Wielka Brytania. Kryzys, degradacja i rozczarowanie
Na początku kończącego się tygodnia w Londynie prezydent Ukrainy spotkał się z przedstawicielami państw europejskich aktywnych w tzw. Formacie E-3. Efektem tych rozmów było sformułowanie pięciopunktowego planu zakończenia wojny i osiągnięcia budowy stabilnego ładu powojennego. W stosownym oświadczeniu przywódcy stwierdzili, że „granice nie mogą być zmieniane siłą”, zaapelowali o rozpoczęcie negocjacji kończących wojnę, napisali, że Ukraina musi otrzymać wiarygodne i wiążące gwarancje bezpieczeństwa również w postaci międzynarodowych sił strzegących zawieszenia broni (choć trudno w tym oświadczeniu znaleźć odpowiedź na pytanie kto je ma udzielić) a także stwierdzili, że „interesy europejskie musza być gwarantowane” w każdym porozumieniu, które kończyłoby wojnę. Ten narracyjny pokaz jedności i siły warto skonfrontować z rzeczywistymi możliwościami bo tylko wówczas będziemy mogli stwierdzić ile w tego rodzaju wystąpieniach jest teatru a ile stawiania na swoim odwołując się do twardych argumentów. Pytanie, które pozostawię bez odpowiedzi, które się w związku z tym nasuwa jest nastepujące - kto wierzy w oświadczenia sygnowane przez Merza, Starmera i Macrona? Jeśli tą osobą jest Zełenski to trzeba współczuć Ukrainie przywódcy, który własne marzenia i życzenia bierze za rzeczywistość.
Ocena wiarygodności oświadczeń liderów państw Europy Zachodniej jest tym łatwiejsza, że już kilka dni później, we czwartek, brytyjską sceną polityczną wstrząsnęła dymisja Alexa Healeya, ministra obrony i jego zastępcy, odpowiadającego za siły lądowe - Ala Carnsa. Opisem rzeczywistych zdolności Francji i Niemiec zajmę się w późniejszych materiałach tego cyklu, teraz skoncentrujmy się na Wielkiej Brytanii. Sama dymisja jest zaskakująca, bo na początku tygodnia odbyło się w Londynie spotkanie państw formatu E 3 i Zełenskiego, w trakcie którego Starmer prężył muskuły mówiąc o roli Wielkiej Brytanii w budowaniu europejskiego potencjału wojskowego i zdolności do zapewnienia stabilnego pokoju na Ukrainie. W przyszłym tygodniu odbędzie się spotkanie państw G7, a w lipcu trudny szczyt NATO w Ankarze. W obydwu tych przedsięwzięciach Healey miał swoją, niebagatelną, rolę do odegrania, zwłaszcza, że cieszył się jak zgodnie potwierdzają media autorytetem wśród sojuszników z NATO. Jego dymisja jest zatem wydarzeniem niewygodnym dla Starmera, którego premierostwo jest zagrożone. 18 czerwca odbędą się wybory uzupełniające w Makerfield w których startuje Andy Burnham, burmistrz Wielkiego Manchesteru, który jeśli dostanie się do Izby Gmin to z pewnością rzuci wyzwanie Starmerowi. Ten ostatni jest w niewygodnym położeniu nie tylko dlatego, że zwycięstwo Burnhama oznacza wielce prawdopodobny kres jego premierostwa. Jeśli Burnham przegra, co jest możliwe, to o fatalną politykę, która doprowadziła do przegranej w okręgu „od zawsze” głosującym na Labour, też zostanie oskarżony Starmer. Dymisja Healeya nie jest mu z pewnością na rękę, ale jeszcze ważniejsze są ujawnione przez byłego ministra obrony powody takiego kroku. Napisał on bowiem list, który wydrukowała cała brytyjska prasa, w którym oskarżył urzędującego premiera, iż ten zaniedbuje bezpieczeństwo. W swym wystąpieniu Healey przypomniał, że przed rokiem, również w czerwcu rząd opublikował Przegląd Strategiczny, dokument w którym nakreślono wizję rozwoju brytyjskich sił zbrojnych do roku 2035. Fundamentem zwiększania zdolności wojskowych brytyjskich sił zbrojnych miał być wzrost wydatków. Latem ubiegłego roku zarówno Starmer jak i Healey publicznie deklarowali, zapewniali też o swojej determinacji sojuszników, że do roku 2030 poziom wydatków Wielkiej Brytanii na siły zbrojne osiągnie 