Strategiczna asymetria. O różnicy między położeniem Polski a Ukrainy

W odpowiedzi na decyzje p. Prezydenta Nawrockiego o odebraniu orderu orła Białego Wołodymirowi Zełenskiemu mamy teraz serię deklaracji o oddawaniu przez przedstawicieli ukraińskiego obozu władzy polskich odznaczeń. Swój Krzyż Kawalerski zwrócił minister Sybiha, oddał również generał Budanow, szef administracji Prezydenta Ukrainy, i rezydujący w Polsce Ambasador Wasyl Bodnar (ten gest z pewnością nie ułatwi mu pełnienia misji). To oczywiście zorganizowana akcja a nie wyraz spontanicznego oburzenia i w związku z tym można spodziewać się kolejnych posunięć tego rodzaju. W związku z tym warto zwrócić uwagę na kilka spraw. Po pierwsze strona polska wstrzymała się z decyzją o odebraniu odznaczenia dając Kijowowi ponad tydzień na ewentualną rewizję fatalnej dla naszych relacji decyzji o nadaniu jednej z formacji wojskowych miana „Bohaterów UPA”. Polscy politycy, w tym tak odlegli od obecnego obozu prezydenckiego, jak Aleksander Kwaśniewski formułowali propozycje kompromisowe, które byłyby zapewne możliwe do zaakceptowania w Warszawie. Mimo upływu dni żadna decyzja nie została przez Zełenskiego podjęta. I to ta zwłoka nadaje nowego kontekstu sytuacji. Będzie interpretowana w podobny sposób co brak oficjalnych przeprosin (nie mówiąc już o odszkodowaniu) za Przewodów, jego fatalne wystąpienie w ONZ, brak Polski w Projekcie Freya czy „wsadzenie” premiera Tuska do oddzielnego wagonu aby nie jechał on razem z Merzem, Starmerem i Macronem. Ten ciąg afrontów, wyrazów lekceważenia czy „nie zwracania uwagi” na Polskę i polską wrażliwość będzie interpretowany w Warszawie w kategoriach nieprzyjaznych dla Ukrainy jako świadectwo braku szacunku. Trudno to w innych kategoriach zrozumieć. Ale taka interpretacja jest też ważna z innego punktu widzenia. Otóż tego rodzaju postawa Kijowa będzie uznana przez polską klasę polityczną, i to niezależnie od orientacji, jako jednoznaczne pogrzebanie szans na sojusz strategiczny. Jego budowa nie była łatwa, ale z pewnością nic nie da się zrobić jeśli potencjalni sojusznicy takiej współpracy nie chcą. A tak to wygląda obecnie.

Zarówno Budanow, jak i Sybiha w swoich wpisach uzasadniających zwrócenie polskich odznaczeń argumentują, ze Prezydent Nawrocki odbierając order Zełenskiemu obraził nie tego ukraińskiego polityka, ale cały walczący i krwawiący naród. Jeśli zgodzić się z tego rodzaju interpretacją (w oficjalnym przemówieniu Nawrocki oddzielał stosunek Warszawy do Zełenskiego od stosunku do Ukraińców i ich walki) to w jakich kategoriach rozumieć decyzje Budanowa, Sybihy i zapewne wielu innych przedstawicieli ukraińskiej klasy politycznej? Chcieli wymierzyć policzek Nawrockiemu czy narodowi polskiemu? Przy okazji czytam dziesiątki a jest ich zapewne setki i tysiące nienawistnych komentarzy pod adresem Polski i Polaków autorstwa zarówno zwykłych Ukraińców jak i liderów opinii publicznej. Polska jest w nich określana mianem „hieny narodów”, państwa które w swej polityce kieruje się podwójnymi standardami czy generalnie uznawani jesteśmy za zgraję niewdzięcznych koniunkturalistów, którzy nie chcą zrozumieć, że Ukraina walcząc z Rosją ponosi daninę krwi po to aby Polska i Polacy byli bezpieczniejsi. Te kwestie „wdzięczności” bądź jej braku są obecne w dyskursie publicznym obydwu naszych społeczeństw ukazując do jakiego stopnia emocjonalnie jesteśmy do siebie podobni. Czytałem też pogardliwe w gruncie rzeczy wpisy, iż nie zdobyliśmy się na odebranie Orała Białego Katarzynie II czy Mussoliniemu, ale Zełenskiemu już tak. Najczęściej pisali to ludzie, którzy w kolejnym zdaniu argumentowali, że Ukraina, suwerenne państwo i wolne społeczeństwo ma prawo wybrać sobie bohaterów historycznych i swobodnie kształtować Panteon pamięci i „nie będą Polacy” pisać nam historii. 

