby napisać, zasadę dowodzenia europejskimi wojskami NATO. Naturalnym będzie przejście od formuły orkiestracji działań do formuły negocjacji i mediacji. Brak naturalnego przywódcy zdolnego zarówno ze względu na swą siłę wojskową, dominujący wkład w wysiłek wojenny, potencjał przemysłowy czy autorytet polityczny, wymusić rozwiązania utrudni sformułowanie jednej i na dodatek spójnej hierarchii celów i działań prowadzących do ich osiągnięcia. To zaś oznacza, iż pierwszą i najpoważniejszą groźbą związaną z „europeizację NATO” będzie zakwestionowanie w praktyce zasady jedności i niepodzielności dowództwa. Jeśli zostanie ona osłabiona to pojawią się narodowe preferencje (zarówno co do celów jak i chęci udziały w ryzyku) i związany z tym przetarg polityczny. To nie tylko spowolni proces podejmowania decyzji, do zakwestionowania możliwości prowadzanie kampanii wielodominowych włącznie i naturalną opcję na rzecz podejścia sekwencyjnego, ale przede wszystkim zmieni charakter prowadzonej przez Europejczyków wojny. Jeśli ujawnią się różnice polityczne, a nawet w grupie największych państw europejskich będących członkami NATO nie ma pełnej zgodności, to bezpośrednią konsekwencją będzie dominacja, jak zauważa, Stewart „konserwatywnego modelu wojny”. W miejsce dotychczasowej teorii zwycięstwa zakładającej uzyskanie dominacji wielodominowej, zdolności do przeprowadzania synchronicznych operacji na całym teatrze działań co w efekcie ma umożliwić zadanie przeciwnikowi obezwładniającego uderzenia w krótkim czasie pojawi się ostrożniejsze podejście „by denial”, wahadło w sposób naturalny przesunie się w stronę długotrwałej wojny na wyczerpanie, toczonej na peryferiach NATO, w której pierwszym celem będzie nie dopuścić aby rywal strategiczny (Rosja) zbyt daleko wtargnął w głąb NATO-wskiego terytorium a teoria zwycięstwa koncentrowała się będzie na osiągnięciu przewagi wykorzystując dominację europejskiego przemysłu i potencjału demograficznego. Konflikt będzie zatem dłuższy i niestety dla nas, może trwać na terytorium Polski. Do pewnego stopnia tego rodzaju wojna będzie przypominała konflikt obserwowany obecnie na Ukrainie, tylko z naszym udziałem. Co gorsze, takiej ewolucji „europejskiej teorii zwycięstwa” sprzyjać będzie drugi czynnik związany z redukcją amerykańskiej obecności w Europie - zakłócenie dostępu do najważniejszych zdolności.
Europa bez integratora zdolności, czyli bez Amerykanów jest szczególnie zagrożona w scenariuszu „fight tonight”, czyli konfliktu, który rozpoczyna się już teraz. Przede wszystkim dlatego, że nie dysponujemy podstawowymi zdolnościami, które dziś udostępniają Amerykanie. A to oznacza, że nawet w perspektywie kilku lat, kiedy ich pozyskanie i budowa bedą możliwe, „europejska teoria zwycięstwa” w wojnie z Rosję też będzie inna niż obecnie w sytuacji, kiedy model walki narzucają Amerykanie. Stewart rozpatruje kilka kluczowych obszarów, obecnie zdominowanych przez zdolności sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych i kierunek zmian w najbliższych latach.
- ISR (Intelligence, Surveillance, and Reconnaissance), świadomość sytuacyjna.
Stany Zjednoczone zapewniają obecnie stały dostęp do systemów rozpoznania i zwiadu na dużych wysokościach. Chodzi zarówno o zdolności kosmiczne jak i dane zbierane z systemu satelitów komercyjnych. Prócz tego mowa o rozbudowanych możliwościach w zakresie wywiadu elektronicznego oraz przede wszystkim fuzji danych na dużą skalę w ramach struktur NATO. Innymi słowy Amerykanie odpowiadają dziś za wszystko co wpływa na to iż widzimy więcej i szybciej niż przeciwnik, znamy jego pozycje i jesteśmy w stanie z dużą dozą prawdopodobieństwa określić z wyprzedzeniem większość jego ruchów. Ta przewaga powinna dać siłom NATO zdolność do zdominowania pola walki w zakresie inicjatywy a w połączeniu z wiekszą precyzją w namierzaniu i rażeniu celów zwiększać siłę uderzeń, dając też „ekonomię środków” bo w tym systemie nawet tradycyjna artyleria przekształca się w broń precyzyjnego rażenia.
