Zełenski - taktyka, kosztem strategii

Nie wiedzieć czemu Zełenski uchodzi w Polsce za stratega, polityka, który z wyprzedzeniem planuje i realizuje wizje o charakterze strategicznym, buduje jakąś oś Berlin - Kijów czy dąży świadomie do umniejszenia roli Polski. Kiedy mówię moim ukraińskim przyjaciołom i rozmówcom o takim postrzeganiu Wołodymira Zełenskiego w Polsce uśmiechają się tylko, bo do głowy nie przychodzą im, jak argumentują, takie wnioski. Znając lepiej niż my swojego prezydenta mówią mi, że w jego przypadku taktyka, gra polityczna jest wszystkim a kalkulacje strategiczne albo w ogóle nie są uwzględniane albo się nie liczą.

Spójrzmy zatem przez ten pryzmat. Jeśli szukamy źródeł kryzysu w relacjach między Warszawą a Kijowem to warto przypomnieć sobie wydarzenie, które miało miejsce 17 października ubiegłego roku. Tego dnia sąd w Warszawie odmówił ekstradycji do Niemiec i wypuścił na wolność Wołodymira Żurawlowa, Ukraińca podejrzewanego o udział w wysadzeniu gazociągu Nord Stream 2. Przed werdyktem, 8 października w tej kwestii wypowiedział się premier Tusk mówiąc, że ekstradycja nie powinna mieć miejsca. Nie chcę w tym miejscu dyskutować czy mieliśmy do czynienia z opinią szefa polskiego rządu czy była to w istocie próba nacisku na niezawisły sąd, bo to dla naszych rozważań nie ma wielkiego znaczenia. Chodzi o sygnał polityczny, który w Kijowie został odczytany przez pryzmat tamtejszej a nie polskiej wrażliwości i sygnalizacji politycznej.

Warto też pamiętać o tym, że 30 stycznia Prezydent Ukrainy podpisał dekret o nadaniu 190. Centrum Szkolenia Sił Bezzałogowych Systemów Sił Zbrojnych Ukrainy honorowej nazwy „im. generała brygady Wasyla Kuka”. Ten ostatni dowódca UPA, który po wyjściu w 1960 roku z sowieckiego więzienia (po 6 latach) poparł władzę ZSRR i skrytykował emigracyjnych liderów ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego to ciekawa postać. Nie tylko dlatego, że był zastepcą Szuchewycza ale przede wszystkim z tego powodu, że w II Rzeczpospolitej kierował tajnym laboratorium produkującym bomby, które służyły OUN do ataków terrorystycznych, w tym na polskich policjantów. O uzyskanie tego tytułu toczyła się swoista rywalizacja, bo imię generała Kuka chciała też mieć 21. Samodzielna Brygada Zmechanizowana Sił Zbrojnych Ukrainy. Decyzja o nadaniu Centrum Szkolenia imienia generała Kuka nie spotkała się z protestami, poza organizacjami społecznymi, strony polskiej. Świadczy to nie tylko o słabości naszego MSZ-u i placówki w Kijowie kierowanej przez oficera wywiadu, bo do dramatycznie niskiego poziomu naszych przedstawicieli „dyplomatycznych” zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale również o niskim poziomie eksperckim. Nie dostrzegliśmy odpowiednio wcześnie rysujących się trendów, nie połączyliśmy kropek, nie mieliśmy zatem czasu na przygotowanie przemyślanej odpowiedzi czy wręcz strategii. Nawiasem mówiąc nie bardzo też wiadomo kto miałby ją przygotować, bo chyba nie MSZ kierowany przez przekonanego o własnej genialności polityka który niekończące się pasmo porażek stara się „przykryć” coraz bardziej ekstrawaganckimi wpisami w serwisach społecznościowych.

No właśnie zapytajmy co łączy te dwie sprawy - wypuszczenie Żurawlowa i uhonorowanie ostatniego dowódcy UPA? Zaryzykuję hipotezę - tym elementem wspólnym są wybory prezydenckie na Ukrainie i przygotowanie pola nadchodzącego starcia przez otoczenie prezydenta Zełenskiego. To oznacza, że geneza kryzysu w relacjach Warszawy i Kijowa, ma charakter polityczny, związana jest z celowym i zamarzonym działaniem ukraińskiego prezydenta oraz, co więcej, u jej genezy legły sprawy związane z wewnętrzną sytuacją polityczną na Ukrainie, a niekoniecznie kryzys ma związek ze strategicznymi relacjami między Warszawą a Kijowem. 

