Dlaczego Ukraina atakuje magazyny Wilderries
Dlaczego Ukraińcy atakują magazyny Wildberries oraz Ozonu, rosyjskich firm, platform internetowych, odpowiedników Amazon? Tatiana Kim, formalna właścicielka tej pierwszej firmy powiedziała rosyjskim mediom, że uderzeniom podlegało już 10 wielkopowierzchniowych magazynów tej firmy, ale nie ulega wątpliwości, że w najbliższej przyszłości będą się one powtarzać. Szukając odpowiedzi na postawione pytanie warto zwrócić uwagę na kilka kwestii. Magazyny wielkopowierzchniowe, przy tym pozbawione ochrony przed atakami z powietrza, to tzw miękkie cele (podobnie jak rafinerie), duże obiekty, które łatwo zaatakować. A zatem na pytanie dlaczego Ukraińcy przeprowadzają ataki można trywialnie odpowiedzieć - bo mogą. Ale jest też kilka innych powodów i warto poświęcić im nieco więcej uwagi.
Zełenski powiedział publicznie, że magazyny wielkopowierzchniowe i centra logistyczne, są atakowane przez ukraińskie systemy bezzałogowe bo funkcjonujące tam firmy są istotnym elementem zaopatrzenia rosyjskich sił zbrojnych. To oczywiście prawda, ale deklaracja prezydenta Ukrainy jest raczej zasłoną dymną. Z prawnego punktu widzenia (tzw prawo międzynaporowe, czyli akceptowane do tej pory umowy i konwencje) samo stwierdzenie faktu nie usprawiedliwia uderzeń wojskowych na cele cywilne. Ryzyko refutacyjne, jakie się z tego rodzaju operacjami wiąże, jest zatem i dla Ukrainy niemałe co oznacza, że w Kijowie podejmując decyzje o uderzeniach brano pod uwagę również i inne kwestie. Jakie?
Zacznijmy od ekonomicznego, a może raczej psychologicznego, wymiaru tego co się dzieje. Utrudnienia w handlu internetowym, jakie mogą pojawić się w związku z atakami mają oddziaływać na nastroje konsumentów, a przez to wyborców (wybory do Dumy we wrześniu) udowadniając im, że „wojna przyszła do Rosji” i nie będzie można już żyć tak jakby nie dotyczyła ona mieszkańców Federacji. Ten psychologiczny efekt wzmacniają też doskonale widoczne kłęby dymu z palących się składów co w połączeniu z powszechnymi w Rosji brakami paliwa jeszcze pogłębia ten mechanizm.
Wildberries ma obecnie w Federacji Rosyjskiej 5,2 mln m2 magazynów wielkopowierzchniowych, a rywalizujący z tą firmą, drugi pod względem wielkości Ozon 5 mln m2. Tylko w 2025 roku firma ta zbudowała i oddała do eksploatacji 17 centrów dystrybucyjnych. W całej Rosji znajduje się 60 mln m2 wielkopowierzchniowych magazynów eksploatowanych przez sieci sprzedażowe i handlowe, co oznacza, że aby doprowadzić do „zaopatrzeniowego” kolapsu, jak powiedział Nowej Gazecie Europa analityk zajmujący się tą branżą, potrzeba wiele czasu i powtarzających się uderzeń aby w odczuwalny sposób zakłócić zaopatrzenie ludności w podstawowe towary.
Jednak Wildberries i jej magazyny jest dobrym celem również z innych powodów. Budując w ekspresowym tempie magazyny i centra logistyczne firma zaciągnęła 1,3 bln rubli a dodatkowy dług wobec banku WTB (Wniesztorgbank) szacowany jest na 500 mld rubli, tylko zobowiązania krótkoterminowe wzrosły w 2025 roku 7 razy (do poziomu 802 mld rubli) i to w przypadku firmy, której przychód zamknął się kwotą, jak wynika z szacunków portalu The Bell, 4,57 bln rubli. Firma jest kolosem,. Ale z finansowego punktu widzenia „na glinianych nogach” i może nie wytrzymać kosztów związanych z odszkodowaniami dla handlowców którzy powierzyli jej swe towary. Oczywiście jeśli zdecyduje się płacić, ale niewiele na to wskazuje bo powołuje się na „siłę wyższą”. Brak odszkodowań dla przedsiębiorców korzystających z usług Wildberries dodatkowo osłabia sektor prywatny już i tak w związku z obecnymi trendami w rosyjskiej gospodarce bardzo słaby, w ekspresowym tempie ograniczający skalę swojej działalności. Jeśli Wilderries zacznie się chwiać to państwo będzie musiało przyjść z pomocą zagrożonej firmie, najpewniej nacjonalizując ją, o czym w Rosji mówi bo przez ten pryzmat ocenia się zaangażowanie państwowego WTB. Warto pamiętać, że od lat prezesem tego banku jest Andriej Kostin, przez wielu uważany za jednego z głównych rozgrywających w zapleczu Putina.