Państwa europejskie posiadają kilka powietrznych platform ISR, krajowe zasoby kosmiczne, taktyczne floty bezzałogowych statków powietrznych oraz czujniki naziemne, ale jest tego zbyt mało. Ich rozbudowa liczebna wymagała będzie czasu (nie mówiąc o nakładach) a co więcej, prócz platform i sensorów kluczową w tym przypadku jest zdolność fuzji tych działań, jednego, wspólnego systemu. „Bez amerykańskiego systemu ISR i architektury fuzji na poziomie teatru działań, - argumentuje brytyjski ekspert - zasięg czujników w całym polu walki będzie mniejszy i mniej ciągły, co utrudniałoby prowadzenie uderzeń na duże odległości i pogarszałoby świadomość sytuacyjną zarówno w walce w zwarciu, jak i na dużych odległościach.” System będzie działał, ale z przerwami, pewność iż mamy przewagę w zakresie świadomości sytuacyjnej będzie mniejsza a to doprowadzi do zasadniczych zmian w stylu i charakterze działań operacyjnych. Dowództwo będzie mniej pewne, mniej skłonne do głębokich wtargnięć w pozycje przeciwnika, będzie zmuszone do inaczej koncentrować swe siły. Innymi słowy, nastąpi zmniejszenie, po stronie europejskiego NATO, przewagi w zakresie świadomości sytuacyjnej co będzie prowadziło do „przechyłu” w kierunku działań o mniejszym ryzyku, co wzmocni jeszcze położenie nacisku na obronę. „W ataku - przekonuje brytyjski ekspert - te same ograniczenia ISR skutkować będą bardziej ostrożną, metodyczną i sekwencyjną formą natarcia niż szybkim, oportunistycznym manewrem.” Innymi słowy, to o czym marzą niektórzy polscy „eksperci” a co gorsze do czego zdaje się przygotowywać nasza armia, czyli krótka wojna manewrowa i zadanie decydującego ciosu przeciwnikowi, co ma go zniechęcić do kontynuacji wojny, w takiej sytuacji będzie mniej, niż wcześniej, prawdopodobne.
Osłabienie zdolności w zakresie zwiadu, nadzoru i rozpoznania oznaczać bowiem będzie, że siły atakujące będą miały trudności z identyfikacją i ustaleniem układu obronnego przeciwnika, rezerw i dróg jego odwrotu z wystarczającą dokładnością, aby umożliwić budowanie przewagi w oparciu o tempo działań. Dowódcy będą polegali w większym stopniu na celowym rozpoznaniu, sondowaniu i kształtowaniu pola walki pod wpływem ognia przed zaangażowaniem elementów manewrowych. Będziemy walczyć w środowisku charakteryzującym się zmniejszoną zdolnością do wykrywania i identyfikacji, a w związku z tym ich pokonania, przeszkód takich jak pola minowe, umocnienia czy fortyfikacje. Bez wiarygodnego wywiadu dotyczącego przeszkód, operacje przełamania nie będą odpowiednio zaplanowane, zaopatrzone w zasoby ani zsynchronizowane, bo to zwiększałoby ryzyko kanalizacji, opóźnień i narażenia na ostrzał. Skutkiem takich zmian będzie, znów, dominacja konserwatywnego, sekwencyjnego i kładącego nacisk na obronę modelu wojny.
2. Walka w polu elektromagnetycznym
Ewolucja współczesnego pola walki zwiększa znaczenie „dostępu do pola elektromagnetycznego” czyniąc, zdaniem niektórych, z tego obszaru kluczowy czynnik przewagi ale także „piętę Achillesową” NATO. I w tym obszarze zdolności amerykańskie są kluczowe, zarówno jeśli brać pod uwagę skalę, integrację systemową, odporność w domenie cyber czy kosmicznej a także możliwość zbudowanie jednego, obejmującego cały teatr działań, systemu zarządzania częstotliwościami i budowy odporności własnych sił na działania przeciwnika. Redukcja amerykańskiego zaangażowania nie oznacza, że wraz z ich odejściem system przestanie działać. Umowne siły europejskie będą zmuszone natomiast prowadzić wojnę w sytuacji stałego kontestowania przez przeciwnika dostępu do pola elektromagnetycznego, najprawdopodobniej system będzie funkcjonował ale nie będzie w sposób ciągły i trzeba będzie nauczyć się walczyć w realiach czasowego braku dostępu do spektrum elektromagnetycznego. Na poziomie taktycznym będzie to oznaczało, że uzależnienie od dostępu do pola elektromagnetycznego stanie się czynnikiem słabości a nie przewagi, a na poziomie operacyjnym dodatkowo zmniejsza się nasze zdolności w zakresie ISR, zwłaszcza na głębokości i w zakresie uderzeń precyzyjnych na dużych głębokościach. Zwiększy to z kolei wagę tradycyjnego podejścia, np w zakresie powierzchniowego a nie precyzyjnego ostrzału artyleryjskiego, zmniejszając zarówno tempo i skalę działań a także zwiększając znaczenie potencjałów, w tym zdolności sektora zbrojeniowego. To samo dotyczy łączności. Jej optymalne wykorzystanie musiałoby, w realiach kontestowania przestrzeni elektromagnetycznej ustąpić logice znoszenia rezultatów jej braku, czyli wymuszać podejmowanie działań asekurujących „nasze siły”, które musiałyby nauczyć się działać nie w realiach przewagi i jej wykorzystania ale w środowisku w którym brak łączności. „W dużej skali konkluduje tę część swych rozważań Stewart - przerywany dostęp do widma elektromagnetycznego powodował będzie fragmentację łańcucha sensor-decydent-efektor, utrudniając generowanie zsynchronizowanych działań i zmuszając operacje do prowadzenia ich w sposób bardziej sekwencyjny i rozproszony.” Sekwencyjny i rozproszony oznacza w tym przypadku wojnę toczoną bardziej w modelu starcia rosyjsko - ukraińskiego niż amerykańsko/izraelskiego z Iranem.