Zacznijmy od kwestii ekstradycji. W 2024 roku, co warto przypomnieć, tygodnik Der Spiegel oskarżył generała Załużnego, że ten autoryzował operację sił specjalnych (sfinansowaną przez prywatnych przedsiębiorców) której celem miało być wysadzenie gazociągu. Co więcej, jak napisali sędziowie niemieckiego Federalnego Trybunału Sprawiedliwości w uzasadnieniu do postanowienia o zatrzymaniu Serhija K. operacja wysadzenia gazociągu „była kierowana przez państwo”, czyli przez Ukrainę. Ale zapewne nie wyłącznie, bo Der Spiegel ujawnił też, że o planowanej akcji mieli wiedzieć agenci CIA, którzy spotykali się pod Kijowem z grupą żołnierzy sił specjalnych, która miała ją przeprowadzić i Amerykanie mieli, w świetle tych doniesień nie zgłaszać zastrzeżeń. Warto też przypomnieć, że wcześniej dziennikarze Der Spiegel pisali o tym, że operację wysadzenie gazociągu autoryzował Załużny a Zełenski miał o niej nie wiedzieć a także, że śledztwo prowadzone przez niemieckie władze było określane przez nich mianem „najważniejszego dochodzenia” w historii Republiki Federalnej. Powody są oczywiste. Legalistycznie nastawieni Niemcy uznają wysadzenie gazociągu za akt wrogi a milczące przyzwolenie amerykańskich służb (choć Spiegel napisał też, że Amerykanie chcieli powstrzymać, choć nieskutecznie operację) za jedną z przyczyn osłabnięcia więzi atlantyckich. W otoczeniu Zełenskiego uważa się, że „uwikłanie” Załużnego w wysadzenie Nord Stream osłabia szanse byłego dowódcy ukraińskich sił zbrojnych na zwycięstwo w wyborach, tym bardziej, że sojusznicy, zwłaszcza z Berlina, których znaczenie w ostatnich latach rośnie, nie będą uszczęśliwieni z takiego obrotu wydarzeń. To zaś oznacza, że wszystkie posunięcia, w tym uwolnienie z aresztu Serhija Żurawlowa postrzegane jest i analizowane w Kijowie przez pryzmat ewentualnego wpływu na szanse wyborcze ukraińskiego prezydenta. A zatem Warszawa, mimowolnie zapewne, swoimi działaniami wywołała skrywaną i tłumioną niechęć prezydenta Ukrainy, bo zaczęła „grać” na korzyść jego głównego wywala w wyborach prezydenckich. Można zapytać jaki związek z tą sprawą ma kwestia nazewnictwa ukraińskich jednostek wojskowych? Podstawowy. Wynik ewentualnych wyborów będzie uzależniony bowiem od stanowiska armii. Nie jest bowiem kwestią przypadku, że ewentualni rywale Zełenskiego - Budanow i Załużny, to ukraińscy generałowie, a mówi się też o kolejnym Andriju Biłeckim, dowódcy 3. Korpusu Armijnego, który od 2025 również jest generałem.

Po teście, jakim było nadanie imienia generała Kuka, 27 maja, Zełenski podpisał dekret nadający ukraińskiej jednostce wojskowej Samodzielnego Centrum Operacji Specjalnych „Północ” nazwę „Bohaterów UPA” i rozpętał burzę w relacjach z Polską. Warto też zwrócić uwagę, że Fiodorow został ministrem obrony w połowie stycznia a dwa tygodnie później Zełenski podjął pierwszą decyzję o uhonorowaniu byłego dowódcy UPA. Zapewne dlatego, że „wojsku trzeba było coś dać” bo Fiodorow to nie była wymarzona dla wszystkich ludzi w mundurach, kandydatura.

Jak napisał Jurij Panczenko, redaktor Europejskiej Prawdy „nie był to pierwszy raz, kiedy Siły Zbrojne Ukrainy zwróciły się do prezydenta z inicjatywą nadania jednostkom wojskowym nazwy honorowej związanej z UPA lub jej przywódcami. Jednak do niedawna Naczelny Dowódca blokował takie inicjatywy”. No właśnie. Warto zadać pytanie dlaczego wcześniej propozycje uhonorowania bohaterów UPA przez ukraińskie władze państwowe, a precyzyjnie rzecz ujmując Prezydenta, były blokowane a w maju (pod koniec) podjęto inną decyzję. Krytyki nie wytrzymuje narracja, iż na Ukrainie nie przywiązuje się aż takiej jak w Polsce wagi do spraw historycznych bo w tym samym artykule Panczenko przytacza słowa ministra Kumocha, który relacjonował w swych wspomnieniach rozmowy z początku 2022 roku między prezydentami Dudą i Zełenskim w toku których ten pierwszy miał uprzedzić Zełenskiego, że Polska będzie twardo i stanowczo reagować na upamietnienia. Powstrzymywanie się Zełeńskiego przez 2 lata od uhonorowań UPA potwierdza, że ukraiński prezydent doskonale zdawał sobie sprawę z możliwych reakcji Warszawy.