Obecnie internetowe platformy sprzedażowe w rodzaju Wildberries czy Ozon odpowiadają za 5 - 6 % rosyjskiego PKB czyli 11,3 - 13,4 bln rubli (przed pandemią Covid było to 1,3 %) i znaczenie tego sektora jest porównywalne do przetwórstwa ropy naftowej (13 bln) i większe niż rosyjskiego rolnictwa 10,6 bln. To wynik ekspresowego wzrostu w ostatnich kilku latach. Od 2020 roku w Rosji pięciokrotnie (do 226 tys) wzrosła liczba „punktów odbioru” które zaczęły wypierać z rynku tradycyjne sieci supermarketów w rodzaju Magnita. Obroty Wildberries od 2019 roku wzrosły 20 razy (dla porównania w przypadku największej rosyjskiej sieci supermarketów X5 ten wzrost wyniósł tylko 2,7 razy) a konkurującego z nią Ozonu 43 razy (3,5 bln rubli). Nawiasem mówiąc te wzrosty są wynikiem zmian w putinowskiej, wojennej polityce ekonomicznej. Wzrost wypłat dla pracujących (braki na rynku specjalistów) i „wynagrodzenia” dla tych którzy poszli walczyć przełożyło się na skokowy wzrost środków w dyspozycji „zwykłych Rosjan”, którzy zwiększyli skokowo swoją konsumpcję. Tradycyjne sieci handlowe nie były w stanie obsłużyć rosnącego popytu co ułatwiło wzrost platformom internetowym takim jak Wilderries.
Ale jak to w Rosji historia sukcesu prywatnego biznesu wywołała wzrost zainteresowania struktur oligarchicznych, związanych z Putinem, i tu dochodzimy do politycznego wymiaru ukraińskich ataków. W przypadku OZON-u akcjami firmy „podzielili się” z jednej strony Jurij Kowalczuk, który zdaniem rosyjskich mediów „kryzuje” czyli ochrania, Aleksandra Czaczawę, formalnego właściciela. Kowalczuk to jeden z najbliższych „druchów” Putina, który w czasie pandemii miał do niego niemal nieograniczony dostęp i to pozostało, polityk który odpowiada za propagandę i system bankowy. Drugim akcjonariuszem Ozon jest AFK Sistiema Władimira Jewtuszenkowa.
W przypadku Wildberries sytuacja jest jeszcze ciekawsza. Firma stała się głośna po tym jak w 2024 roku w siedzibie firmy w Moskwie miała miejsce strzelanina w której zabitych zostało dwóch ochroniarzy a kolejne siedem osób odniosło rany. To Władysław Wakalczuk, założyciel i współwłaściciel firmy próbował do niej wejść w towarzystwie ludzi Kadyrowa, a broniąca się była jego żona Tatiana Wakalczuk, dziś występująca pod panieńskim nazwiskiem Kim. Małżeństwo się rozstało i wybuchł konflikt o podział majątku. Mąż zwrócił się o pomoc do Kadrowa a żona, nota bene założycielka firmy, poprosiła o protekcję senatora z Dagestanu Sulejmana Karimowa, również potężnego i wpływowego w Rosji polityka. W strzelaninie „zwycięstwo” odnieśli ludzie Karimowa, Kadyrow poczuł się znieważony i miał ponoć „przysiąc krwawą zemstę”, ale w bulwersujący rosyjską opinię publiczną konflikt włączyła się administracja Putina, i w gabinecie Antona Wajno (jej szefa) miało dojść do uściśnięcia sobie rąk. Kadyrow „na otarcie łez” dostał ponoć 2 mld dolarów, czyli niemal dokładnie tyle ile firma musi, jak się szacuje wypłacić odszkodowań poszkodowanym przedsiębiorcom. Pani Kim nadal kontroluje Wilderries, choć już nie samodzielnie bo akcjonariuszami stali się bracia Mirzojan, których kryszuje (chroni) właśnie Karimow.