Ale nie chcę pisać o emocjach, nasze relacje są w kryzysie, ich naprawa nie będzie niczym łatwym. Warto rozmawiać o strategii i rozumieć naturę wzajemnych stosunków przez ten pryzmat.

Wydaje mi się, że wielu przedstawicieli ukraińskiej elity nie rozumie sytuacji albo postrzega ją w sposób niepełny. Warto zatem wyłożyć wszystko od początku. Prawdą jest, że Ukraina walcząc i ponosząc daninę krwi powstrzymuje Rosję przyczyniając się do stabilizowania sytuacji w regionie. Gdyby Ukraina przegrała i została podporządkowana Moskwie to sytuacja geostrategiczną Polski uległaby drastycznemu pogorszeniu. Z tego oczywistego powodu elity polityczne Polski, a w lutym 2022 roku w Warszawie rządziła, o czym warto aby w Kijowie pamiętano, prawica, niezwłocznie i w dużej skali udzieliły Ukrainie pomocy. Reakcja społeczeństwa na falę uchodźców to był gest serca, ale wysłanie czołgów, dziesiątków pociągów z amunicją było elementem chłodnej kalkulacji politycznej. Warszawa zrobiła to we własnym, dobrze rozumianym interesie. Tylko, że teraz, w piątym roku wojny, sytuacja jest inna. Czy realnym jest scenariusz przegranej Ukrainy? W dłuższej perspektywie, zwłaszcza jeśli wojna na wyniszczenie weszłaby w fazę eskalacyjną to niewykluczone, ale obecnie? Nie, Ukraina wojny nie przegrywa i nie ma sygnałów aby ten niekorzystny scenariusz miał się urzeczywistniać. A to oznacza, że wsparcie Warszawy nie ma już egzystencjalnego znaczenia. Tego rodzaju ocenę sytuacji widać zarówno w polityce Kijowa, jak i Polski, bo relacje mają zawsze dwie strony. Czy Ukraina przestanie walczyć dlatego, że skonfliktowała się z Polską? Oczywiście, że nie, a to unieważnia w gruncie rzeczy argumentację strony ukraińskiej o walce „za naszą i waszą” sprawę.  Z perspektywy polskiej strategii najniebezpieczniejszym scenariuszem byłoby podporzadkowanie Kijowa Moskwie, drugim, nie mniej groźnym „wariant gruziński”. Tym ostatnim terminem określam ryzyko (z perspektywy Warszawy) obrania przez Kijów drogi politycznej, którą dziś realizuje Tbilisi. Polega ona na tym, z grubsza rzecz biorąc, że nie ulega zmniejszeniu poziom wrogości z Rosją, ale nie oznacza to automatycznego wiązania sił rosyjskich. Ewentualna normalizacja na linii Kijów - Moskwa a to dziś scenariusz raczej fantastyczny niż realny jest potencjalnie groźna dla Warszawy bo Ukraina przestaje w takiej sytuacji wiązać siły rosyjskie, zmienia się relacja sił na wschodniej flance NATO i Polska, aby budować swe bezpieczeństwo zmuszona byłaby do bardziej zdecydowanych niż dziś posunięć, na co nasza klasa polityczna i społeczeństwo nie są gotowi. Jeśli Ukraina i tak walczy z Rosją, to i tak (niezależnie od polityki Warszawy) zmusza Kreml do uwzględniania tego czynnika w rosyjskiej polityce projekcji siły. W tym sensie, paradoksalnie, sukcesy na froncie ukraińskich żołnierzy zmieniają dynamikę relacji polsko - ukraińskich, bo Warszawa odmiennie niż w pierwszej fazie wojny już „nic nie musi”. Pojawia się za to optyka „pasażera na gapę”, którą do pewnego stopnia porównać można do polityki Węgier czy Słowacji. Co więcej, Kijów jest bardziej skłonny (taka jest recepcja tych kroków w Polsce) wziąć udział w twardej grze o własne interesy, które cechują relacje Ukrainy zarówno z Węgrami jak i do pewnego stopnia ze Słowacją, niż budować sojusz strategiczny z Polską. Budowa sojuszu strategicznego, bo nie myślę o doraźnych aliansach, wymaga pewnej dozy „altruizmu” w polityce, gotowości inwestowania w przyszłość, a do tego trzeba przede wszystkim dojrzałości politycznej, po obu stronach.