3 % PKB, a w 2035 roku będzie to 3,5 %. Wydarzenia w kolejnych miesiącach w świecie przyspieszyły i jesienią a także w tym roku były już minister obrony mówił o potrzebie jeszcze szybszego i o większej skali wzrostu wydatków. Deklarował „Od tego czasu wymagania dotyczące obronności jeszcze bardziej wzrosły, podobnie jak zobowiązania Wielkiej Brytanii, które słusznie podjęliście wobec sojuszników”. Te wymagania związane są choćby z tzw. Kontyngentem który Wielka Brytania miałaby wysłać na Ukrainę, utrzymaniem na dotychczasowym poziomie kontyngentu w Estonii, na co Tallin bardzo nalega czy zaangażowaniem Londynu w misje patrolowe, kiedy uda się już odblokować Cieśninę Ormuz na czym Zjednoczonemu Królestwu winno zależeć bo jest bowiem państwem w większym stopniu niż inni Europejczycy uzależnionym od importu ropy i paliw z rejonu Bliskiego Wschodu. A zatem oczekiwania i potrzeby rosły, a jak było z ich zaspokojeniem przez Kanclerza Skarbu? No właśnie słabo. Przez ostatnie 12 miesięcy przedstawiciele resortu obrony i dowódcy sił zbrojnych czekali na opublikowanie Defence Investment Plan (DIP), dokumentu, który miał w szczegółach wskazywać w jakie zdolności będzie się inwestować i jakie realne kwoty przeznaczy na to brytyjski resort skarbu. Już sama zwłoka w publikowaniu tego dokumentu budziła zaniepokojenie, tym bardziej, że publicznie ujawniono, iż „dziura” w finansach brytyjskich sił zbrojnych wynosi 28 mld funtów. Podczas spotkania z premierem Starmerem na Downing Street przed świętami Bożego Narodzenia, szef sztabu obrony sir Richard Knighton powiedział, że budżet sił zbrojnych wymaga dodatkowych miliardów funtów inwestycji, aby osiągnąć cele wydatkowe na rok 2030 i ujawnił o jakich kwotach jest mowa. Ani to, ani apele emerytowanych wojskowych, ani kompromitacja Royal Navy, która nie była przez dwa tygodnie w stanie wysłać na Cypr i w stronę Zatoki Perskiej nawet jednego niszczyciela w sytuacji kiedy Francuzi wysłali całą armadę z lotniskowcem Charles DeGaule na czele nie przyspieszyło prac brytyjskiego resortu skarbu nad dokumentem DIP. Ostatecznie miał on zostać zaprezentowane Healeyowi w tym tygodniu, ale nie w postaci pełnego raportu, ale krótkiego jednostronnicowegs streszczenia. Co gorsze zamiast 28 mld funtów Resort Skarbu proponował przyznanie na obronność 13,5 mld funtów, z czego, jak rychło zrozumiano w resorcie obrony jedynie 10 mld funtów to realne pieniądze a 3,5 to środki w cudowny sposób rozmnożone przy użyciu rozmaitych sztuczek księgowych. Healeya miały jeszcze rozsierdzić informacje o odmowie redukcji niektórych rozbudowanych pozycji wydatków budżetowych po to aby znaleźć pieniądze na bezpieczeństwo. I tak Ed Milliband, wpływowy minister energetyki reprezentujący lewe skrzydło Labour odrzucił w poniedziałek propozycję redukcji ambicji w zakresie polityki klimatycznej po to aby zaoszczędzone środki przeznaczyć na bezpieczeństwo i siły zbrojne, a kanclerz Reeves miała nie zgodzić się na zmniejszenie programów socjalnych. W przypadku Milibanda nie chodziło o jakieś dramatyczne oszczędności, bo brytyjska prasa donosiła, że spory związane są ze zmniejszeniem o 1 % (słownie: jeden procent) nakładów kapitałowych na inwestycje w odnawialne źródła energii. Chodziło w tym wypadku m.in. o rezygnację z inwestycji (wartej 9 mld funtów) na kontrowersyjne wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla – technologię, której nigdy nie udowodniono komercyjnie. Na dodatek kanclerz Reeves na początku tygodnia sprzeciwiła się finansowaniu brytyjskich zbrojeń długiem ponad kwotę 3 mld funtów a cała Partia Pracy nie zgadzała się na redukcje w administracji i cięcia w wydatkach socjalnych po to aby znaleźć pieniądze na bezpieczeństwo.