I teraz wchodzimy na kolejny, jeszcze wyższy poziom rozważań. Uderzenia w logistykę i magazyny takich firm jak Wildberries oznaczają bowiem wymierne straty również dla rosyjskich klanów oligarchicznych, które stoją za tymi wielkimi i szybko rosnącymi biznesami. A to z kolei wpływa na układ sił w elicie władzy i ewentualne koleje wojny. Jak argumentuje Tatiana Stanowaja, przenikliwa obserwatorka sytuacji w rosyjskiej elicie, obecnie można mówić o ukształtowaniu się dwóch trendów, sposobów myślenia o przyszłości. Jeszcze nie obozów, ale te mogą powstać. Stanowaja odwołuje się zarówno do swoich anonimowych rozmówców z szeroko rozumianego rosyjskiego obozu władzy jak i zwraca uwagę na publikację oligarchy Mironczenko w Economist (o której pisałem przed tygodniem) podkreślając, że na jej druk zgodził się Władimir Putin. Pierwszą, nadal dominującą tendencją, jest „logika wojny”, kontynuowania starcia z Ukraina do zwycięstwa, realizacji głównych celów politycznych stawianych sobie przez Moskwę. „Najważniejszą zmianą - argumentuje Stanowaja - jest pozycja Władimira Putina w krajowym systemie politycznym. Nadzieje, że problemy wewnętrzne i presja zmuszą go do ustępstw i przyznania się do błędu, nie spełniły się i raczej się nie spełnią. Sytuacja przypomina zardzewiałą śrubę: bez względu na siłę, pozostaje na swoim miejscu, a reszta konstrukcji dźwiga jej ciężar. Presja nie zmienia pozycji Putina; zwiększa jedynie ryzyko deformacji i pęknięć w otaczającym systemie.” Innymi słowy Putin nie zgodzi się na rozmowy pokojowe jeśli nie dadzą one mu szansy na osiągnięcie zwycięstwa. To oznacza gotowość „wyciśnięcia” z rosyjskiego systemu jeszcze więcej, np w postaci mobilizacji, i logikę eskalacji. Wystąpienie Melniczenko jest ważne nie tylko dlatego, że to pierwsze od czasów Chodorkowskiego tak wyraźne przedstawienie stanowiska politycznego przez przedstawiciela wielkiego rosyjskiego biznesu. Nie mniej istotne, a nawet ważniejsze, jest zadaniem rosyjskiej ekspert to, że „dziś w rosyjskich elitach praktycznie nie sposób znaleźć nikogo, kto uważałby, że uczynienie Ukrainy „przyjazną” jest konieczne, a nawet możliwe. Podczas gdy ostatnio dyskusje koncentrowały się na tym, co uznać za trofea zwycięstwa (terytorium, sposoby sformalizowania statusu neutralnego, ograniczenia dla armii ukraińskiej itd.), dziś uwaga skupiła się na znalezieniu sposobów na zminimalizowanie ogromnych strat wynikających z walki o jakiekolwiek zwycięstwo.” Mamy zatem do czynienia z rysującym się podziałem - dla części elity koszty kontynuowania wojny są już trudne do akceptacji bo jej ceną nie jest przyszłość Krymu czy Donbasu ale to, że wojna oznacza, iż Rosja traci perspektywy, przegrywa swoją przyszłość bo rywale strategiczni idą w tym samym czasie do przodu. W Europie tego nie odczuwamy tak silnie, choćby z tego powodu, że od 2019 roku gospodarka niemiecka, największa na kontynencie jest de facto w fazie stagnacji której końca nie widać, ale z rosyjskiej perspektywy, a oni patrzą na Chiny, Stany Zjednoczone czy Indie sytuacja powoli staje się dramatyczna. Stanowaja uważa, że i w tym wypadku problem jest bardziej psychologiczny niż realny, ale przecież współczesną polityką rządzą emocje i psychologia. Spora część rosyjskiej elity społecznej zaczyna jej zdaniem już obecnie wątpić w „adekwatność władzy” czyli jej zdolność do formułowania odpowiedzi na najpoważniejsze wyzwania przed którymi staje kraj. Wojna nie jest w tym wypadku głównym punktem odniesienie, nie mniej, a nawet bardziej, istotne jest to czy szeroko rozumiany obóz władzy prawidłowo ocenia sytuację, przewiduje rozwój wydarzeń, czy jest w stanie zbudować wiarygodną strategię państwową i narzędzia do jej realizacji. W takim ujęciu „fiksacja” Putina na wojnie i zwycięstwie jest groźna, ale w zupełnie inny sposób niż malejące perspektywy zwycięstwa. Powinniśmy to dobrze w Polsce rozumieć mając do czynienia z tak skupionymi na wewnętrznej walce siłami politycznymi, że zapominają one o całym świecie zaprzepaszczając szanse na rozwój Polski w następnych dziesięcioleciach. Jak argumentuje „W rezultacie w Rosji pojawiają się dwa przeciwstawne trendy, rozdzierające reżim. Pierwszym z nich jest wojenna logika Putina, zgodnie z którą eskalacja prowadzi do eskalacji, siły bezpieczeństwa rozszerzają swoje wpływy, rządy są restrukturyzowane w celu dostosowania ich do potrzeb wojskowych, a kurczące się zasoby zmuszają do ich redystrybucji na rzecz wojny. Zgodnie z tą logiką, rosyjski rząd zareaguje na rosnącą presję radykalizacją, zaostrzeniem żądań i rozszerzeniem zasięgu geograficznego konfliktu.
Drugim trendem jest pojawienie się zapotrzebowania na zmiany: bardziej realistyczną ocenę geopolitycznych możliwości Rosji, kompetencji w podejmowaniu decyzji krajowych i odpowiedniego wyznaczania celów w wojnie. Choć trudno przewidzieć przyszłą skalę i dynamikę tego trendu, pojawiają się coraz liczniejsze sygnały, że takie żądania rozprzestrzeniają się nawet w kręgach lojalistycznych, od ultrapatriotów po biznesmenów. Nie jest to aktywizm czysto antywojenny czy antyputinowski, a zatem jest o wiele bardziej niebezpieczny dla reżimu.”
Jest tylko kwestią czasu kiedy, zwłaszcza jeśli wojna będzie się przedłużać, te dwa trendy zaczną się wzajemnie zwalczać. Nie chodzi w tym wypadku o podział i wojnę domową, bo do takiego scenariusza jest jeszcze daleko, ale o powolny rozpad wewnętrznej jedności i determinacji. To osłabienie „woli” a wojna jest zawsze jej pojedynkiem, prowadzi do zmniejszenia skuteczności, spowolnienia działań i w konsekwencji porażki.