3. Uderzenia na tyły przeciwnika i operacyjna głębia
W zakresie tych zdolności uzależnienie państw europejskich od Stanów Zjednoczonych, jest, jak się wydaje największe. Chodzi zarówno o namierzanie celów (targeting), ocenę skuteczności uderzeń jak i znacznie prostszą kwestię jaką jest dostępność platform i systemów bojowych. Ograniczenia w zakresie rozpoznania i targetingu (ISR) oznaczają, że Europejczycy mieliby mniejszą zdolność do rażenia celów ruchomych (manewrujące siły, kolumny logistyczne, ruchome punkty dowodzenia) na dużych głębokościach i zachowaliby, ale zapewne również w mniejszym stopniu, zdolność do rażenia celów nieruchomych. W efekcie należałoby się liczyć ze zmniejszeniem tempa i skuteczności działań sił europejskich. Rażenie celów na głębokościach, które aby osiągnąć efekt operacyjny a być może również strategiczny powinno mieć charakter ciągły/intensywny, powtarzalny i skoordynowany stałoby się epizodyczne i mniej efektywne. Również ze względu na braki ilościowe degradacja rosyjskiego systemu obrony przestrzeni powietrznej byłaby trudniejsza i zajęłoby to więcej czasu. To zaś oznaczać będzie, iż przerwanie łańcuchów logistycznych przeciwnika w krótkim czasie będzie trudniejsze, jeśli w ogóle możliwe. W efekcie trudniej będzie budować przewagę jakościową na linii starcia, czego, znów konsekwencją, może być dłuższa, bardziej krwawa i bez gwarancji zwycięstwa wojna i wzrost znaczenie tradycyjnie rozumianej „masy” w tym liczby zmobilizowanych żołnierzy.
Jeśli chodzi o przewagę w powietrzu do uzyskania której jako warunku wojny manewrowej taką wagę przywiązują nasi eksperci, to i w tym wypadku redukcja zaangażowania Amerykanów będzie miało swoje, niestety negatywne, konsekwencje. Zmniejszeni zdolności do precyzyjnego rażenia celów utrudni zniszczenie rosyjskich zdolności do obrony przestrzeni powietrznej, zwłaszcza przy użyciu systemów mobilnych. To z kolei utrudni, jeśli nie uniemożliwi zdobycia panowania w powietrzu. Naziemna obrona przestrzeni powietrznej mogłaby częściowo wypełnić powstałą w ten sposób lukę zdolnościową, co nie zmienia faktu, że „przeżywalność jednostek manewrowych uległaby zmniejszeniu, ruchy stałyby się bardziej ograniczone, a koncentracja sił bojowych, nawet na krótko, stałoby się bardziej ryzykowana.” Wsparcie sił lądowych z powietrza byłoby w tych realiach również trudniejsze. Skumulowanym efektem takiej sytuacji byłby spadek znaczenia lotnictwa bojowego jako istotnego czynnika budowania przewagi i narzędzia zwycięstwa.
4. Marynarka wojenne, operacje wielodominowe i wrażliwość tyłów
Na morzu, bez wsparcia amerykańskiego, marynarki wojenne państw europejskich byłyby w stanie dominować, ale raczej regionalnie i czasowo, a nie na wielu teatrach działań równocześnie. To nakazywałoby wybieranie priorytetów kosztem równolegle prowadzonych działań wielodomenowych na całym teatrze. Generalnie, również ze względu na mniejsze doświadczenie Europejczyków w tym zakresie, spadła by ich zdolność do prowadzenia operacji wielodominowych. „Siły europejskie - pisze Stewart - bez wsparcia ze strony USA byłyby zmuszone do bardziej liniowych i tradycyjnych operacji ograniczonych do jednej domeny, co wzmacniałoby odejście od manewrów nastawionych na tempo, ułatwianych przez integrację, na rzecz bardziej sekwencyjnych, wyniszczających form walki, determinowanych przez to, co można zobaczyć, ustalić i fizycznie uderzyć w bardziej ograniczonym polu bitwy.”