To z tego powodu w przywoływanym przeze mnie liście Healey oskarżył Starmera o to, że jego publicznie składane deklaracje nie znajdują potwierdzenia w faktach. Napisał „Twoje propozycje finansowe w ramach DIP – które otrzymałem w całości w poniedziałkowe popołudnie tego tygodnia – jest znacznie niższe od tego, co jest potrzebne do obrony i rozwoju kraju w tym niebezpiecznym czasie”. Co więcej były już minister obrony ujawnił, że przyjęte rzez Starmera plany zwiększenia wydatków na zbrojenie oznaczają, iż w 2030 roku osiągną one poziom 2,68 % PKB a nie 3 % jak premier publicznie deklarował, a co gorsze w 2027 roku, dzięki realizowanym inwestycjom Wielka Brytania osiągnie poziom 2,6 % wydatków, a to oznacza, że przez 3 kolejne lata miałyby one wzrosnąć o imponujące 0,08 % PKB.
W Wielkiej Brytanii trwają też nie kończące się spory, w które zaangażowani sią posłowie do Izby Gmin wokół innej, nie mniej fundamentalnie istotnej kwestii. Chodzi mianowicie o to ile wydaje się obecnie na obronność w Zjednoczonym Królestwie? W lutym tego roku poseł konserwatywny James Cartilidge zwrócił się z pytaniem o rozliczenie przez rząd planowanych wydatków na siły zbrojne, które w świetle publicznych deklaracji gabinetu Starmera mają zamknąć się kwotą 270 mld funtów do roku 2030. Ta kwota, to środki które mają być w dyspozycji resortu obrony, a nie całość wydatków na bardzo szerokie rozumiane bezpieczeństwo. Z odpowiedzi wynika, że co prawda łączne wydatki Wielkiej Brytanii w 2027 roku osiągną wskaźnik 2,6 % PKB o tyle wydatki resortu obrony wyniosą 2,03 % PKB. Można oczywiście się spierać czy reszta, czyli 0,57 % PKB to rezultat „twórczej księgowości” czy jak najbardziej uzasadnione wydatki, tylko, że ponoszone przez inne resorty. Nie rozstrzygam tej kwestii, ale zwracam uwagę na fakt, iż Healey w liście uzasadniającym swoją rezygnację napisał, iż z powodu braku środków „Jestem zmuszony podejmować decyzje, które obniżą gotowość naszych sił zbrojnych i zwiększą ryzyko dla personelu biorącego udział w operacjach, a także mogą sprawić, że kraj będzie mniej bezpieczny”.
Może Wielka Brytania po prostu nie ma pieniędzy i oczekiwania resortu obrony świadczyły o megalomanii a nie roztropnym podejściu do finansów publicznych? Raczej nie, bo nakłady na politykę socjalną, które w roku budżetowym 2024-25 przekroczyły 300 mld funtów mają do końca dekady wzrosnąć, zgodnie z zapowiedziami Starmera, do ponad 400 mld, a dominujące frakcje w jego formacji chcą jeszcze więcej. Już obecnie indywidualne zasiłki społeczne pobiera w Wielkiej Brytanii 3,9 mln osób, co kosztuje budżet 26 mld funtów, do 2030 roku wydatki na ten jeden program mają skoczyć do 40 mld funtów. Brakuje za to pieniędzy na inne cele, w tym uzbrojenie i rozbudowę sił zbrojnych. Wielka Brytania ma obecnie najmniejsze siły lądowe od początku XVIII wieku a Royal Navy jest cieniem własnej potęgi. James Cartlidge, minister finansów w konserwatywnym gabinecie cieni zwrócił uwagę mediów, że rząd Starmera w tym roku podniósł podatki co pozwoliło mu uzyskać dodatkowe 60 mld funtów, a to oznacza, że programy socjalne nadal są hojnie subwencjonowanie, ciężary rosną a problemy z finansowaniem sił zbrojnych to raczej kwestia priorytetów a nie braku środków. Jeżeli Andy Burnham wygra wybory uzupełniające, dostanie się do Izby Gmin i jesienią obali Starmera stając na czele rządu Partii Pracy, to najpewniej Kanclerzem w jego gabinecie zostanie Ed Miliband, co raczej zapowiada zwrot w polityce wydatków publicznych na lewo a nie poszukiwanie środków niezbędnych aby odbudować zdolności wojskowe.