Strona ukraińska, atakując magazyny firm w rodzaju Wildberries chce, na najgłębszym poziomie, wywołać również i taki efekt. To co się dzieje uzmysławia nam kilka trudno przebijających się w Polsce prawd na temat współczesnej wojny. Sformułujmy zatem kilka tez:
Po pierwsze - wojna staje się totalną i niknie podział na umowne cele wojskowe i cywilne.
Po drugie - jej elementem, którego znaczenie rośnie, jest zdolność do atakowania głębokich tyłów przeciwnika. To zwiększa znaczenie systemów dalekiego zasięgu i zdolności do ich zwalczania. Nie oznacza to odejście do przeszłości tradycyjnych środków walki, bo linie frontu ktoś musi nadal utrzymywać, raczej mamy do czynienia z komplementarnością.
Po trzecie - przeciwnik w sposób zamierzony i celowy stara się ingerować w system polityczny zaatakowanego państwa. To czy uda mu się go osłabić, wpłynąć na charakter i tempo podejmowania decyzji, a nawet sparaliżować, jest kluczem do zwycięstwa. A zatem myśląc o bezpieczeństwie musimy zacząć wzmacniać nasze państwo, w tym przede wszystkim dbać o wewnętrzną spoistość, zdolność do komunikacji i jakość kadr. Czyli, innymi słowy, całkowicie odejść od tego co mamy w Polsce teraz.
Tę zmieniającą się logikę wojny zrozumieli nawet Niemcy, ponoć znacznie bardziej w kwestii Rosji i ewolucji wojny, oderwani niż my od rzeczywistości. FAZ informuje o propozycji Jana Redmanna (CDU), ministra spraw wewnętrznych landu Brandenburgia, który chce aby firmy odpowiedzialne za infrastrukturę krytyczną same zbudowały swe zdolności do zwalczania dronów i miały formalne prawo do ich zestrzeliwania, jeśli będą miały do czynienia z niezidentyfikowanym a potencjalnie groźnym obiektem. Minister spraw wewnętrznych Redmann mówił o „hybrydowym sojuszu” między państwem a operatorami infrastruktury krytycznej w celu obrony przed dronami. Wyjaśnił, że jest to „najlepsza odpowiedź na sytuację zagrożenia hybrydowego”, mając na myśli Rosję.Nie jest to oczywiście „odkrycie Ameryki” na Ukrainie działa już kilkanaście firm prywatnych zwalczających rosyjskie drony ale to oczywiste nawiązanie do partnerstwa publiczno - prywatnego jest w przypadku Niemiec o tyle ciekawe, że dopiero niedawno Bundestag przyjął nowelizacje ustawy dającą Bundeswehrze prawo do zestrzeliwania nieznanych dronów, bo wcześniej siły zbrojne nie miały takich uprawnień nawet nad własnymi bazami. Niemcy uczą się zatem szybko, moim zdaniem szybciej niż my, bo w Polsce nie może nawet powstać PMC, czyli prywatna firma wojskowa, i nasi weterani z Gromu czy Formozy, co jest tajemnicą poliszynela zawierają kontrakty z takimi firmami pracując w ochronie statków, tyle, że zyski idą np do Londynu. W tym przypadku (PMC) jesteśmy nawet gorsi od Peru czy Kolumbii, a jak się wydaje przyczyną tego bezwładu nie jest brak kadr czy firm ale blokady w naszym systemie politycznym bo zwaśnione strony boją się podejmować trudne decyzje.