Ukraińska Prawda opisała niedawno poufne spotkanie, które miało miejsce w połowie czerwca pod Kijowem, w którym uczestniczył obok Zełenskiego również Budanow oraz Załużny, ale także Umerow, Fiodorow i Arachimia, szef frakcji Sługi Narodu w Werchownej Radzie. Celem rozmów było przekonanie obydwu generałów (Załużnego i Budanowa) aby ci nie brali udziału w wyborach prezydenckich, które mogłyby odbyć się, w świetle planów otoczenia Zełenskiego, jesienią, najprawdopodobniej w listopadzie. Zasadniczym powodem zorganizowania tego spotkania, w toku którego chciano przekupić, jak informują dziennikarze obydwu generałów posadami państwowymi, w tym nawet stanowiskiem premiera (to zapewne wówczas przesądzony został los rzadu premier Swirydienko), były poufne sondaże zamówione i sporządzone pod koniec maja. Miały one, w świetle relacji mediów, wskazywać na to, że popularność i zaufanie do Zełenskiego po wielu miesiącach spadków zaczyna po raz pierwszy rosnąć a poprawiająca się sytuacja na froncie i realna wówczas perspektywa rozmów pokojowych skłaniała ukraińskiego prezydenta do rozważań na temat szans wyborczych. Tym bardziej, że popularność głównego rywala, czyli generała Załużnego zaczęła słabnąc, co było rezultatem jego oddalenia i faktu, że z londyńskiej placówki jest mu trudniej uczestniczyć w ukraińskim życiu politycznym. Zbieżność dat - pojawienia się na biurku Zełenskiego sondaży, których skutkiem było podjęcie decyzji o spotkaniu i nadanie imienia „bohaterów UPA” nie jest moim zdaniem przypadkowa. Prezydent Ukrainy decydując się na te posunięcia uruchomił faktycznie proces polityczny, który miał go, w zamyśle, doprowadzić do wygranych wyborów i drugiej kadencji. Konflikt z Polską mu nie przeszkadzał a nawet był mu na rękę, bo nacjonalistycznie nastawiona ukraińska opinia publiczna zareagowała tak, jak zapewne spodziewali się polityczni technolodzy z otoczenia Zełenskiego - zjednoczeniem wokół Prezydenta, który w ten sposób stał się również liderem tej części społeczeństwa osłabiając przy okazji opozycję tradycyjnie zerkającą w stronę wyborców o bardziej nacjonalistycznym nastawieniu. Aby podkreślić, że Żeleński reprezentuje również nacjonalistycznych radykałów ukraiński prezydent spotkał się też z Ołehem Laszką, który obecnie dowodzi jedną z jednostek sił systemów bezzałogowych.

W przeszłości Laszko był zdecydowanym krytykiem Zełenskiego a w czasie inauguracji obecnego prezydenta przerwał jego przemówienie przechodząc na rosyjski co było czytelnym sygnałem, bo ten prowadził kampanię kreując się na polityka reprezentującego wschód Ukrainy oraz takiego który jest w stanie porozumieć się z Putinem. Obecnie Laszko jest dowódcą 432. Samodzielnego Pułku Systemów Bezzałogowych 11. Korpusu Armijnego OK „Wostok” a spotkanie z nim pozwoliło Zełenskiemu za jednym zamachem „załatwić” dwie sprawy - wysłać sygnał do sił zbrojnych i wyciągnąć rękę do swych przeciwników po to aby przekonać opinię publiczna, że jest on w stanie zagwarantować jedność potrzebną aby wygrać wojnę.

Odwołanie z ukraińskiego rządu Michaiła Fiodorowa, młodego i popularnego ministra obrony (wcześniej cyfryzacji) rzuciło nieco światła na stan relacji wojsko - świat polityki. O całej sprawie będę jeszcze pisał, teraz warto zwrócić uwagę na kilka podstawowych informacji.

Po pierwsze, jak powiedział Zełenski powodem decyzji o dymisji Fiodorowa był długotrwały konflikt między urzędującym od 6 miesięcy ministrem a Aleksandrem Syrskim, dowódca ukraińskich sił zbrojnych. Nie chodzi w tym wypadku o spór personalny ale wizję przyszłości - Fiodorow (który nota bene domagał się też dymisji szefa sztabu) uchodzi za zwolennika zmian i rzecznika „nowego wojska” a Syrski jest generałem ukształtowanym jeszcze w czasach sowieckich. Jeśli konflikt był długotrwały to z pewnością miał już miejsce w czasie kiedy Zełenski decydował o nadaniu kontrowersyjnego miana jednostce wojskowej i kwestia przychylności wojska stawała się sprawą „polityczną”.