Warto też nieco uwagi poświęcić wyjaśnieniu słów Healeya który oskarżył premiera wymuszone brakiem środków cięcia w programach zbrojeniowych. O co może chodzić? Pisze o tym David Davies w The Telegraph argumentując, że kraj znalazł się w momencie historycznym „przypominającym rok 1938”. Perspektywa wojny jest realna a Wielka Brytania nie jest do niej przygotowana. Przywołuje on słowa Ala Cairnsa, ministra odpowiadającego za siły lądowe, który podał się do dymisji wraz z Healeyem, który powiedział „Charakter konfliktu zmienia się szybciej, niż nasze zamówienia są w stanie nadążyć. Nadal kupujemy zdolności odpowiednie do ostatniej wojny, podczas gdy nasi przeciwnicy zbroją się na następną. Platformy kosztujące miliardy mogą zostać pokonane przez systemy kosztujące tysiące. Każdy poważny plan inwestycji obronnych musi wychodzić od tej rzeczywistości”. To uzależnienie od starych, coraz mniej lub w ogóle nieprzydatnych na współczesnym polu walki platform bojowych nie jest wyłącznie problemem brytyjskim (w przypadku Polski jest moim zdaniem jeszcze gorzej), ale jak zauważył Carins opisywane zjawisko jest w gruncie rzeczy monopolem wielkich koncernów w rodzaju Leonardo czy BAE, które były w stanie narzucić model wydatków wojskowych, produkują sprzęt „który nie działa” co oznacza, iż Wielka Brytania potrzebuje całkowitego „resetu” jeśli chodzi o zakupy uzbrojenia.
Aby zrozumieć powagę sytuacji, a wydaje się to niezbędne bo w Warszawie Wielka Brytania nadal postrzegana jest w kategoriach sojusznika który ma realne zdolności i partnera z którym można budować przyszły system bezpieczeństwa europejskiego, musimy nieco uwagi poświęcić ostatnim „dokonaniom” brytyjskiego resortu obrony. Zacznijmy od słynnego parasola nuklearnego o którym, jak alternatywie wobec amerykańskiego, wiele się w ostatnim czasie mówi i pisze w europejskich mediach. Cała brytyjska flota okrętów podwodnych klasy Astute, o napędzie atomowym utknęła w portach gdzie oczekują one na naprawy. Mowa o 5 jednostkach, a szósta nie weszła jeszcze do służby. To oznacza, że w sytuacji kiedy Rosjanie o 1/3 zwiększyli aktywność na morzach i oceanach otaczających Wielką Brytanię Londyn nie dysponuje okrętami szturmowymi, których użycie może być odpowiedzią na prowokacyjne zachowania rywali. Ryan Ramsey, były kapitan okrętu podwodnego o napędzie atomowym, powiedział, że braki w tym zakresie są „poważnym sygnałem ostrzegawczym”. Powiedział on w rozmowie z „The Telegraph” - „Wyglądamy na bezbronnych. Rosjanie wiedzą, że nie możemy wypuścić okrętów podwodnych na morze.” „Nic z tego nie ma sensu.” - dodał - „Tracicie wiarygodność wobec Rosjan, jeśli nie potraficie utrzymać odstraszania na morzu.” „Ten problem był ukrywany przez dekady. Wszyscy wiedzieli, że to nastąpi, ale sprawę przerzucono na następną osobę odpowiedzialną”. Powiązany z Partią Pracy Lord West od Spithead, były Pierwszy Lord Admiralicji podkreśla, że okręty klasy Astute są kluczowym czynnikiem ochrony brytyjskich okrętów przenoszących atomowe pociski balistyczne z głowicami jądrowymi. W kwietniu brytyjska prasa ujawniła, że budowa okrętów podwodnych klasy Dreadnought z napędem atomowym, które mają zastąpić