Ostatnie wydarzenia na Ukrainie, w tym trwający już dziewiąty dzień „kartonowy Majdan” ma też wiele wspólnego z systemem politycznym, strukturą władzy i podejmowania decyzji w tym walczącym kraju. Różnica między tym co dzieje się w Rosji i na Ukrainie polega na tym, iż w tym ostatnim przypadku celem aktywnego społeczeństwa jest wzmocnienie systemu, a rządząca elita - Zełenski i jego otoczenie, ze względu na swe tendencje autorytarne, uwikłania korupcyjne jest obiektywnie rzecz biorąc czynnikiem osłabiającym państwo. I to doskonale rozumieją liderzy protestów, tacy jak Dmitri Koziatyński, specjalista IT i były wojskowy, człowiek który dwukrotnie wyprowadził Ukraińców na ulice w protestach przeciw Zełenskiemu. Pierwszy raz było to po ataku na niezależność służb walczących z korupcją latem ubiegłego roku i drugi raz obecnie, po dymisji Fiodorowa. Powiedział on w wywiadzie dla portalu NV „W zeszłym roku rozmawiałem ze specsłuzbami – to ich praca. Nikt z nich nie wiedział, kim jestem, i naprawdę próbowali ustalić, czy jestem zwolennikiem Ukrainy, czy jakimś rosyjskim agentem. Wtedy poczułem, że dialog jest możliwy i że nas słuchają.” Jego słowa potwierdzają informacje dziennikarzy śledczych Ukraińskiej Prawdy, którzy napisali, że ubiegłoroczne protesty udało się rozładować dzięki zaangażowaniu Michaiło Fiodorowa, młodego i popularnego, wówczas ministra cyfryzacji, który osobiście rozmawiał z liderami demonstracji. Ta misja zwiększyła możliwości młodego ministra (wówczas cyfryzacji) i umożliwiła powstanie sojuszu polityków który doprowadził do dymisji Andrija Yermaka, wszechmocnego, nazywanego „wiceprezydentem” szefa administracji Zełenskiego. Porozumienie Budanow (wówczas szef wywiady wojskowego), Arachimja (szef frakcji Sługa Narodu) i Fiodorow było „rusztowaniem” na którym zbudowano, bo do nieformalnego aliansu dołączyli inni politycy z otoczenia Prezydenta, koalicji której udało się obalić Yermaka. Jego dymisja otworzyła też drogę Fiodorowowi do funkcji Ministra Obrony. Trzeba pamiętać, że aktywność młodego ministra w tej domenie związana była z faktem, iż po wybuchu wojny ukraiński MON nie chciał zajmować się nowymi technologiami, dronami, cyfryzacją pola walki etc. Pozostawiono ten obszar niezagospodarowanym, również dlatego, że w wyniku aktywności fundacji społecznych zaczęły się tam kształtować mechanizmy konkurencyjne i rynkowe. Setki a później tysiące producentów, bezpośrednie zamówienia z brygad, które używały tego sprzętu, finansowanie zakupów ze środków społecznych, wszystko to razem nie tylko budowało obszar konkurencji i relatywnie mniejszej niż w tradycyjnych sektorach korupcji ale również oznaczało powstawanie rynku obok a właściwie bez ingerencji państwa. Fiodorow „wszedł” w tę niszę, zajął się wspieraniem już rozbuchanego rynku, budował platformy zakupowe, przenosił w obszar militarny cyfrowe rozwiązania sprawdzone przez jego resort w administracji cywilnej.
Do pewnego momentu to działało ale tocząc wojnę nie można funkcjonować w dwóch systemach - zdecentralizowanym, konkurencyjnym i innowacyjnych sektorze nowych technologii i starym modelu tradycyjnie zaopatrywanej armii. Dlatego Fiodorow chciał zostać Ministrem Obrony i po obaleniu Yermaka tę funkcję otrzymał. I zaczął zmiany. Daria Keleniuk z Fundacji do Walki z Korupcją napisała, że Zełenski zwalniając z funkcji szefa MON Fiodorowa „znów zdecydował się bronić korupcji”. Jej zdaniem dymisja Fiodorowi związana była z tym, że jego działania zagroziły grupom interesów, klanom biznesowym i politycznym, które zarabiają na wojnie. Na czym polegał mechanizm zakwestionowany przez Fiodorowa mechanizm (trzeba pamiętać, że proces zmian dopiero się zaczął i nie objął jeszcze całości zaopatrzenia sił zbrojnych)? Otóż dowódcy składając zamówienia na niezbędny sprzęt podawali jego charakterystyki a w wielu przypadkach nawet nazwę producenta. I to dotyczyło nie tylko systemów walki ale i innych. Portal Nasze Grosze opisał nawet „schemat” zakupu koparek w którym wskazano na konkretnego producenta. W innych przypadkach odwoływano się do znanej metody (występującej powszechnie i w polskich siłach zbrojnych) takiej charakterystyki „niezbędnego sprzętu”, że kryteria mógł spełnić tylko jeden, ulubiony, producent. Fiodorow zaczął z tymi mechanizmami walczyć, nie dlatego, że jest święty i w ogóle nie wie co to korupcja (pod jego adresem formułowanych jest też sporo zarzutów i dość powszechnie pisze się, że miał swych faworytów w sektorze zbrojeniowym) ale z prozaicznego powodu - rozmiary sprzeniewierzania środków przekroczyły dopuszczalne i racjonalne rozmiary. Najlepszym przykładem jest przetarg na dostawy pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm. Fiodorow i jego ekipa zmieniając zasady i podejście do dostawców obniżyli ceny pozyskania o 1000 dolarów na sztuce. Jak pisze Kelenium „Zespół Fiodorowa zmienił praktykę ustanowioną przez szefa AOZ, Arsena Żumadiłowa, i byłego ministra Rustema Umerowa, polegającą na wysyłaniu zapytań ofertowych z AOZ tylko do wybranych (niezbędnych) dostawców. Ministerstwo Obrony przejęło odpowiedzialność za zaangażowanie wszystkich uczestników rynku. Plany na kolejne miesiące uwzględniały przejście do przetargów na samoloty średniego zasięgu, bombowce, drony FPV, a później drony dalekiego zasięgu.” Dwa miesiące przed dymisją Fiodorow podjął decyzję o odwołaniu Żumadiłowi. I jesteśmy w domu. Zmiana mechanizmu zakupów pozwoliłaby, w świetle bardzo ostrożnych szacunków, zmniejszyć koszt pozyskiwanego sprzętu i szerzej dostaw dla wojska o co najmniej 20 %. Jeśli wziąć pod uwagę, że w świetle zapisów tegorocznego budżetu Ukraina wydaje na wojnę 280 mld złotych to łatwo obliczyć o jakie pieniądze toczyła się gra (nawet jeśli kwotę budżetowa zmniejszymy o wysokość wypłacanego żołdu). Na koniec 2025 roku opóźnienia w dostawach dla armii zamykały się kwotą 46 mld hrywien, czyli według oficjalnego kursu z grudnia było to ponad 11,5 mld dolarów, co oznacza, iż taki nieoprocentowany „kredyt” otrzymali wybrani dostawcy, bo resort najpierw płaci a potem czeka na wywiązanie się kontrachentów z dostaw. W 2026 roku tylko na zakup uzbrojenia Ukraina ma wydać 600 mld hrywien. Jeśli do tej pory w ramach „schematów” ustosunkowani dostawcy przechwytywali, załóżmy optymistycznie, 20 % tych środków to mamy 120 mld hrywien (25 mld dolarów) które tylko w tym roku „pójdzie bokiem”. Jest o co walczyć.