Po drugie, w ukraińskich mediach pojawiła się wręcz narracja w świetle której odwołanie rządu Swirydienko miało miejsce wyłącznie dlatego, że tylko w ten sposób można było doprowadzić do dymisji Fiodorowa. Z Syrskim, kilka godzin po dymisji Fiodorowa spotkał się Andrij Yermak, były szef administracji Prezydenta, który nie zniknął z życia publicznego ani też z otoczenia Zełenskiego, choć jego pozycja jest zdecydowanie słabsza niż w przeszłości. Co ciekawe Yermak pojechał do nieznanego miejsca w rejonie przyfrontowym gdzie mieści się główne stanowisko dowodzenia, co może oznaczać, że realizował jakąś pilną misję z poruczenia być może Zełenskiego. Czy chodzi o odwołanie Syrskiego, bo w mediach spekuluje się o tym, że trwają poszukiwania jego następcy, czy o poparcie armii, trudno obecnie przesądzać, co nie zmienia faktu, że wojsko i jego stanowisko stają się czynnikiem wpływającym na ukraińską politykę. Nie jest to wielkie odkrycie, ale warto o tym pamiętać.

Tym bardziej, i to trzecia obserwacja, że głosy armii podzieliły się. Za Fiodorowem opowiedzieli się ludzie popierający zmiany i poróżnieni z Syrskim, tacy jak generał Drapatyj, ale przede wszystkim ci, którzy stali się żołnierzami po rosyjskiej agresji. Serhij Sternenko, popularny bloger, którego kanał subskrybuje 867 tys osób i doradca Ministra Obrony oświadczył, że nie będzie już sprawował funkcji doradcy ministra, podobnie jak Serhij Bieskrestnow (Flash), który pracował nad nowymi zasadami przetargów publicznych na drony i również był doradcą szefa resortu. Temu ostatniemu Zełenski zaproponował stanowisko swego doradcy (propozycja została przyjęta) co by świadczyło, że Prezydent za wszelką cenę stara się obecnie rozładować sytuację. Protestują też inni oficerowie, tacy jak Andrij Onistrat, który przed wojną był bankierem a potem założył jeden z bardziej skutecznych batalionów systemów bezzałogowych, a stara kadra wywiera, wykorzystując podległości służbowe, na nich presję aby zamilkli a najlepiej poparli w publicznym już sporze Syrskiego. To oznacza, nie zastanawiając się nawet kto w tym sporze ma rację, wejście wojska do polityki, tym razem już otwarcie.

Obecnie, jak się wydaje, głównym zmartwieniem Zełenskiego jest to aby Fiodorow nie podjął decyzji o samodzielnej drodze politycznej i nadal pozostał w ekipie obecnego prezydenta. Spekulacje podsycają kolejne doniesienia w świetle których Zełenski miał nawet proponować Fiodorowowi 12 lipca, czyli w dzień kiedy poinformował publicznie o odwołaniu gabinetu Swirydienko, stanowisko premiera. Ten jednak miał odmówić co by świadczyło, iż myśli o samodzielnej roli politycznej. Młody i ambitny polityk miałby zostać „technologicznym carem”, czyli kierować nowym mega - urzędem odpowiadającym za technologie wojskowe. Ta propozycja mogłaby zostać, jak spekulują media, przez niego rozważona o ile równolegle nastąpiłoby odwołanie Syrskiego.

O tym co się dzieje na Ukrainie można jeszcze długo pisać, tym bardziej, że sytuacja jest daleka od uspokojenia. To co uderza zewnętrznego obserwatora to dominacja krótkoterminowej kalkulacji politycznej. Zełenski i jego otoczenie nie realizują żadnej długoterminowej strategii. Nie mają innego niż taktyczny planu działań i interesują ich przede wszystkim sprawy związane z wewnętrzną polityką, w tym jak utrzymać władzę, popularność, kontrolę nad pieniędzmi przekazywanymi przez Zachód i w jaki sposób pognębić ewentualnych rywali. Ta obserwacja jest ważna jeśli chcemy zrozumieć dynamikę tego co dzieje się w Kijowie i wewnętrzną logikę posunięć Zełenskiego, w tym związanych z UPA. Drugim czynnikiem, którego znaczenie będzie rosło jest „wejście wojska do polityki”. Ukraińscy żołnierze, w niemałej części ochotnicy, nie będą separować się od wewnętrznej polityki, przeciwnie, w coraz większym stopniu będą w niej uczestniczyć. To oznacza, że na Ukrainie będą rosły pokusy, w środowisku cywilnych polityków, w tym oczywiście również Zełenskiego, aby wejść w łaski oficerów i dowódców. To niestety oznacza, że spory na tle historycznym bedą się nasilać, bo w świetle pogłosek, w administracji Prezydenta leżą już wnioski od jednostek wojskowych o nadaniu im imienia Szuchewycza i jeśli pozycja Zełenskiego będzie słabła to może on zdecydować się na taki ruch, nawet kosztem zaognienia relacji z Warszawą.