Ostatnie posunięcia Kijowa, a mam na myśli zarówno „ultimatum” Zełeńskiego pod adresem Łukaszenki, jak i zacieśnianie współpracy Ukrainy z Bałtami i Skandynawami a także porozumienia z Turcją i państwami Zatoki Perskiej, są świadectwem budowy przez Ukrainę własnej konstrukcji strategicznej. Tylko, że nie jest to porozumienie Międzymorza, nie ma mowy o budowaniu bloku strategicznego między naszymi krajami. Bardziej mamy w tym wypadku do czynienia z realizacja czarnomorsko - bałtyckiej koncepcji Jurija Łypy, który proponował sojusz Ukrainy z państwami położonymi zarówno na północy jak i na południu. Ten blok sojuszniczy również, oczywiście o ile zostanie skonstruowany, ma walor stabilizacji sytuacji w regionie i „wypchnięcia” Rosji z Europy. Z perspektywy Polski sukces Ukrainy w tym dziele jest równoznaczny z powstaniem bloku państw oddzielających nas od Rosji. Należałoby życzyć Ukrainie powodzenia, choć nie jest to, powtórzę raz jeszcze, koncepcja Międzymorza. Dlaczego to rozróżnienie jest istotne? Przede wszystkim z tego powodu, że budowa powojennego ładu w naszej części Europy związana będzie w takim układzie z umownym porozumieniem dwóch bloków. Pierwszym jest układ bałtycko - czarnomorski od Finlandii, przez państwa bałtyckie po Ukrainę i Turcję na południu. Aby pełnił on swoją rolę wystarczy, że Białoruś będzie państwem neutralnym albo balansującym między Rosją a Zachodem. Drugim blokiem jest Unia Europejska, a w sensie strategicznym alians Niemiec, Polski i tych państw skandynawskich, które nie graniczą z Rosją. Porozumienie tych dwóch aliansów geostrategicznych, konstruowanego przez Kijów i europejskiego orbitującego wokół ośrodka budowanego na osi Berlin - Paryż, ma nie tylko walor odstraszania Rosji ale również, obiektywnie rzecz biorąc zwiększa znaczenie Ukrainy, co może być kuszące dla elit w Kijowie. Z perspektywy Polski takie uporządkowanie naszej części Europy oznacza „bezpieczeństwo bezruchu”. Nie musimy podejmować odważnych decyzji strategicznych, rozwijać zdolności (w tym wojskowych) czy zmieniać priorytety w polityce zagranicznej. Wystarczy, że „Ukraina ustoi” a Berlin, w dłuższej perspektywie Unia, będzie zarządzać na akceptowalnym poziomie relacjami. Ukraina, w tej konstrukcji (co wyraźnie zapowiada Merz i Macron) pozostanie poza Wspólnotą Europejską ale zablokowanie akcesji to nie jest, jak się wydaje, główny problem obecnych władz Ukrainy. Warszawa nie będzie zmuszana do polityki, której realizacja przekracza możliwości zarówno tych którzy rządzą jak i opozycji. 

Polska gospodarka, polskie społeczeństwo poradzą sobie w takiej, nowej, sytuacji. PKB Niemiec od 2019 roku wzrósł o 0,3 %, w tym czasie PKB Polski zwiększało się średnio w każdym roku o 2,9 %. Dla przypomnienia- realny PKB Ukrainy nie osiagnął jeszcze poziomu z roku 2021, co oznacza, że to Polska a nie Niemcy czy tym bardziej Ukraina, dobrze wykorzystuje obecny kryzys. Niemała część polskiego społeczeństwa z ulgą przyjmą rezygnację z prób budowy koncepcji Międzymorza, bo to oznacza pozostanie w świecie w którym Polacy zarówno nieźle sobie radzą jak i mają realne szanse na zwiększanie swoich pozycji, choć powoli.

Problemem, z perspektywy Warszawy, jest trwałość takiego układu. Może się okazać, że odporność Ukrainy i zdolność do kontynuowania wojny jest mniejsza niźli to dziś się wydaje. Drugim obszarem ryzyka jest trwałość umownego „bloku Zachodu”. Jesienne wybory do landtagów w Saksonii i Saksonii - Anhalt mogą oznaczać rewolucję na niemieckiej scenie politycznej, zwłaszcza, że tamtejszy przemysł w każdym miesiącu traci 15 tys miejsc pracy i popularność Merza jest niska. Przyszłoroczne wybory we Francji mogą też oznaczać triumf polityków o skrajnej orientacji bo liderami sondaży są przedstawiciele formacji radykalnych, zarówno z prawej jak i z lewej strony. 