starzejące się okręty Vanguard zdolne do przenoszenia rakiet z głowicami jądrowymi, dopiero się rozpoczęła w jednej ze stoczni w hrabstwie Cumbria, ale harmonogram ich budowy jest zagrożony bo w Wielkiej Brytanii nie produkuje się stali ciśnieniowej o odpowiedniej jakości, którą w całości trzeba sprowadzać z Francji. Nie jest to tylko kwestia urażonej dumy narodowej, ale realnego zagrożenia opóźnieniami w dostawach. Z oficjalnych dokumentów rządowych wynika, że w latach 2017/18–2022/23 wydano łącznie 173,7 mln funtów na zakup około 78 000 ton stali na okręt Dreadnought oraz dwa inne sztandarowe programy budowy okrętów Royal Navy: fregaty typu 26 i typu 31. Z tej kwoty jedynie 8,5 mln funtów trafiło do producentów brytyjskich, a dziesiątki milionów dostawców ze Szwecji, Niemiec, Francji i Hiszpanii. Wynika to z faktu, że resort obrony przez dziesięciolecia kładł nacisk wyłącznie na kwestie cenowe, nie analizując bezpieczeństwa dostaw i zdolności do kontroli łańcuchów zaopatrzenia. W Wielkiej Brytanii gdzie koszty energii elektrycznej należą do najwyższych w Europie lokalni producenci stali nie byli w stanie, ze względu na energochłonność ich procesów technologicznych, sprostać konkurencji. Ten problem dotyczy nie tylko stali specjalistycznej wykorzystywanej w budowie okrętów. Brytyjska kolej zaspokaja swe zapotrzebowanie na szyny w 90 % w jednej stalowni w Scunthorpe w hrabstwie Lincolnshire. W ubiegłym roku chiński właściciel tego zakładu odrzucił pomoc publiczną i zapowiedział jego zamknięcie, co wywołało obawy pełnego uzależnienia od dostaw z zagranicy.
Jeśli chodzi o okręty klasy Vanguard wyposażone w rakiety z głowicami nuklearnymi, to trzeba pamiętać, że Wielka Brytania ma 4 takie okręty w służbie i są one eksploatowane od 1993 - 1999 roku, bo wtedy oddawane były do użytku. W czerwcu 2023 roku, jak informowało dowództwo brytyjskiej Marynarki Wojennej HMS Victorious, drugi z okrętów klasy Vanguard dotarł do stoczni w Babcock w Davenport gdzie ma przejść gruntowny remont. W oficjalnym komunikacie akcentowano, że w ten sposób uda się utrzymać 1000 miejsc pracy w zagrożonej stoczni, ale co innego jest w tym wypadku istotne. Niezbędne aby przedłużyć okres eksploatacji okrętów klasy Vanguard remonty powodują, iż z 4 realnie mogą służyć jedynie 3 jednostki tego rodzaju. Zresztą to żadna nowość bo od 1969 roku Wielka Brytania realizuje swa politykę odstraszania nuklearnego, a trzeba pamiętać, że okręty podwodne o napędzie atomowym wyposażone w rakiety z głowicami nuklearnymi to jedyny środek przenoszenia jakim dysponuje Londyn, w takim właśnie modelu. Co to oznacza? Jeden okręt realizuje misje, drugi się do nich przygotowuje a trzeci przechodzi bieżące remonty i naprawy. W służbie jest zawsze jeden okręt typu Vanguard. Jak można przeczytać w oficjalnym raporcie Izby Gmin na temat brytyjskiego odstraszania nuklearnego, który opublikowany został w 2025 roku „Wielka Brytania jest jedynym państwem posiadającym broń jądrową, które ograniczyło się do jednego systemu odstraszania.” Dopiero w 2025 roku rząd zapowiedział chęć pozyskania 12 samolotów F-35A zdolnych do przenoszenia broni jądrowej podobnie jak chęć rozbudowy potencjału