Z tego tez punktu widzenia rośnie znaczenie wiedzy, którą dobrze byłoby abyśmy gromadzili, wiedzy o tym co myślą młodzi generałowie dowodzący dziś ukraińskimi korpusami bo oni po wojnie mogą i zapewne będą mieli więcej do powiedzenia. Należałoby systematycznie zbierać informacje, budować ekspertyzę i zabiegać o wiedzę, ale państwo polskie jest ponad to, nie interesuje nas mozolna praca państwowa i preferujemy politykę oświadczeń. Nawet wysłanie do Kijowa p. Łukasiewicza, oficera wywiadu, nie spowodowało, iż Warszawa zaczęła systemowo pozyskiwać wiedzę o zachodzących w Ukrainie procesach. Gdyby tak było to być może ostatniego kryzysu udało by się uniknąć, a przynajmniej rozegrać go z lepszym dla Polski wynikiem.

Pisałem już o tym i podtrzymuje tę tezę - Zełenski jest sprawnym taktykiem, którego interesuje władza i gra polityczna, ale niewiele ma ze stratega, który umie prawidłowo oceniać sytuację własnego państwa. Ostatni kryzys na linii Kijów - Warszawa, u genezy którego legły moim zdaniem wyłącznie względy taktyczne i to związane z sytuacją wewnętrzną na Ukrainie, jest tego potwierdzeniem. Ale ten brak oglądu strategicznego jest też zagrożeniem, oczywiście w największym stopniu dla Ukrainy ale z oczywistych względów, dotyczącym również Polski. Ukraina jeszcze wojny z Rosją nie wygrała i nie możemy prowadzić polityki tak jakby tego rodzaju finał był niechybny i oczywisty.

Warto przy okazji zwrócić uwagę na dwa nurty strategiczne, pozornie ze sobą niezwiązane, które mogą zasadniczo zmienić sytuację Ukrainy i całego regionu. Ich wpływ może się zmaterializować jednak nie za tydzień czy dwa, co oznacza, że polscy i ukraińscy politycy nie są w stanie uwzględnić tego rodzaju trendów w swych kalkulacjach. 

Pierwszym, na który chce zwrócić uwagę, jest podjęta przez Rosję próba „przekonania” Zachodu (Europy), że jej przegrana w wojnie uruchomi wyłącznie złe scenariusze. Mam na myśli wystąpienie Andrija Melniczenki „człowieka który zmieni Rosję.” Tak brytyjski The Economist, tygodnik kontrolowany przez rodziny Agnelli i Rotschild, anonsował na okładce długi wywiad i esej napisany przez największego rosyjskiego przedsiębiorcę, właściciela m.in. Eurochem, globalnego potentata nawozowego. Lubiący przesadę europejscy dziennikarze określali nawet Melniczenko mianem „nowego Gorbaczowa” nie przejmując się zbytnio tym, że w przeciwieństwie do ojca Pierestrojki ich nowy bohater nie sprawuje władzy. Nie zmienia to jednak faktu, że Melniczenko to ciekawa postać a sformułowane przezeń pod adresem Zachodu przesłanie warto poddać analizie. Ten pozostający do tej pory w cieniu rosyjski oligarcha, który wrócił, odpowiadając na wezwanie Putina, do Rosji w 2023 roku, jest zdania, że każdy z czterech możliwych scenariuszy rozwoju wydarzeń w związku z wojną jest dla Zachodu niekorzystny i dlatego, upraszczając, musi on dać Rosji perspektywę zakończenia konfliktu na jej warunkach. Jeśli Moskwa przegra to może pogrążyć się w chaosie. Rozpad tak wielkiego państwa na dodatek wyposażonego w ogromny arsenał broni nuklearnej jest opcją, jak argumentuje Melniczenko, skrajnie niebezpieczną dla całego świata. Wojna domowa będzie eskalować, rozleje się na cały region a perspektywa zdobycia broni jądrowej przez radykałów czy separatystów może skłonić do działania wielkie mocarstwa i doprowadzić w konsekwencji do globalnego starcia. Równie niekorzystnym dla Zachodu jest scenariusz przekształcenia Rosji w chińskiego junior - partnera, co już, zdaniem dziennikarzy The Wall Street Journal, powoli się staje. Jeśli Rosja uwikłana w niekończąca się i wyczerpująca jej zasoby wojnę stanie się zapleczem surowcowym Chin to w automatyczny sposób Pekin stanie się globalnym hegemonem, pewnym siebie, asertywnym i wykorzystującym własną przewagę. Konsekwencje tej zmiany w pierwszym rzędzie odczują państwa europejskie. Rosja straci, ale i Zachód na takim scenariuszu, w opinii rosyjskiego oligarchy, może tylko przegrać. Niewiele lepszą opcją jest kolejny wariant polegający na przekształceniu się Rosji w państwo - twierdzę, które na wzór Korei Płn, choć na znaczenie większą skalę, zamknie się po przegranej wojnie w sobie i przez kolejne dziesięciolecia będzie dążyć do osłabienia Zachodu walcząc z nim na każdym z możliwych frontów. Wreszcie potencjalnie najlepszy z perspektywy rywali Rosji scenariusz polegający na pogodzeniu się Moskwy z tym, że wojny na Ukrainie nie da się wygrać, też z punktu widzenia Zachodu nie jest optymalny bo Rosjanie będą przez lata dążyć do rewanżu i żadnej stabilizacji nie będzie. Rosja stać się może w nieodległej przyszłości, wielką Republiką Weimarską, państwem niepogodzonym z własną klęską i dążąca do zmiany sytuacji.