Może się zatem okazać, że umowny blok Zachodu jest mniej wiarygodnym partnerem niż dziś się to wydaje i w stolicach europejskich zwycięży myśl o jakiejś formule modus vivendi z Rosją. To oczywiście jeden z możliwych scenariuszy, ale nie można go wykluczyć. Niedawny spór między duetem Merz - Macron a Antonio Costą, którego przedmiotem było to kto będzie rozmawiał z Moskwą winien stanowić groźne memento zarówno dla polityków w Warszawie jak i w Kijowie.  Stabilizacja „bloku zachodniego” może okazać się w dłuższej perspektywie iluzją, podobnie jak i gotowość Berlina, Paryża czy Londynu do długotrwałego finansowania wysiłku wojskowego Ukrainy i wspierania suwerenności Kijowa. 

To z tego powodu, strategicznie myślący przedstawiciele obydwu naszych narodów, winni dyskutować o współpracy i pracować na rzecz porozumienia. Oś Warszawa - Kijów stanowi bowiem jedyną realną, alternatywną, opcję zbudowania regionalnego aliansu zdolnego do, z punktu widzenia polityki bezpieczeństwa, powstrzymywania Rosji. Układ dwóch bloków strategicznych - czarnomorsko-bałtyckiego z Ukrainą w jednej z głównych ról i Środkowoeuropejskiego z wiodącą rolą Niemiec i wspierającą (choć być może nie będziemy równoprawnym partnerem) Polski jest dziś „silniejszą” alternatywą. Ale to nie redukuje obaw o to czy jest alternatywą trwałą. Kijów, tak odczytuję sytuację, analizując realne potencjały i chęci stawia na tego rodzaju układ, który umownie określany jest w Polsce jako opcja proniemiecka.  Jest on z perspektywy Ukrainy dziś bardziej obiecujący niż trudny alians z Polską. Problemem jest wszakże to, że jest to układ asymetryczny, z wyraźnie (ze względu na różnice potencjałów ekonomicznych) słabszą rolą Ukrainy, która w ten sposób zostanie przekształcona w „państwo buforowe”. Będzie ono tak długo wspierane przez europejski Zachód jak długo odgrywało będzie rolę ośrodka wiążącego siły Rosji. Dialog europejsko - rosyjski, wewnętrzne trudności i polityczne perturbacje w państwach europejskiego zachodu mogą osłabić motywację na rzecz pomagania Ukrainie. I co wówczas? Okrzepnięcie tego rodzaju duopolu osłabia też perspektywy pełnego akcesu Ukrainy do Unii.