Zintegrowane europejskie zdolności obrony własnej przestrzeni powietrznej polegają obecnie w głównej mierze na amerykańskich platformach. Jeśli mówimy o efektorach w rodzaju rakiet SM-3 czy systemów Aegis Ashore, to Europejczycy mieliby, w sytuacji wycofania a nawet zmniejszenia skali dostaw, duże problemy z zastąpieniem tych systemów. Te platformy (SAMPT/T czy IRIS - T SLM) które są produkowane w Europie i wymieniane jako alternatywy dla rozwiązań amerykańskich były budowane przy założeniu, że będą oddziaływały na rakiety przeciwnika na niższych wysokościach i w końcowej fazie ich lotu. Innymi słowy Europejczycy, bez Amerykanów zmuszeni zostaliby, w zakresie obrony własnej przestrzeni powietrznej do odejścia od szerokopasmowej, wielowarstwowej obrony gdzie rakiety przeciwnika zaczyna się niszczyć relatywnie wcześnie już we wczesnej fazie ich lotu i poleganiu jedynie na tych rozwiązaniach, które są podatne na ataki pocisków manewrujących i dronów szturmowych. Bezpośrednim skutkiem byłby wzrost wrażliwości infrastruktury bezpośredniego zaplecza frontu w postaci portów, baz lotniczych, magazynów paliw i centrów dowodzenia. Mogłyby one być łatwiej atakowane, w szczególności przez drony szturmowe dalekiego zasięgu, których arsenał stale rośnie, podobnie jak zaawansowanie technologiczne. „Utrata warstwy przechwytującej wyższego rzędu - argumentuje brytyjski ekspert - zmniejszałaby również możliwości zaangażowania, skróciłaby czas podejmowania decyzji i zwiększyła prawdopodobieństwo, że nawet ograniczone salwy pocisków przeciwnika lub mieszane pakiety uderzeniowe
mogłyby osiągnąć znaczące efekty operacyjne.” Nasza logistyka byłaby w większym stopniu wrażliwa co zmniejszałoby tempo działania i nakazywało rozproszenie zasobów. Oczywistym efektem takiej sytuacji byłby spadek tempa naszych działań i wytrzymałości. Center of gravity stałyby się tyły, tak jak to ma miejsce dziś w wojnie na Ukrainie a zdolność do prowadzenia operacji byłaby uzależniona od wydolności systemu logistycznego. I najważniejsza myśl tej części rozważań Rubena Stewarta - „Erozja obrony przeciwrakietowej wyższego szczebla nie tylko odsłoniłaby tyły, ale też całkowicie zatarłaby granicę między frontem a tyłami, a obszary wsparcia operacyjnego i strategicznego podlegałyby ciągłym atakom.” Wojna Europejczyków z Rosją prowadzona bez amerykańskich zdolności byłaby konfliktem z wyraźną tendencją upodobniania się do obecnego starcia ukraińskiego, gdzie przeciwnik metodycznie niszczy infrastrukturę i przemysł zaatakowanego państwa a uderzenia na cele cywilne, w tym ludność są normalną a nawet lepsza bo mniej kosztowną formułą wywarcia presji. Z perspektywy państwa frontowego taki model wojny oznacza po pierwsze dłuższy konflikt, o znacznie większym potencjale zniszczenia celów przemysłowych i miast, starcie w którym dominujące znaczenie odgrywa morale społeczne i system odpornościowy. W miejsce krótkiego i decydującego okresu walki, przypominającego trochę amerykańsko - izraelskie uderzenie na Iran, będziemy w umownym „modelu europejskim” mieć długą wojnę na wyniszczenie, przypominająca konflikt na Ukrainie, z tą wszakże różnicą, że teraz celem ataku będą państwa frontowe, czyli m.in. Polska. Zaawansowane operacje wielodominowe, czego byliśmy świadkami w przypadku wojny Ameryki z Iranem też nie gwarantują osiągnięcia strategicznego zwycięstwa, wygrania wojny i ostatecznego pokonania przeciwnika, ale przynajmniej poziom strat „po naszej stronie” jest niewspółmiernie niski w porównaniu z tym z czym musi się liczyć przeciwnik. Krótka wojna, nawet jeśli nie odniesiemy obezwładniającego zwycięstwa ma ten walor, że decyzje polityczne ją kończące zapadają w sytuacji kiedy nasze straty są zdecydowanie niższe niż przeciwnika, co jest korzystną opcją na przyszłość. Ma to też istotne znaczenie jeśli mówimy o odstraszaniu, bo i w tym obszarze wraz z umownym „odejściem Amerykanów” wiele się zmienia i to nie na korzyść Europejczyków. Słabnie odstraszanie nuklearne, z tym poglądem zgadza się dziś wielu ekspertów, co zwiększa znaczenie odstraszania konwencjonalnego. Ale i jeśli w tym wypadku słabnie (a tak jest) przewaga Europy nad Rosją bo koszty konfliktu w nowej formule będą w większym stopniu obciążać Europejczyków, to czym zastąpimy słabnięcie odstraszania nuklearnego? Co więcej zwycięstwo w takiej wojnie zależy od wydajności europejskiego przemysłu zbrojeniowego i dostępności podstawowych platform bojowych. Dziś w niemałej części Europa jest uzależniona od Stanów Zjednoczonych i to od postawy Waszyngtonu będzie w przyszłości zależała dostępność części zamiennych do F-35, ale również gwarancje upgradów softwaru, czyli systemów operacyjnych. Nie ma powodu aby twierdzić, iż Amerykanie „obrażą się” na Europejczyków i gwarancje dostaw staną pod znakiem zapytanie ale może pojawić się priorytetyzacja celów, konkurencja o ograniczone zasoby. W takiej sytuacji, której prawdopodobieństwo rośnie w sytuacji ryzyka uwikłania się Stanów Zjednoczonych w inną niż europejska wojnę, trzeba liczyć się z zakłóceniami dostaw. A to już będzie miało znaczenie dla europejskich zdolności, bo będziemy mieć do czynienia ze „stopniową erozją gotowości” do działania podstawowych platform. Jeśli np w zakresie dostaw części do amerykańskich myśliwców pewność i harmonijność dostaw ulegnie choćby zmniejszeniu to będzie to miało negatywny wpływ na czas trwania przeglądów, napraw i modernizacji. Już obecnie około połowy amerykańskich F-35 jest uziemionych, w Europie te wskaźniki są jeszcze gorsze (nie mówiąc o wakatach personelu), pogorszenie się sprawności łańcuchów zaopatrzeniowych jeszcze tę sytuację pogorszy. W efekcie będzie to miało negatywny wpływ na zdolność do prowadzenia intensywnych i długotrwałych operacji powietrznych i zmaleje liczba misji bojowych (sorites).