Dotychczasowa polityka Zachodu, zdaniem Melniczenki, oznacza jego strategiczną przegraną nawet jeśli Rosja zostanie pokonana. Co zatem należy zrobić? Nie pisze on tego otwarcie ale przekaz jest czytelny - pozwolić Rosji wygrać, co oczywiście nie oznacza podporządkowania sobie przez Kreml Ukrainy. To już jest niemożliwe, ale zakończenie wojny na rosyjskich warunkach umożliwi uruchomienie procesów zmian wewnętrznych w Federacji. Jakie to warunki? Melniczenko pisze wprost - „uznanie terytoriów, do których Rosja obecnie rości sobie prawa na mocy swojej konstytucji; ochrona prawnej ludności rosyjskojęzycznej; oraz formalnego zobowiązania się do neutralności Ukrainy.” W podobnym duchu wypowiadał się w ostatnich miesiącach Jurij Uszakow, doradca Putina ds. polityki zagranicznej, co wskazuje na to, że wystąpienie rosyjskiego oligarchy jest jednym z elementów gry, którą Kreml rozpoczął aby zakończyć wojnę porozumieniem, które Rosjanie uznają za zwycięstwo. Ale Melniczenko idzie dalej i buduje, na użytek zachodnioeuropejskiej opinii publicznej, choć chyba przede wszystkim kręgów biznesowych, wizję zmian wewnętrznych w Rosji. Raczej należałoby mówić o ewolucji, bo zmiany będą powolne, ale, choćby ze względów generacyjnych, nieuchronne. Jego argumentacja jest przy tym przewrotna, co sprawia, że dla wielu na Zachodzie może być przekonująca. Jak zauważył „Ci, którzy zbudowali nową Rosję – przedsiębiorcy, naukowcy, artyści, sportowcy, profesjonaliści, którzy tworzyli jej gospodarkę, jej znaczenie, jej reputację na świecie – w dużej mierze postrzegali siebie jako internacjonaliści.” To dlatego w poprzedniej epoce, która już się skończyła, rosyjski oligarchowie żyli na Zachodzie ale zarabiali u siebie, w Rosji. Najlepszym przykładem jest sam Melniczenko kontrolujący produkcję nawozów, kopalnie i elektrownie, który pozostając w cieniu mieszkał na Zachodzie lub żeglował po oceanach świata swoim ultranowoczesnym, wartym setki milionów dolarów, jachtem. Jogo żona, serbska modelka nawet nie ma rosyjskiego obywatelstwa i nigdy nie była w ojczyźnie męża, co nota bene, umożliwiło mu uniknięcie sankcji i sekwestracji aktywów bo Melniczenko przepisał, przed powrotem do Moskwy, cały majątek na żonę. Ten model funkcjonowania jest już niemożliwy, przede wszystkim dlatego, jak argumentuje, że nie ma już rynku globalnego i firmy aby funkcjonować muszą być chronione przez swe państwa. To będzie oznaczało, co zresztą już ma miejsce, masowy powrót rosyjskich przedsiębiorców do ojczyzny a w dłuższej perspektywie uruchomienie powolnego procesu zmian. Przede wszystkim dlatego, że ci zamożni i obeznani z realiami świata ludzie będą chcieli zmienić - Rosję,  swoje państwo, które w nowej epoce będzie im znaczenie bardziej niż w przeszłości potrzebne. Wojna, wzmacniając pozycję siłowników, utrudnia a nawet uniemożliwia im to dzieło. „Duże rosyjskie firmy - argumentuje Melniczenko - które inwestują w suwerenną Rosję, z czasem staną się jej integralną częścią. To samo dotyczy innych ważnych instytucji. W rezultacie sama Rosja stanie się inna.” Oferta rosyjskiego oligarchy pod adresem Zachodu jest czytelna - albo będziecie sąsiadować z wrogą, być może zdestabilizowaną Rosją, albo zaakceptujecie fakt, że będzie to państwo rządzące się swoimi zasadami i budujące własną wersję suwerenności. Energia Rosjan zostanie w takim scenariuszu skierowana „do wewnątrz” co do pewnego stopnia przypomina postawę Stołypina, który po przegranej wojnie z Japonią postanowił zreformować coraz bardziej anachroniczne Imperium. 