72 % Ukraińców nie popiera decyzji prezydenta Zełenskiego o odwołaniu z funkcji ministra obrony Michaiła Fiodorowa. Komentatorzy polityczni mówią nawet o „nowym Majdanie”, tym razem kartonowym, bo protestujący od kilkunastu dni w ukraińskich miastach trzymają w rekach zrobione przez siebie tablice ze swoimi żądaniami. Ich organizator Dmytro Koziatyński, który wezwał ludzi aby wyszli na ulice w obronie odwołanego ministra w zeszłym roku organizował protesty po tym jak Zełenski podjął próbę ograniczenia samodzielności specjalnej prokuratury walczącej z korupcją i odpowiedzialnych za to służb po to aby chronić swoich najbliższych współpracowników uwikłanych w „aferę Mindycza”, wielki skandal korupcyjny, który nie został jeszcze w pełni wyjaśniony i może obejmować, jak się powszechnie na Ukrainie sądzi, samego prezydenta. Demonstrujący w 16 miastach, którzy wysunęli dwa żądania - odwołania z funkcji dowódcy sił zbrojnych generała Aleksandra Syrskiego (zostało spełnione) i przywrócenie na stanowisko ministra obrony Fiodorowa, oraz zapowiedzieli, że będą protestować do skutku.
Wiele wskazuje na to, że Zelenski wykreował problem, który może kosztować go reelekcję a z pewnością odbije się na popularności prezydenta, któremu ufa o 11 % mniejsza grupa wyborców niż odwołanemu ministrowi. Obecny kryzys na Ukrainie zaczął się pod koniec maja, kiedy to administracja prezydenta otrzymała wyniki tajnego badania opinii publicznej z którego miało wynikać, że poparcie społeczne dla Zełeńskiego zaczęło, po wielu miesiącach spadku, znów rosnąć. Kilkanaście dni później, w połowie czerwca w jednej z podkijowskich rezydencji odbyło się spotkanie w którym uczestnicy rozmawiali o planach zorganizowania na Ukrainie wyborów prezydenckich, najprawdopodobniej w listopadzie tego roku. Plan otoczenia Zełenskiego i samego prezydenta był prosty. Wykorzystując poprawiającą się sytuację na froncie i coraz wyraźniejszą perspektywę zakończenia wojny, bo o negocjacjach mówi i pisze się coraz więcej, a także ustabilizowaną perspektywę pomocy finansowej ze strony Zachodu, zorganizować przed zimą, bo będzie ona co najmniej tak trudna jak poprzednia, wybory, które Zełenski powinien wygrać. Oczywiście jeśli nie miałby poważnych rywali i „oczyszczeniem” tego pola zajęto się w trakcie czerwcowego spotkania. Prócz Zełeńskiego wzięli w nim udział Walery Załużny i Kiryło Budanow, czyli dwaj główni do tej pory rywale wyborczy, którzy w świetle sondaży mieli szansę wygrać w drugiej turze wybory prezydenckie. Chodziło o to aby przekonać ich, oferując stanowiska publiczne z funkcją premiera włącznie, do tego aby zrezygnowali z ambicji wyborczych i otworzyli Zełenskiemu drogę do reelekcji. Nawiasem mówiąc konflikt z Polską na tle nazwania jednej z jednostek sił specjalnych imieniem „Bohaterów UPA” był częścią planu administracji Zeleńskiego, chodziło w nim jednak przede wszystkim o zwiększanie poparcia w wojsku, reakcja Warszawy zaskoczyła Kijów, co nie przeszkodziło urzędującej głowie państwa rozbudzić antypolskiej histerii, bo to zawsze do tej pory pomagało w sondażach.