Brak amerykańskiego hegemona, jego wycofanie się z Europy, będzie wpływał w zasadniczy sposób na znaczenie czynnika, który dziś może nie mieć takiego znaczenia. Otóż opisane zmiany nie oznaczają sytuacji w której Europejczycy nie będą mogli skutecznie bronić się przez Rosjanami. Będzie to jednak inna wojna, dłuższa, krwawsza i wymagająca większego wysiłku. Zwycięstwo będzie w znakomicie większym stopniu uzależnione od uniknięcia scenariusza eskalacyjnego (nuklearnego) a tutaj Europa nie wypracowała jeszcze wspólnych rozwiązań a także zależeć będzie od spójności systemu sojuszniczego w znacznie większym stopniu niż obecnie. Jeśli przyjdzie nam walczyć bardziej tak jak Ukraińcy dziś niż Amerykanie z Iranem, a osłabnięcie więzi atlantyckich w wymiarze operacyjnym do tego może prowadzić, to naszą piętą Achillesową będzie to czy potrafić będziemy utrzymać jedność i razem ponosić koszty. To będzie też oznaczało skłonność do uniknięcia eskalacji horyzontalnej, czyli ograniczenie konfliktu do wymiarów wojny regionalnej. Jeśli bowiem obywatele Francji czy Hiszpanii, dziś czujący się bezpiecznie będą musieli wybierać między wspólnym - sojuszniczym starciem z Rosjanami ale ceną którą przyjdzie im być może zapłacić będą rosyjskie uderzenia na miasta w tych krajach, to pokusa polityki partykularnej będzie rosła. Utrzymanie jedności sojuszniczej będzie trudniejsze i przewaga przemysłowa i demograficzna Europy nad Rosją może okazać się fikcją. Chyba, że świadomie wejdziemy w scenariusz wojny regionalnej, w której walczą ci, którzy są bezpośrednio zagrożeni a państwa Europy Zachodniej spełniają rolę tyłów, wspierających i finansujących działania sojuszników ale bez bezpośredniego zaangażowania. Tylko, że taki scenariusz zmienia na niekorzyść Europy relację sił, zwiększając zarówno ryzyko porażki jak i uwikłania w długą i krwawą wojnę. To też przypomina obecną sytuację Ukrainy.
Nawet w scenariuszu optymistycznym, sprowadzającym się do materializacji założenia, że w sytuacji rosyjskiej agresji cały nasz kontynent, bez ociągania się, staje do walki, to i tak odejście Amerykanów, „europejska suwerenność strategiczną” za którą tak optują Francuzi, z operacyjnego punktu widzenia oznacza pogorszenie się położenia państw flankowych. Europa zanim nie wypełni luk powstałych z wycofania się Amerykanów, a na to wyłącznie w zakresie sprzętowym potrzebne będzie dziesięciolecie, a jeśli weźmiemy pod uwagę wyszkolenie, systemy dowodzenia i integrację, to trzeba mówić o dłuższej perspektywie, będzie mogła skutecznie bronić się przed Rosją ale w tradycyjnym, bardziej konserwatywnym modelu operacyjnym. Nasza teoria zwycięstwa nie będzie budowana wokół zdolności do szybkiego manewru, uzyskania dominacji we wczesnej fazie konfliktu i operacjach na głębokości. W większym stopniu „europejskie NATO” polegać będzie na defensywnej strategii „by denial” i pokładać nadzieję w swym potencjale. Ale to oznacza narażenia nas Polaków i naszych sojuszników, na ryzyko uczestnictwa w długiej wojnie, wyniszczającym nasz potencjał (ekonomiczny i demograficzny) konflikcie. I w tym wypadku analogia do sytuacji Ukrainy jest uderzająca.
Jeśli zatem umowne „odejście Amerykanów” lub osłabienie ich zaangażowania w europejskie bezpieczeństwo wywoła (a to jest pewne) takie właśnie skutki, to oczywistym priorytetem państw wschodniej flanki jest uniknięcie tego scenariusza. Czyli dążenie do sytuacji, jeśli to nieuchronne, redukcji ilościowej amerykańskiego zaangażowania przy pozostawieniu obecności jakościowej (high enablers). Alternatywa, którą proponują Francuzi, czyli „europejska suwerenność” jest zapewne atrakcyjna z pozycji Paryża, ale zdecydowanie mniej nęcąca jeśli weźmiemy pod uwagę interesy Polski. Kwestią nie jest bowiem w tym wypadku odpowiedź na pytanie czy obronimy się przed Rosjanami ale czy chcemy aby ta możliwość obrony oznaczała długotrwałą wojnę na wyniszczenie prowadzoną również na naszym terytorium.