Państwa europejskie i Ameryka miałyby, w takim wariancie, po stronie Rosji trudnego ale obliczalnego partnera z którym, na gruncie polityki transakcyjnej będzie można współpracowac. To kusząca wizja dla zachodniego biznesu i państw europejskich borykających się z rachitycznym wzrostem i nadal energetycznie uzależnionego w sporej części do Rosji bo mimo oficjalnej retoryki i zapowiedzianego zerwania współpracy, w pierwszym półroczu, importerzy z Unii Europejskiej zakupili najwięcej rosyjskiego gazu skroplonego od wybuchu wojny. 

Moskwa proponuje, wraz z wystąpieniem Melniczenki, Zachodowi debatę strategiczną (co różni jej postawę od gier taktycznych Zełenskiego) po to aby zaplanować świat po wojnie i „wygrać pokój”. Kijów wybierając konflikt z Warszawą, ze względów taktycznych ma duże szanse na to aby przegrać pokój, tym bardziej, że trendy w niemieckim biznesie, kształtują kolejną, ważną, zmienną o strategicznym a nie taktycznym wymiarze.

Michael Scheibe, młody (47 lat) członek zarządu Mercedesa, mówi w wywiadzie dla Handelsblatt, że Niemcy będą musieli w najbliższym czasie pracować więcej niż do tej pory nie licząc na wyższe wynagrodzenie. W przypadku tego koncernu samochodowego oznacza to odejście od 35-godzinnego tygodnia pracy, który w niemieckich przedsiębiorstwach Mercedesa obowiązuje od 30 lat i powrót do 40 godzinnej formuły. Powód jest oczywisty - zbyt wysokie koszty i pogarszająca się, w związku z tym konkurencyjność. W węgierskim Kecskemét koszty są o 70 % niższe, bo tamtejsi pracownicy mniej chorują i godzą się na niższe stawki co skłania zarząd, szukający rezerw do przenoszenia produkcji. W scenariuszu skrajnym, ostrzega Scheibe, jeśli protestujący związkowcy z IG Metal nie zgodzą się na zmianę układu zbiorowego, może dojść nawet do zamknięcia wszystkich niemieckich fabryk i wyprowadzki Mercedesa poza granice. Do tego jeszcze daleko, ale koncern już obecnie przegrywa konkurencję z Chińczykami i nie ma innej drogi niż cięcie kosztów. W Państwie Środka oferowane jest na rynku, jak trzeźwo zauważył Scheibe, ponad 100 marek samochodów rodzimej produkcji a ta ostra walka konkurencyjna o konsumentów przekłada się na utratę rynku przez Mercedesa, który w pierwszym półroczu sprzedał o 28 % mniej samochodów w Chinach niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Utrata rynku nie ma zatem charakteru stopniowego. W Europie jest niewiele lepiej, bo i na tym rynku Chińczycy skokowo zwiększają swoją pozycję. Globalny eksport samochodów z Chin wzrósł z 1,2 miliona sztuk w 2019 r. do 6,4 miliona w 2024 r., a następnie do 8,3 miliona w 2025 r. – co stanowi prawie siedmiokrotny wzrost w ciągu sześciu lat. Na europejskim rynku Chińczycy w ciagu roku podwoili (z 3,1 do 6,1 %) swą obecność, co przełożyło się na redukcję w latach 2024-25 104 tys miejsc pracy w europejskim przemyśle samochodowym (ten rok będzie zapewne jeszcze gorszy) a 19 % małych i średnich dostawców znajdowała się „w strefie krytycznej” i grozi im po prostu upadłość. Najlepszym przykładem sukcesu chińskich producentów samochodów na europejskim rynku jest koncern BYD, który w tym roku ma uruchomić swoją fabrykę na Węgrzech i szuka już lokalizacji dla kolejnego zakładu produkcyjnego. Jak napisali dziennikarze niemieckiego, specjalistycznego periodyku giełdowego „BYD zwiększył sprzedaż w Europie o około 270% w 2025 roku, do prawie 188 000 pojazdów. Ten wzrost utrzymał się do 2026 roku. W Niemczech BYD przekształcił się z dostawcy niszowego w poważnego konkurenta w ciągu zaledwie kilku miesięcy.” I to mimo wysokich ceł europejskich, bo prócz 10 % podstawowej stawki celnej samochody koncernu zostały obłożone dodatkowymi, w zamyśle zaporowymi, cłami w wysokości 17 % (łącznie 27 %). 