Częścią tego politycznego planu była też dymisja rządu Julii Swirydienko, ogłoszona przez Zełenskiego przede wszystkim po to, jak argumentowali dziennikarze śledczy Ukraińskiej Prawdy, aby móc pozbawić urzędu Fiodorowa, który stawał się zbyt popularny i zbyt potężny. Tu chodzi nie tylko o dziesiątki miliardów dolarów przeznaczanych przez Ukrainę na kontynuowanie wojny ale również o to kto kontroluje te strumienie finansowe, i wpływa na fortuny, które urosły, w wielu przypadkach niemal od zera w czasie wojny, ale o coś znaczenie poważniejszego. Z pieniędzmi wiążą się układy, powiązania personalne i nowe lojalności, czyli władza. Co gorsze Fiodorow chcąc zreformować armię chciał też mieć wpływ na strategię, czyli nie tylko na to przy użyciu jakich systemów armia walczy ale i na to w jaki sposób w siłach zbrojnych traktuje się rekrutów i jak osiąga postawione cele. Gdyby jego plany się powiodły to kto byłby, w oczach opinii publicznej, ojcem zwycięstwa Ukrainy? Co gorsze (dla Zełenskiego) w ostatnich tygodniach Ukrainą wstrząsnęły trzy skandale związane z sytuacją w siłach zbrojnych. We Lwowie ludzie spontanicznie stanęli w obronie poborowego po którego przyjechali policjanci z czego wywiązały się zamieszki, dowódca jednej z brygad szturmowych rozkazał swoim podwładnym porwać i zamordować dwóch sąsiadów, którzy obrazili jego żonę a w pułku Skała tak „szkolono” wcielonych do wojska, że kilku z nich zmarło, zanim jeszcze wysłani zostali na front.
Przygotowując się do wyborów Zełenski chciał też przekonać opinię publiczną, że „nieprawidłowości” w armii były wynikiem osobistych animozji między Fiodorowem a generałem Syrskim, którzy, jak oświadczył Prezydent, tak się między soba poróżnili, że nie byli w stanie normalnie rozmawiać a co dopiero współpracować. Polityczny wunderplan Zełenskiego nie powiódł się jednak z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze z planów uczestnictwa w wyborach nie zrezygnował generał Załużny, któremu szef frakcji Sługa Narodu w Radzie Najwyższej Dawid Arachimja miał proponować nawet funkcje premiera. Po drugie Fiodorow nie okazał się lojalnym współpracownikiem. Nie przyjął oferowanej mu funkcji wicepremiera, a nawet pospiesznie wymyślonego nowego stanowiska „technologicznego cara”, czyli osoby kierującej resortami i firmami odpowiadającymi za uzbrojenie wojska. Oskarżył Aleksandra Syrskiego o intrygi i blokowanie zmian w armii, co wzmocniło i tak już rozpowszechnione w ukraińskim społeczeństwie przekonanie, że ogromne straty, dziesiątki tysięcy zabitych i okaleczonych, które ponosi ukraińska armia związane są z „modelem walki” preferowanym przez dowódcę sił zbrojnych, oficera wyszkolonego jeszcze w sowieckich czasach i walczącego „tak jak Rosjanie”. Co więcej, Fiodorow w rozmowie z Zełenskim miał zażądać powrotu na stanowisko ministra obrony i odwołał się do opinii publicznej, zarówno wojskowej jak i cywilnej. W czasie kilkunastu dni przeistoczył się z lojalnego współpracownika Zełenskiego, ministra we wszystkich rządach od 2019 roku, w samodzielnego polityka a nawet rywala urzędującego prezydenta. Rozgrywka jeszcze się nie zakończyła i póki co nie wiadomo czy Fiodorow i jego ekipa pójdą własną drogą, ale jest ona otwarta, bo z ostatnich badań nastrojów elektoratu, przeprowadzonych przez grupę Rating wynika, że pierwsza turę ewentualnych wyborów wygrałby Zełeński zdobywając 22 % głosów ale zaraz za nim plasują się Załużny i były minister obrony. Ankieterzy nie pytali o preferencje w drugiej, rozstrzygającej turze, ale z wcześniejszych badań wynikało, że urzędujący prezydent przegrywa w każdym starciu, teraz zapewne również z Fiodorowem. Do byłego ministra obrony miał zadzwonić, o czym pisze ukraińska prasa, Alex Karp twórca potęgi amerykańskiego Palantiru i powiedzieć mu „zróbmy coś razem”, ale w świetle tych doniesień miał on nie przyjąć propozycji wartego dziesiątki milionów dolarów kontraktu, co dodatkowo przysporzy mu zapewne popularności. Fiodorow, zdaniem komentatorów, ma przed sobą obecnie dwie opcje, oczywiście o ile nie zdecyduje się robić kariery w amerykańskim biznesie zbrojeniowym. Obydwie są polityczne. Może, czego nadal chce, wrócić do resortu obrony, ale to wymaga decyzji Zełenskiego, lub, o czym też się dyskutuje, razem ze swymi ludźmi założyć think tank, czyli budować program i szkolić kadry na potrzeby przyszłych wyborów.
Po dymisji Fiodorwa poparli również niektórzy wojskowi, tacy jak generał Drapatyj, generał Serhij Sobko, dowódca 11. Korpusu czy Andrij Onistrat, który przed wojną był bankierem a potem założył jeden z bardziej skutecznych batalionów systemów bezzałogowych. Wzburzenie ukraińskiej opinii publicznej wywołało również to, że po dymisji Fidorowa na spotkanie z Syrskim, w tajnym głównym punkcie dowodzenia, udał się Andrij Yermak, były wszechmocny szef administracji prezydenta co zostało odebrane w kategoriach jego powrotu oraz to, że organizatorami protestów w obronie zdymisjonowanego ministra nagle zaczęli interesować się wojskowi.