ilościowego, do poziomu docelowo 260 głowic (dziś Londyn ma 225). Tylko, że w tym wypadku mamy do czynienia z planami na realizację których nie ma pieniędzy, co ma znaczący wpływ na harmonogram ich realizacji. A to oznacza, że dzisiaj cały potencjał odstraszania nuklearnego jakim dysponuje Wielka Brytania to jeden dyżurujący okręt klasy Vanguard, pozostający nota bene bez ochrony która realizowana była przez okręty klasy Astute. Dlaczego to jest ważne? Dlatego, że taka sytuacja znacząco ogranicza możliwości Londynu. Uważa się, że nuklearna odpowiedź na atak przeciwnika przy użyciu tego rodzaju broni prowadziłaby do natychmiastowego ujawnienia położenia dyżurującego okrętu i podjęcia przez rywala (Rosjan) próby jego zniszczenia. Czyli w hipotetycznej sytuacji kiedy Rosjanie uderzą reakietą jądrową w dajmy na to Poznań, udzielająca nam osłony Wielka Brytania musiałaby odpowiedzieć salwą rakietową z okrętu dyżurującego. Ujawnienie jego pozycji oznacza rosnące ryzyko zniszczenia i co dalej? Przy użyciu jakich systemów obroni się Zjednoczone Królestwo jeśli przeciwnik chciałby odpowiedzieć na brytyjską salwę? Nie będzie miało się czym bronic i to zmniejsza, a moim zdaniem redukuje do zera, zdolności odstraszania Londynu, zwłaszcza w przypadku kiedy zagrożenie atakiem mogłoby dotyczyć sojusznika. To ograniczenia brytyjskiego odstraszania jądrowego o których wiadomo, a te mniej znane? W 2024 roku dziennik The Telegraph informował, że brytyjscy inżynierowie pracujący nad konstrukcją okrętów podwodnych nowej generacji wykorzystują oprogramowanie opracowane przez firmy z Rosji i z Białorusi. W świetle tych relacji kody stworzony przez rosyjskich i białoruskich programistów mógłby zostać wykorzystany do ujawnienia lokalizacji brytyjskich okrętów podwodnych. Nie jest to niczym nadzwyczajnym bo w ostatnich dniach media ujawniły, że w samochodzie którym poruszał się premier Starmer odkryto znajdujący się tam, najprawdopodobniej chiński, chip lokalizacyjny który pozostawał nieodkryty przez służby przez co najmniej kilka lat.
W tygodniu poprzedzającym dymisję Healeya w brytyjskich mediach pojawiły się artykuły w świetle których kolejny program Royal Navy „wisi na włosku”. Mowa o pracach związanych z budową niszczycieli typu 83 które w latach 2035 - 38 miałyby zastąpić starzejące się okręty typu 45. Program, ze względu na brak pieniędzy już ma opóźnienie, teraz istnieje realne ryzyko, że zostanie wstrzymany. Uzasadnieniem, które nota bene wydaje się zasadnym, dla takiego kroku jest konieczność przeprogramowania konstrukcji niszczyciela tak aby w większym stopniu umożliwiał on integrację systemów bezzałogowych z platformami załogowymi. Royal Navy rozważa obecnie plany budowy hybrydowej marynarki wojennej, co nie zmienia faktu, że nowe rozwiązania są jeszcze w fazie dyskusji koncepcyjnych a stare mają już znaczące opóźnienie. Przedłużające się dyskusje, w połączeniu z brakiem środków w budżecie które mogłyby zostać przeznaczone na inwestycje sprzętowe powodują narastające ryzyko „luki zdolności”, czyli zaistnienie sytuacji kiedy stare platformy bojowe są już w dużej mierze niezdolne do efektywnej służby a nowych jeszcze nie ma.