Volkswagen, jeden z największych światowych koncernów samochodowych i duma Niemiec znalazł się w tak głębokim kryzysie, że w skrajnym scenariuszu grozi mu nawet upadek. W Chinach sprzedaż samochodów koncernu spadła o 1/3 w ostatnim kwartale i tego trendu, jak się wydaje, nic nie jest w stanie zatrzymać. „W branży motoryzacyjnej - powiedział dziennikowi The Telegraph Tu Le, założyciel amerykańskiej firmy konsultingowej Sino Auto Insights. - zmiany nastąpiły w mgnieniu oka” „Wszyscy Niemcy – BMW, Mercedes, Grupa VW, w tym Porsche i Audi – wciąż próbują znaleźć dno. Najgorsze jest jeszcze przed nimi, z punktu widzenia tego, jak bardzo ich sprzedaż może się jeszcze skurczyć”. Oliver Blume, 58-letni dyrektor generalny Volkswagen Group, zapowiedział w związku z sytuacją zwolnienie kolejnych 50 tys pracowników (w zeszłym roku redukcja zatrudnienia objęła podobną liczbę) bo jego zdaniem „nie jest możliwe utrzymanie” 650 tys zatrudnionych. Fabryki Volkswagena w Emden, Hanowerze, Zwickau i Neckarsulm, produkujące łącznie 750 tys samochodów mogą zostać zamknięte. Można byłoby, tak twierdzi zarząd firmy, szukać wyjścia z trudnej sytuacji, ale warunkiem jest zgoda przedstawicieli załogi na dłuższą pracę za to samo wynagrodzenie. Na tego rodzaju porozumienie się jednak nie zanosi. W minionym tygodniu 20 osobowa rada zakładowa koncernu, w której połowa to reprezentanci pracowników a zasiada w niej również 2 polityków - przedstawicieli Dolnej Saksonii, gdzie znajduje się siedziba Volkswagena, odrzuciła stosunkiem głosów 12 do 7 plan zmian przedstawiony przez Zarząd. Związkowcy zagrozili strajkiem i zaprezentowali stanowisko, które w skrócie streścić „żadnych zmian, żadnych nowych obowiązków, chcemy aby wszystko było tak jak dawniej.” Philipp Raasch, były strateg Mercedes-Benz prowadzący bloga pod pseudonimem „German Autopreneur”, pisze, że sukces Niemiec – uosobiony przez VW – opierał się na czterech filarach. Pierwszym był poziom niemieckich inżynierów, ich zdolność do szybkiej adaptacji w nowych warunkach. Drugim sieć firm średniej wielkości (mittelstand) których obecność na rynku ułatwiała budowę odpornych, krótkich i efektywnych łańcuchów zaopatrzenia. Na trzecie źródło sukcesu niemieckiego sektora produkcji samochodów i generalnie przemysłu warto zwrócić uwagę, bo Rasach argumentuje, że była to „tania i obfita energia z Rosji, która zasilała te ekosystemy.” Czwartym, który zarysował się w poprzedniej dekadzie był skokowy wzrost popytu na rynku chińskim, bo bogacąca się klasa średnia gustowała w niemieckich samochodach. Raasch twierdzi, że problem polega na tym, iż wszystkie te fundamenty „rozpadają się jednocześnie”. W efekcie, co potwierdzają oficjalne statystyki, niemiecka gospodarka rosła średnio w latach 2019 - 2026 o 0,3 % rocznie (choć  autorzy pesymistycznych szacunków podważają i ten wskaźnik przekonując, że w ogóle w wartościach realnych nie odnotowano wzrostu), podczas gdy np. Polska rozwijała się w tym samym czasie w tempie 2,7 % wzrostu PKB rocznie. Pro-rynkowy instytut INSM, który opublikował te analizy argumentuje, że Niemcy są na ostatnim miejscu z grona wszystkich krajów OECD pod względem tempa wzrostu w czasie ostatnich 6 lat (pierwsza jest Turcja), znajdują się faktycznie w recesji co oznacza, iż jest to najdłuższy okres gospodarczej stagnacji w historii Republiki Federalnej a na dodatek biurokracja ograniczająca rozwój, mimo zapowiedzi polityków, nie maleje a przeciwnie, rośnie.

Kontynuacja obecnej polityki jest w dłuższej perspektywie niemożliwa i rząd w Berlinie będzie musiał dokonać bolesnych decyzji wybierając albo państwo dobrobytu, albo politykę klimatyczne, albo zbrojenia i zerwanie z Rosją. Łączną realizacja tych trzech rozbieżnych strategii jest po prostu niemożliwe, co oznacza, że rośnie prawdopodobieństwo przyjęcia przez Europę „oferty Melniczenki”. 

Zobacz również

Europejska teoria zwycięstwa po odejściu Amerykanów
Gambit Zełeńskiego w kwestii przyszłości Białorusi
Strategiczna asymetria. O różnicy między położeniem Polski a Ukrainy

Komentarze (2)

Trwa ładowanie...