Rozchodzenie się dróg Europy i Ameryki, jeśli przyjąć roboczą hipotezę, że ten proces, nawet w formule przyjacielskiej i uzgodnionej jest zjawiskiem nieuchronnym oznacza jeszcze jedną, fundamentalną zmianę w polityce bezpieczeństwa na naszym kontynencie. Piszą o tym na łamach Le Grand Continent duńscy eksperci, którzy analizują jakie opcje mają państwa naszego kontynentu w zakresie wypracowania własnej teorii zwycięstwa nad Rosją. Interesuje ich wymiar strategiczny i operacyjny a nie polityczny, tzn prowadzą oni swe rozważania zakładając, że antyrosyjski wektor polityki Europy uda się utrzymać, nie następną podziały na tle rozbieżności interesów i będziemy mieć do czynienia z politycznie zjednoczonym i chcącym się bronić kontynentem. Nie zmienia to jednak faktu, iż Europa skoncentrowała swą uwagę dziś bardziej na kwestiach instytucjonalnych (jak NATO będzie funkcjonować) niż strategicznych. Zamiast debatować nad tym jak przebudować system sojusznicy, argumentują Jean-François Bélanger , Esben Salling Larsen , Olivier Schmitt, czyli Autorzy tego wystąpienia, należałoby się skoncentrować na szukaniu odpowiedzi w kwestiach strategicznych czyli jaką wojnę Europa ma zamiar prowadzić, jak osiągnąć przewagę i jak wygrać starcie z Rosjanami?
„Punkt wyjścia - argumentują - jest niewygodny, ale trzeba się z nim zmierzyć. Dla Europejczyków walka „jak Amerykanie bez Amerykanów” to strategiczny ślepy zaułek. Obecna koncepcja walki NATO – oparta na centralnej idei operacji wielodomenowych – opiera się na teorii zwycięstwa, w której siły rosyjskie są dezintegrowane przez lepszą integrację technologiczną i „dominację decyzyjną”.” Zdaniem Autorów ta amerykańska teoria zwycięstwa w Europie nie przetrwa odejścia Stanów Zjednoczonych z naszego kontynentu i będzie musiała zostać zastąpiona nową. Nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o liczone w bilionach dolarów nakłady czy o to, że na zastąpienie amerykańskich zdolności potrzebne będzie do 15 lat. Powód jest inny, i zdaniem Autorów, nieprzezwyciężalny. Jak argumentują, myślenie, że Europejczycy będą po jakimś czasie walczyć tak jak Amerykanie ale bez Amerykanów jest nierealistyczne bo zakłada „nierealistyczny stopień spójności Europy w zakresie integracji sił i koordynacji przemysłowej.” Innymi słowy Europa nie osiągnie nigdy takiego stanu jedności, tożsamości celów i ciężarów jak w systemie hegemonistycznym zdominowanym przez Amerykanów i budowanym przez dziesięciolecia pod groźbą sowieckiej inwazji. To zaś oznacza konieczność zbudowania europejskiej strategii wojny i zwycięstwa, a nie naśladowanie rozwiązań amerykańskich. Realnie oceniając sytuację istnieją dwie realistyczne opcje i trzecia, w większym stopniu idealistyczna. Ta ostatnia, zacznijmy od niej, oznacza pozostanie, choć w zredukowanej formule, Amerykanów w Europie. Czyli utrzymujemy zdolność do prowadzenia operacji wielodominowych, ale z ograniczonym wsparciem Amerykanów, którzy wycofują się w całości ze wsparcia ilościowego. Konsekwencją tego będzie konieczność skokowego zwiększenia zdolności wojskowych Europejczyków. Państwa NATO dziś dysponują 144 brygadami a w scenariuszu „odejścia Amerykanów” Europejczycy musieliby w całości wypełnić siły pierwszego rzutu (100 tys.) i drugiego (200 tys.) w całości. To oznacza konieczność przywrócenia powszechnego szkolenia wojskowego we wszystkich dużych państwach naszego kontynentu, z pewnością w Polsce i w Niemczech. „Konieczne będzie - argumentują - zwiększenie rekrutacji i retencji, a także równoczesne zintensyfikowanie przygotowań do regeneracji w przypadku przedłużającego się konfliktu.” Oznacza to, że scenariusz utrzymania zdolności do wojny w stylu jak do tej pory planowali Amerykanie oznacza z pewnością militaryzację społeczeństw i powszechny charakter przygotowań.