Przedłużające się demonstracje zmusiły Zełenskiego do działania. Najpierw zorganizował on cykl konsultacji z dowódcami ukraińskich korpusów, po to aby przekonać się jakie są nastroje w armii a następnie podjął decyzję o odwołaniu Syrskiego. Na jego miejsce mianowano generała Drapatego, młodego 43-letniego oficera, który do ostatnio dowodził ukraińskimi siłami lądowymi a wcześniej odpowiadał za „wojnę drogową”. Drapatyj uznawany jest za oficera, który w przeciwieństwie do Syrskiego słucha podwładnych i troszczy się o życie każdego żołnierza, a w pamięci opinii publicznej zapisał się jako dowódca „latającego BWP”, bo w 2014 roku dowodzony przezeń bojowy wóz piechoty dosłownie „przeleciał” nad wzniesioną przez prorosyjskich demonstrantów barykadę w Mariupolu, co umożliwiło Ukraińcom utrzymanie miasta. Później ten młody, szybko awansujący oficer wyprowadził z okrążenia swój oddział a po 2022 roku bronił Zaporoża, wyzwalał Chersoń i walczył z najeźdźcami pod Charkowem. Ma reputację dowódcy rzucanego na najtrudniejsze odcinki, który radził sobie z każdym trudnym zadaniem.
Z politycznego punktu widzenia jego nominacja jest realizacją nie tylko pierwszego postulatu demonstrujących (drugim jest powrót Fiodorowa do resortu obrony) ale również wydaje się spełnieniem woli rozmówców Zełenskiego, czyli dowódców korpusów. Rozgrywka się jeszcze nie skończyła i teraz ukraiński prezydent musi podjąć najtrudniejszą decyzję związaną z przyszłością odwołanego ministra. Kilkanaście dni temu, na spotkaniu z deputowanymi Sługi Narodu mówił, że „powinien, ale teraz nie może” odwołać z funkcji Syrskiego”. Potem okazało się, że jest to jednak możliwe i aby zmienić nastawienie prezydenta potrzebna jest odpowiednio silna presja. Jeśli teraz Zełenski ustąpi po raz drugi i przywróci na stanowisko ministra obrony Fiodorowa, to jak mówią Amerykanie, stanie się „kulawą kaczuszką”, politykiem który nadal sprawuje swój urząd ale już nie rządzi bo decyzje są na nim wymuszane. Jeśli jednak nie rozwiąże „problemu Fiodorowi” to może się okazać, że swoimi posunięciami Prezydent wykreował swego głównego rywala i scenariusz w którym druga tura wyborów rozstrzyga się w duecie Fiodorow - Załużny czy Budanow nie jest już political fiction. Każda decyzja może też pociągnąć za sobą spadek notowań. Jeśli Zełenski, podobnie jak to miało miejsce w przypadku nowelizacji ustawy w sprawie prokuratury antykorupcyjnej wycofa się z podjętych decyzji to okaże się politykiem słabym, a ponadto grozi mu potencjalny konflikt z wojskiem. Następcą Fiodorowi, pełniącym dziś swe obowiązki bo formalnie aby objąć funkcję cywilnego ministra musi zostać zwolnionym z wojska, jest bowiem Jewhenij Chmara, który kierował Kierował Centrum Operacji Specjalnych „Alfa” Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. To najskuteczniejsza jednostka planująca, organizująca i przeprowadzająca ataki na cele położone na rosyjskich tyłach i ośmieszenie popularnego oficera, który najpierw jest powoływany na ministerialną funkcję a potem odwoływany po to aby oczyścić drogę powrotu dla byłego ministra z pewnością nie przysporzyłoby popularności Zełenskiemu.
Jarosław Chrycak, znany ukraiński historyk, komentując trwające demonstracje powiedział, że Ukraina nie stanie się już dyktaturą, bo wyborcy nie zgodzą się na dryf w stronę systemu rosyjskiego i nie poprą wzmocnienia władzy prezydenckiej, nawet jeśliby głowa państwa cieszyłaby się poparciem armii. Ta czytelna aluzja do dyktatorskich skłonności Zełeńskiego ujawnia o co w istocie toczy się dziś na Ukrainie gra. Wyborcy zaczynają rozumieć, że droga do Unii i niezbędnych reform, w tym w zakresie walki z korupcją, będzie dłuższa i trudniejsza a realną groźbą jest model władzy, który można nazwać „nowym cezaryzmem”, czyli quasi demokratyczny system w którym o tym kto rządzi decydują wojskowi powiązani układami z nowymi oligarchami, którzy wzbogacili się na wojnie. Rozpoczęta przez Michaiło Fiodorowa rewolucja nie dotyczy zatem cyfryzacji ukraińskiego państwa czy wojny dronowej, ale jej stawka jest znaczenie poważniejsza i związana z modelem rządów w powojennej Ukrainie.
Trwa ładowanie...