Bardzo dobrze zjawisko to widać na przykładzie choćby brytyjskich zdolności rakietowych. Londyn uruchomił własne projekty budowy rakiet/dronów średniego i dalekiego zasięgu. Mowa o Brakestop Project Mirrors wzorowanym na ukraińskiej konstrukcji Palianica. W tym wypadku projektowany dron - rakieta ma być wystrzeliwany z platformy naziemnej, przemieszczać się z prędkością 600 km i mieć podobny zasięg. Pierwotne plany zakładały wejście tej konstrukcji do masowej produkcji pod koniec 2025 roku i osiągnięcie zdolności budowy 240 sztuk rocznie, jednak do grudnia tego roku projekt „złapał” 18 miesięczne opóźnienie i w świetle ostatnich deklaracji (w odpowiedzi na interpelacje poselskie) jest „w zasadzie na dobrej drodze”. Nie zakończyły się testy poligonowe i seryjna produkcja zostanie uruchomiona, jak się obecnie szacuje pod koniec 2026 roku, co też jest ambitnym celem. Nie zmienia to też faktu, że tej konstrukcji z pewnością nie można uznać za rozwiązanie umożliwiające uderzenia dalekiego zasięgu, sceptycyzm ekspertów wzbudza też szacowany na 600 tys funtów koszt jednostkowy tego systemu. Drugim brytyjskim projektem jest British Nightfall. Przewiduje on budowę rakiety balistycznej również o zasięgu 600 km, jednak jesienią 2025 szacowano czas potrzebny na zbudowanie prototypów na 9 do 12 miesięcy, nie mówiąc już o seryjnej produkcji.
Opóźnia się też program pozyskania samolotów F-35A. Jak informują media w dowództwie brytyjskiego lotnictwa a także na szczeblu rządu „toczą się poważane rozmowy” które prowadzić mogą do ograniczenie lub odłożenia w czasie kiedy pozyskane zostaną te myśliwce podwójnego przeznaczenia. Źródłem wątpliwości jest brak środków.
Jeszcze większym skandalem skończył się program budowy brytyjskiego transportera opancerzonego Ajax. Program jego budowy pochłonął 6,3 mld funtów i pod koniec ubiegłego roku okazało się, w trakcie prób na poligonie, że konstrukcja jest tak zła (hałas nie do zniesienia i drgania), że używający go żołnierze musieli zostać hospitalizowani. The Times informował, że 31 żołnierzy zgłosiło dolegliwości, niektórzy z nich wymiotowali a inni „trzęśli się ze strachu” na myśl, iż ponownie mieliby znaleźć się w tym transporterze. Niewiele lepiej wyglądają doświadczenia związane z konstrukcją myśliwca Typhoon. Lewis Page, komentator The Telegraph określił tę konstrukcję mianem „najdroższego myśliwca czwartej generacji jaki zbudowała ludzkość” i przypomniał, że myśliwce te, których wyprodukowano ok. 600 (mowa o Eurofighterach i Typhoonach) kosztowały podatnika niemal tyle samo co „o niebo lepsze” amerykańskie F-22 Raptor, których zbudowano 183. Podważa to powszechną w Europie tezę w myśl której Amerykanie mając mniejszą liczbę platform bojowych budują większą ich liczbę osiągając w związku z tym niższa cenę jednostkową. Przykład Eurofightera- Typhoona jest zaprzeczeniem tego zakorzenionego w publicznej narracji poglądu. Europejczycy nawet jeśli mają zamówienie na dłuższe serie sprzętu to i tak pozyskują drożej platformy o znacznie mniejszych możliwościach. Jak zauważył brytyjski komentator „Podstawowym problemem było to, że Eurofighter nie tylko strasznie się spóźnił i przekroczył budżet, ale także jego konserwacja i wsparcie, szczególnie w kwestii dostaw części zamiennych, były fatalne. Wiele samolotów, które zmodernizowano do ataków na cele naziemne, nie nadawało się do lotu, często z tego powodu, że kanibalizowano ich podzespoły, które były wykorzystane po to aby inne maszyny mogły w ogóle wznieść się w powietrze.” Na dodatek koszt godziny loty tymi maszynami czwartej generacji wynosił średnio od 45 do 48 tys funtów, podczas gdy amerykańskimi F-35A, a to myśliwce o całą generację bardziej zaawansowane, od 25 do 31 tys funtów. Brytyjski ekspert policzył, że przy założeniu 30 - letniego okresu eksploatacji, gdyby Londyn w miejsce Typhoonów zakupił amerykańskie F-35A to oszczędności zamknęłyby się kwotą 9 mld funtów. Tyle Wielką Brytanię kosztowały ambicje postawienia na europejskie konstrukcje które okazały się droższe, gorsze i na dodatek mocno spóźnione.