Strategia Kijowa jest ryzykowana również z innego powodu - ignoruje bowiem przyszłą rolę Stanów Zjednoczonych. W gruncie rzeczy i w tym przypadku mamy do czynienia w przypadku przedstawicieli Ukrainy ze stawianiem wszystkiego na jedną kartę - wycofania się Amerykanów z Europy Środkowej i zmniejszenie zaangażowania na całym kontynencie. W takiej konfiguracji Waszyngton może poszukiwać przysłowiowego „modelowego sojusznika”, państwo, które dysponując odpowiednią determinacja i potencjałem jest zdolne stabilizować układ sił w regionie. Ukraina chce uzyskać taką pozycję, ale w wariancie konfrontacyjnym ze Stanami Zjednoczonymi, lewarując się umownym „aliansem europejskim”. Wspólnota interesów między Kijowem a stolicami państw Zachodu jest w tym wypadku też oczywista - im mniej Amerykanie są potrzebni aby przeciwstawiać się Rosjanom tym Europejczyków stać na bardziej niezależną politykę. Otwarcie za tego rodzaju wizją opowiadają się przedstawiciele establishmentu francuskiego, zarówno ustępujący prezydent jak i kandydujący w wyborach Édouard Philippe deklarujący zbliżanie się „momentu gaullistowskiego” w Europie. Ta strategia jest racjonalna, budowana jest jednak w oparciu o przekonanie nieuchronnego wycofania się Amerykanów. Wydaje się jednak, a piszą o tym stratedzy powiązani z obecnym obozem władzy w Stanach Zjednoczonych, jak choćby Wess Mitchel, że w Waszyngtonie przez konsolidację, bo takiego terminu używa ten były z-ca Sekretarza Stanu, rozumieją w odmienny niż to interpretują w Kijowie sposób. Bardziej w kategoriach nowego podziału zadań i obowiązków tak aby projektowany układ w większym stopniu służył amerykańskim interesom a mniej jako wycofanie się, czyli opuszczenie danego teatru. W sytuacji wojny i perspektywy utrzymującego się napięcia z Federacją Rosyjską stawianie na wycofanie się Amerykanów jest w ogóle błędem bo ono nie nastąpi, co najwyżej redukcja stopnia i skali zaangażowania, a to coś zupełnie innego. Nawet jeśli chce się pretendować do roli głównego sojusznika, a tego rodzaju aspiracje artykułuje dziś Kijów to lepiej budować swoją pozycję pozbawiając sojusznika (Stany Zjednoczone) alternatyw. Porozumienie z Polską, budowa silnego aliansu strategicznego jest w takim układzie najlepsza opcją, bo z jednej strony wyrównuje relację sił z Rosją wzmacniając odstraszanie, z drugiej poprawia pozycję negocjacyjną takiego tandemu zarówno wobec europejskiej grupy E-3 jak i Waszyngtonu. Konflikt na linii Kijów - Warszawa pozbawia obydwie stolice tego atutu i otwiera, zarówno Europejczykom z Zachodu jak i Amerykanom możliwości gry, a precyzyjnie rzecz ujmując rozgrywania antagonizmu polsko - ukraińskiego. Również i z tego powodu obecna linia polityczna Kijowa obarczona jest strategicznym błędem.

Asymetria stawki między Polską a Ukrainą, sprowadza się do tego, że nam wystarczy, aby żyć bezpiecznie i w dobrej kondycji ekonomicznej, przetrwanie Zachodu. Ukraina musi do tego Zachodu dołączyć, chyba, że Zełenskiemu i innym przedstawicielom ukraińskiej klasy politycznej coraz mniej na tym zależy (na co można znaleźć wiele dowodów). Ta asymetria oznacza też, że Polacy aby osiągnąć minimalne cele narodowe - bezpieczeństwo i pomyślność ekonomiczną, nie muszą być aktywni, nie muszą budować nowych układów geostrategicznych i nie muszą podejmować ryzyka związanego z ich powstaniem, a Ukraińcy, przeciwnie, muszą to robić chcąc żyć bezpiecznie i w wolności. Koncepcja Międzymorza, aliansu strategicznego Polski i Ukrainy była i nadal jest, w rozumieniu polskich elit, szansą na osiągnięcie czegoś więcej. Stawkę jest przyspieszenie wzrostu, przesunięcie na wschód centrum rozwoju Europy, zbudowanie stabilnego aliansu w polityce bezpieczeństwa, stabilnego, bo wynikającego z podobnej oceny własnego położenia strategicznego. W tym sensie jest to koncepcja politycznie ambitna ale też z oczywistych powodów trudna. Jeśli udałoby się ją zrealizować Polska wzmocniłaby swoją pozycję w Europie. Ale sytuacja Polski nie pogorszy się znacząco jeśli okaże się, iż Międzymorze nie powstanie a porozumienie Warszawy i Kijowa oddali się. Inaczej widzę sytuację Ukrainy, która stawia wszystko na jedną kartę. Jeśli nie powiedzie się budowa bloku bałtycko - czarnomorskiego czy osłabną związki z Europą, to położenie Ukrainy ulegnie znaczącemu pogorszeniu. Z tej asymetrii stawki wypływa też kolejny wniosek - to elity ukraińskie winny być bardziej aktywne. Dziś nie są, co więcej, ostatnie działania (bo to przecież nie Polacy inicjowali obecny kryzys, tak jak nie Polacy pisali przemówienie Zełenskiego w ONZ) wskazują na brak zainteresowania Kijowa tego rodzaju aliansem strategicznym. Szkoda, bo Ukraina wybiera moim zdaniem politykę taktyczną i bardzo ryzykowną, blokując sobie alternatywy, które mogłaby wykorzystać w przyszłości.

Zobacz również

Niemcy, Rosja i strategiczny błąd Zełenskiego
Dron w Rumunii i słabnące odstraszanie Rosji
Gambit Zełeńskiego w kwestii przyszłości Białorusi

Komentarze (2)

Trwa ładowanie...