Drugi scenariusz, który rozważają określany jest mianem - strategiczne zaprzeczenie (denial) i uzyskanie zdolności do zwycięstwa w wojnie na wyniszczenie. Amerykanie odchodzą za ocean ale niezakłóconą jest perspektywa ich zaangażowania przemysłowego, ochrona łańcuchów zaopatrzenia i zaopatrywanie walczącej Europy. W tym modelu „celem nie jest walka „jak Stany Zjednoczone bez Stanów Zjednoczonych”, choć powszechna mobilizacja i militaryzacja społeczeństw też będzie niezbędna. Luki w zdolnościach można kupić od ręki; luk operacyjnych, zwłaszcza w infrastrukturze danych i dowodzenia, która umożliwia operacje wielodomenowe, nie da się uzupełnić.” Ten scenariusz, a to wręcz jego warunek powodzenia, zakłada utrzymanie spójności politycznej i wojskowej Europy. Wspólna walka oznacza utrzymanie wspólnego dowodzenia i funkcjonowanie naszego kontynentu, a przynajmniej jego jądra, jak jeden podmiot państwowo - wojskowy. Celem europejskiej strategii zwycięstwa byłoby wówczas „wyczerpanie operacyjne: stopniowa erozja zdolności Rosji do regeneracji siły bojowej na poziomie operacyjnym – degradacja wyszkolonej siły roboczej, zakłócenie cyklów logistycznych i rosnące tarcia w systemach dowodzenia odpowiedzialnych za wspieranie operacji ofensywnych pod ciągłą presją.” Innymi słowy musimy być przygotowani na długą wojnę na wyczerpanie, wyniszczenie zdolności i zasobów przeciwnika i jednoczesne uniknięcie ryzyka eskalacji do poziomu starcia nuklearnego. Na naszą, Europejczyków, korzyść działać może to, że współczesna wojna, zwłaszcza w zakresie proliferacji i dojrzałości systemów bezzałogowych preferuje obronę i utrudnia prowadzenie wojny manewrowej. Drugim czynnikiem europejskiej strategii zwycięstwa może być komparatywna przewaga bazy przemysłowej i PKB wobec Rosji. „Trzecią przesłanką jest trwałość wielonarodowego wysiłku jako zmiennej operacyjnej. Wojna europejska musi być zarówno skuteczna militarnie, jak i politycznie zrównoważona w ramach koalicji około dwudziestu państw demokratycznych, trwającej od dwóch do pięciu lat. Wyklucza to kosztowne kampanie ofensywne, a w połączeniu z zarządzaniem eskalacją nuklearną sprawia, że operacje lądowe na terytorium Rosji są politycznie zabronione. Wyzwaniem militarnym jest zatem rekonkwista (czyli odzyskanie zajętego przez wroga naszego, lub innych państw flankowych terytorium - MB), a nie podbój: powstrzymanie rosyjskich postępów na terytorium europejskim i wyparcie sił rosyjskich z każdego zajętego terytorium.” Nie będziemy zatem toczyć wojny na terenie przeciwnika, w tym modelu nie wykonamy wyprzedzającego uderzenia. Przede wszystkim z tego powodu, że taki scenariusz oznaczałby zagrożenie dla politycznej spoistości europejskiego systemu sojuszniczego, nie mówiąc już o ryzyku eskalacyjnym. Nie wyklucza to ataków na cele położone na rosyjskich tyłach, ale mowa o uderzeniach z dystansu, a nie wejściu wojskowym. W tym modelu wojny „wielkość zapasów jest zmienną o kluczowym znaczeniu: Europa musi wspierać głębokie operacje uderzeniowe przez lata, a nie tygodnie, traktując zapasy amunicji dalekiego zasięgu i zdolność produkcyjną dronów FPV i amunicji krążącej jako zasoby strategiczne porównywalne z dywizjami pancernymi.” Kolejnym czynnikiem przewagi jest „duszenie na morzu i w gospodarce” czyli zdolność do długotrwałego zakłócania i blokowania łańcuchów zaopatrzenia przeciwnika. Wreszcie nie wygra się wojny z Rosją bez wdrożenia „obrony totalnej”. Lapidarnie określając ten europejski model musielibyśmy napisać o militaryzacji, zmianie preferencji wydatkowej w sektorze finansów publicznych i gruntowanej przebudowie polityki przemysłowej. Cztery linie obrony - terytorium, łańcuchy zaopatrzenia, wydolność przemysłowa i odporność społeczna „generują kumulujący się dylemat: Rosja nie może ani przejmować terytorium, ani wykorzystywać swojego zaplecza jako azylu, ani wykorzystywać kanałów morskich lub gospodarczych, ani destruować społeczeństw europejskich. Architektura ta jest odporna na częściowe załamanie: utrata jednej linii degraduje ją, nie powodując jej upadku. Wymaga również wyraźnego ustalenia priorytetów, ponieważ ograniczenia zasobów i tarcia polityczne uniemożliwią jednoczesny rozwój wszystkich czterech linii do optymalnego.” Ale aby ta opcja okazała się skuteczna jej urzeczywistnienie wymaga głębokich zmian społecznych, militaryzacji kontynentu i to na dodatek zmian zachodzących równolegle w tym samym czasie i w podobnym stopniu w większości dużych państw. Asymetria powoduje osłabienie systemu i ma też słabe punkty - przedłużająca się wojna powoduje narastanie społecznych trendów destrukcyjnych bo różne są odczucia w zakresie zagrożenia i różna w związku z tym gotowość do wyrzeczeń i wreszcie ten scenariusz europejskiego zwycięstwa zakłada utrzymanie spoistości sojuszniczej o co zwłaszcza w scenariuszu przedłużającej się wojny będzie trudniejsze. Alternatywą, za czym wyraźnie optują Autorzy, jest powstanie systemu koalicji chętnych, kilku regionalnych europejskich obszarów odpowiedzialności za bezpieczeństwo zbudowanych wokół państw