Podobnych przykładów niesprawności, choć należałoby powiedzieć rozkładu, brytyjskich sił zbrojnych można podawać więcej. Należałoby napisać o tym, że tylko 19 tys z 60 tys żołnierzy sił lądowych może, ze względu na wskazania zdrowotne uczestniczyć w misjach poza obszarami Wielkiej Brytanii, chronicznym kryzysie rekrutacyjnym czy niedojrzałości klasy politycznej, która dużo mówi o zagrożeniach ale jeśli chodzi o realne działania to zwleka, odkłada je i nie chce zmienić priorytetów budżetu, dla którego od lat głównym celem jest wzrost programów socjalnych.
W brytyjskie debaty na temat poziomu wydatków wojskowych włączył się też amerykański sojusznik. Elbridge Colby, odpowiadający w Pentagonie m.in. za relacje z partnerami wezwał Londyn aby ten zwiększyła nakłady na siły zbrojne. Colby powiedział, że„Wielka Brytania ma niezwykle dumną historię wojskową. Wzbudza nasz szacunek. Ponownie istnieje ogromna potrzeba zwiększenia brytyjskiej siły militarnej w tym krytycznym momencie. Wzywamy Wielką Brytanię do zaspokojenia tej potrzeby z pilnością, skalą i determinacją.” Pobudzanie sojuszników do zwiększenia nakładów na siły zbrojne i zwiększanie własnych zdolności jest tradycyjnym elementem amerykańskiej strategii budowania NATO 3.0, której, jak się uważa, Colby jest głównym autorem i orędownikiem. Te wezwania będą coraz intensywniejsze, zwłaszcza w sytuacji kiedy Amerykanie już zaczęli informować swych europejskich sojuszników na temat planów w zakresie redukcji swego kontyngentu. Tym bardziej, że, jak informuje New York Times redukcja obejmie m.in. 1/3 myśliwców F-16 i F-15E, a także zmniejszenie (z 26 do 15) samolotów rozpoznania morskiego i wycofanie wszystkich 8 samolotów - tankowców, które obsługiwały europejskie lotnictwo. Należy spodziewać się też redukcji, informowała o tym wcześniej prasa, liczby okrętów patrolujących wody okalające Europę oraz planuje się przegrupowanie jednej z dwóch grup bombowców stacjonujących na naszym kontynencie. Giuseppe Spatafora z Instytutu Studiów nad Bezpieczeństwem Unii Europejskiej powiedział Newsweekowi, że chociaż każdy element z cięć budżetowych dotyczy odrębnych zdolności i można nimi zarządzać osobno, to tym nie mniej razem mogą one „stanowić wyzwania dla gotowości odstraszania w Europie”. Inni eksperci, pytani przez media argumentują, że amerykańskie propozycje zmniejszą zdolności państw naszego kontynentu do oddziaływania na duże odległości oraz ograniczą potencjał rozpoznawczy, co w sytuacji intensyfikacji rozmaitych operacji na dużym obszarze, a z takimi scenariuszami mamy do czynienia, ma również istotne znaczenie dla zdolności do odstraszania.
Z tego co napisałem nie należy wyciągać wniosku, że zdolności wojskowe Brytyjczyków są bez znaczenia. Tak nie jest, ale realia z którymi mamy do czynienia rzeczywiście przypominają rok 1938. Londyn ma świadomość własnych ograniczeń, nie rozpoczął jeszcze na serio realizować programów modernizacji swoich sił zbrojnych o których tyle się mówi. Na to nakładają się ograniczenia budżetowe i polityczne, bo cały system uległ w ostatnim czasie rozchwianiu i nie ukształtowali się jeszcze nowi liderzy opinii publicznej. Julian Lindley-French, znany brytyjski ekspert w zakresie bezpieczeństwa, który doradzał m.in. premierowi Johnsonowi mówi, że „W Wielkiej Brytanii budżet obronny jest tak napięty, że możemy sobie teraz pozwolić albo na własne, niezależne zdolności odstraszania nuklearnego, albo na konwencjonalną armię zdolną do pełnienia funkcji odstraszającej.” A to oznacza, że Londyn będzie obecnie grał na czas i jego deklaracje w zakresie niezłomności politycznej i gotowości przeciwstawienia się Rosji trzeba traktować z rezerwą pamiętając, że Wielka Brytania chętnie angażowała się w wojny w których główny ciężar spoczywał na cudzych ramionach.
Trwa ładowanie...