wiodących. Jedną z takich formuł mogłaby być Joint Expeditionary Forces, format, którego uczestnicy odpowiadają za bezpieczeństwo obszarów arktycznych i północnego Atlantyku, inny mógłby odpowiadać za obronę Bałtyku, kolejny za Bałkany i bezpieczeństwo Morza Czarnego. Plusem takiego rozwiązania byłoby to, że te formaty byłyby budowane i zdominowane przez państwa mająca podobną ocenę sytuacji i podobną skłonność do działania, minusem tego, że z oczywistych względów byłyby one słabsze niż wspólne działanie. Na wschodniej flance warunkiem skuteczności tego modelu byłoby przyciągnięcie potencjału Ukrainy, co oznacza konieczność porozumienia wojskowego między Warszawą a Kijowem, bo Niemcy w takim układzie odgrywałyby rolę tyłów dając głębię strategiczną i rezerwy, ale również stałyby się ośrodkiem niezbędnym aby Europejczycy utrzymali zdolność do koordynacji, polityki zaopatrzenia walczących i gotowość do wspólnego ponoszenia kosztów, nawet w sytuacji kiedy wojna objęłaby tylko jeden z takich obszarów węzłowych. Z instytucjonalnego punktu widzenia mielibyśmy do czynienia z pewnymi obszarami wspólnymi, bo jak proponują Autorzy „ujednolicone planowanie operacyjne na całej granicy wschodniej, jednolity szkielet logistyczny teatru działań oraz wspólny, autorytatywny wizerunek operacyjny. Łańcuch operacyjny musi być w całości europejski i zbudowany przed kryzysem, a nie improwizowany w jego trakcie” czemu musiałaby towarzyszyć pogłębiona integracja wojskowa, w wymiarze operacyjnym, sił państw europejskich które razem musiałyby zmierzyć się z zagrożeniem. Drugim poziomem byłaby integracja systemu ISR, trzecim transformacja europejskiej bazy systemu zbrojeniowego zarówno w stronę zwiększenia skali produkcji, jak i stopnia samodzielności. Drugi i trzeci scenariusz (czyli w pierwszym podejście europejskie a w drugim regionalne) są w zakresie podstawowych wymogów operacyjnych dość do siebie podobne. „Wymagają masy wyniszczającej (ludzi i sprzętu - MB), szczególnie w regionach północnych i centralnych. Uzupełnia to zapotrzebowanie na zdolności do blokowania dostępu do morza, stabilizacji i przeciwdziałania zagrożeniom hybrydowym w regionach północnych, śródziemnomorskich i czarnomorskich, a także na znaczące siły artyleryjskie połączone z zaawansowanym systemem rozpoznania i monitoringu (ISR) opartym na dronach w regionie centralnym.”
Wnioski które wyciągają Autorzy są zarazem krzepiące, z ogólnej europejskiej, perspektywy, jak i niepokojące jeśli stosować będziemy wyłącznie regionalną czy narodową optykę. Otóż ich zdaniem Europa jest się w stanie obronić przed Rosją bez Amerykanów, a nawet należy założyć, że „europejska obronność nie wymaga koniecznie, aby wszystkie europejskie siły zbrojne działały jako jedna, zjednoczona struktura.” Innymi słowy możliwe jest podejście asymetryczne. I to jest najbardziej niepokojące bo oznacza w gruncie rzeczy militaryzację państw flankowych, które staną się „strategicznymi buforami” jądra Europy, czyli przyjmą rolę którą do pewnego stopnia odgrywa dziś Ukraina. Zapleczem, którego znaczenie zwłaszcza w długotrwałej wojnie na wyniszczenie, będzie decydujące, stanie się centrum (Niemcy) i zachód Europy. My będziemy zatem walczyć i zabiegać o poparcie naszych sojuszników, o co wraz z przedłużaniem się konfliktu będzie tylko trudniej.
Strategiczne konsekwencje „odejścia Amerykanów” będą zatem poważniejsze niż komukolwiek się to dziś wydaje. Przygotowanie się na taki scenariusz, w tym przyjęcie regionalnej optyki bezpieczeństwa, jako punktu wyjścia, fundamentu naszej polityki w tym zakresie, wydaje się w tym wypadku kluczowe. Drugim fundamentem winno być utrzymanie obecności Amerykanów choćby w zakresie wybranych, najważniejszych zdolności. Trzecim odejście od ideologii europejskiego systemu obronnego bo jego powstanie może się odbywać wyłącznie kosztem pogorszenia naszej pozycji strategicznej nie mówiąc już o wątpliwościach co do szans na jego zbudowanie. Innymi słowy odejście Amerykanów z Europy nie tyle otwiera co raczej zamyka „perspektywę europejską” i powinno skłaniać Warszawę do budowania układu regionalnego, który jeśli powstanie winien zabiegać o możliwość współpracy z innymi układami regionalnymi. Trzeba tylko pamiętać, co wymowne zwłaszcza dzisiaj, że nie ma wiarygodnego układu regionalnego w naszej części kontynentu bez pogłębionej wojskowej, gospodarczej i w konsekwencji strategicznej współpracy Polski z Ukrainą. Nawet jeśli mamy świadomość, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach, jak trudną jest ta opcja z wojskowo - operacyjnego punktu widzenia nie ma alternatywy. Jeśli Amerykanie zredukują swe zaangażowanie w Europie budowa regionalnego/europejskiego systemu bezpieczeństwa pogorszy naszą sytuację wymuszając poważniejsze zmiany i wyrzeczenia. Ale nawet jeśli się na nie zdecydujemy i wszystko będzie przebiegać sprawnie, a hołdowanie takim założeniom jest optymistyczne, to i tak bez środkowoeuropejskiego aliansu strategicznego, odpowiadającego za utrzymanie wschodniej flanki, z udziałem Ukrainy, niewiele zdziałamy.
Trwa ładowanie...